W ubiegłym tygodniu kapitan kobiecej reprezentacji Polski podpisał nową, dwuletnią umowę z Polskim Związkiem Tenisowym. A w poniedziałek odbyło się losowanie par w kwalifikacjach do turnieju finałowego Billy Jean King Cup. Przed Dawidem Celtem nowe wyzwania, o których opowiada w rozmowie z Bartoszem Bieńkowskim.
Jesteśmy dzień po losowaniu. Jak pan ocenia losowanie i rywalki? Ukrainki możemy raczej uznać za wymagające przeciwniczki, niedawno z nimi graliśmy i przegraliśmy.
– To prawda. Jeżeli popatrzymy na papier, na nazwiska, na rankingi, jakimi dysponują Ukrainki, to rzeczywiście pewnie można by powiedzieć, że to jedno z trudniejszych losowań. Tyle tylko, że w tych rozgrywkach jest tak, że często w ostatniej chwili okazuje się, że jednak drużyny nie przyjeżdżają w najmocniejszych składach i po prostu trzeba cierpliwie poczekać, przygotować się, skupić się na sobie, zrobić wszystko, żeby jak najwięcej naszych dziewczyn, tych najlepszych dziewczyn, było gotowych do rywalizacji z Ukrainkami. Może się finalnie okazać, że Ukrainki aż tak mocne, nie będą. Natomiast na dziś są, bo Switolina, Kostiuk, Jastremska, jeżeli się zbiorą, to jest gwarancja na pewno dużej jakości.
Rozumiem, że jest jeszcze za wcześnie, żeby tutaj spekulować na temat składów, ale czy są już jakieś wstępne plany co do naszej drużyny? Czy Iga Świątek ma wystąpić w tym meczu?
– Nie, jeszcze ten temat nie był podejmowany. Mamy jeszcze sporo czasu. Na razie wszyscy w zasadzie są skoncentrowani na Australian Open. Skończy się turniej w Australii, to powoli zaczniemy temat spinać, rozmawiać, natomiast na razie niech dziewczyny grają jak najdłużej w Melbourne.
Odnośnie miejsca tego meczu Polska-Ukraina też rozumiem, że jeszcze musimy poczekać. Czy są już jakieś lokalizacje rozważane?
– Wszystko jest w rękach Ukraińców. Wiem, że nie jest niemożliwe, żebyśmy ten mecz zagrali w Polsce, bo Ukraińcy myślę, że po tym doświadczeniu w Radomiu zobaczyli, że warto grać w Polsce, bo dla nich to też jest korzyść. Wiadomo, jest tutaj wielu Ukraińców, wielu ich rodaków, którzy mogą przyjść, dopingować, stworzyć fajny klimat w połączeniu z Polską. Jeżeli gdzieś pojedziemy dalej, do jakiejś Turcji, Łotwy, Estonii – strzelam tutaj – do innego ościennego państwa, to pewnie zagramy w dużej mierze przy pustych trybunach, a tego nikt by nie chciał. W tej chwili nie jestem w stanie powiedzieć nic konkretnego, bo nie jest to zależne od polskiej federacji. Ukraińcy są organizatorami tego meczu, także czekamy na sygnał z ich strony.
Kilka dni temu dowiedzieliśmy się, że przedłużył Pan kontrakt z PZT jako kapitan żeńskiej reprezentacji. Czy decyzja o przedłużeniu umowy była szybka? Co przesądziło o jej podjęciu?
– Nie była to szybka decyzja, bo miałem moment zawahania, jak mówiłem o tym podczas konferencji. Zastanawiałem się, czy to będzie najlepsze dla drużyny, czy nie lepsze będzie, jeśli przyjdzie ktoś inny, nowy. Gdy pojawi się “świeża krew”. Zawsze rozpatruję wszelkie decyzje przez pryzmat drużyny I jej dobra. To jest dla mnie zawsze najważniejsze, więc chwilę się zastanawiałem.
W zasadzie cały ubiegły rok myślałem o tym. Rozmawiałem z różnymi ludźmi, czy to w związku, czy z dziewczynami z drużyny. Miałem na to sporo czasu. Ostatecznie myślę, że zdecydowało, że zespół chce, żebyśmy dalej kontynuowali współpracę, przynajmniej w zdecydowanej większości, a po drugie – mam takie poczucie, że nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa w tych rozgrywkach. Jeżeli nam szczęście dopisze i będziemy mieć sprzyjające okoliczności, to mam wrażenie, że możemy jeszcze zawalczyć o coś więcej niż trzecie miejsce na świecie, które zdobyliśmy w 2024 roku. Będzie na pewno ciężko, ale jestem ambitny, mam swoje marzenia i cele. Myślę, że zespół też i tak jak powiedziałem, jeżeli troszeczkę szczęście dopisze i będą sprzyjające okoliczności, to spróbujemy jeszcze raz zawalczyć o turniej finałowy i o lepsze miejsce niż to, które już zdobyliśmy w Maladze.
Wspominał Pan też na konferencji, że było poczucie niedosytu po tym półfinałowym meczu z Włochami w 2024 roku. Czy to był najtrudniejszy moment, odkąd pełni Pan funkcję kapitana reprezentacji?
– Momentów przyjemnych i mniej przyjemnych oczywiście na przestrzeni ośmiu lat mojej pracy trochę już było, bo bycie kapitanem to nie jest tylko wyjście z drużyną na mecz i poprowadzenie jej w tym czasie. To jest też szereg rzeczy, takich powiedziałbym zakulisowych, rozmów z zawodnikami, z zawodniczkami, z ich teamami, trenerami. To czasami bywa bardzo trudne i rok 2024, ten półfinał, to z jednej strony fantastyczna sprawa, bo zrobiliśmy coś historycznego, ale z drugiej strony bardzo kosztowne.
Było trochę różnych napięć, z różnych stron, wewnątrz zespołu i to gdzieś spowodowało, że miałem w pewnym momencie takie delikatne zawahanie, co robić dalej. Czy nie lepiej będzie oddać to komuś innemu… i czy nie będzie to lepsze dla drużyny. Czy jednak zostać. Natomiast jak tłumaczyłem, ten ostatni rok jeszcze utwierdził mnie w tym, po rozmowach z zespołem i z władzami PZT, że możemy razem dwa lata popracować.
Czy trudno tworzy się zespół, nie przez pryzmat poziomu sportowego, ale atmosfery, bo wiceprezes PZT, Radosław Szymanik mówił na konferencji, że ta grupa jest zżyta. Co jest kluczem, żeby stworzyć zespół w tenisie, który jest przecież sportem indywidualnym przez większość sezonu?
– Tak, to jest rzeczywiście sport indywidualny i przejście, zmiana tego nastawienia, na powiedzmy, 7-8 dni u zawodników jest trudna do zbudowania. Oni zazwyczaj cały rok funkcjonują jak pojedyncze jednostki. Dbają o siebie, dbają o swoje kariery, dbają w zasadzie o swój czubek nosa, a tutaj trzeba spojrzeć troszkę szerzej, spojrzeć troszkę inaczej, przez pryzmat całego zespołu. Czasami może trochę swoje ego odłożyć na bok, poświęcić się bardziej dla drużyny, pomóc.
W tym jest nasza rola, żeby właśnie takie wartości przekazywać, pokazywać, jak to powinno funkcjonować. Myślę, że na przestrzeni ośmiu lat, czasami lepiej, czasami gorzej, udawało nam się to z powodzeniem budować. A nie jest to łatwe. Dla mie istotne było, przede wszystkim, wyznaczenie wspólnego celu, który tworzy zespół.
Różnicą między zlepkiem indywidualności a drużyną jest właśnie posiadanie wspólnego celu. Każdy bierze odpowiedzialność za zespół. Odpowiedzialność za wynik, za atmosferę nie jest tylko w rękach sztabu, ale też w rękach samych zawodniczek. Często o tym rozmawiamy. Także mówię, raz lepiej, raz gorzej, ale idziemy to do przodu. Wydaje mi się, że finalnie progres jest widoczny.
Czy nasze reprezentantki bardzo różnią się od siebie charakterem, osobowościami? Bo wiadomo, że różnie bywa w grupach ludzi.
– Oczywiście, że tak. Nie będę tutaj charakteryzował każdej z osobna, ale jak to w grupie ludzi, każdy jest inny. Każda z dziewczyn inaczej funkcjonuje, ma inny charakter. Jeden potrzebuje, żeby go pogłaskać, inny potrzebuje, żeby mu śrubkę troszkę bardziej docisnąć i go zmobilizować. To normalne i naturalne. Tak jak powiedziałem, ważne jest to, żeby stworzyć ten klimat od środka i mieć wspólny cel. To łączy i pomaga. Wtedy drużyna zaczyna funkcjonować dobrze, idzie w tym samym kierunku. Jeżeli nie ma żadnych zgrzytów jest jeszcze łatwiej. Myślę, że United Cup też nam pokazał, że Polacy bardzo fajnie funkcjonowali jako zespół, każdy brał odpowiedzialność za wynik, za drużynę, na swoje barki. Nie było tak, że tylko jedna osoba to ciągnęła. Tam był cały zespół I o to chodzi! Wtedy się tworzy drużyna. Każdy dokłada się do sukcesu, każdy jest ważnym elementem tego sukcesu. To bardzo istotne.
Jeszcze słówko o Australian Open, bo wszystkie Polki awansowały do drugiej rundy. Czy spodziewał się Pan takiego rozstrzygnięcia, takiego rewelacyjnego, stuprocentowego bilansu w tej pierwszej rundzie?
– Liczyłem na to, choć wiadomo, że nie było łatwe. To jest takie spełnienie marzeń dla polskiego kibica i chyba historycznie patrząc – pięcioro zawodników, Hubert Hurkacz też dziś dołączył, jest więc szóstym tenisistą, to mamy stuprocentowa skuteczność. Wszyscy nasi reprezentanci są w drugiej rundzie. Chyba historycznie czegoś takiego nie mieliśmy. Świetny czas i mam nadzieję, że z tego urodzi się jakiś większy sukces, dalej patrząc w głąb turnieju i będziemy mieli jeszcze więcej powodów do szczęścia. Bardzo pozytywne jest to, że idziemy taką większą ławą, że jest więcej zawodników. A mamy jeszcze Kasię Kawę, która też aspiruje do tego, żeby grać główne turnieje. Jest Maja Chwalińska, są młode dziewczyny… więc naprawdę dobrze to wygląda z polskiej perspektywy.
Czego możemy się dalej jeszcze spodziewać po Polkach w tym turnieju. Na przykład jutro Linda Klimowicova zagra z Ukrainką Eliną Switoliną, zapowiada się bardzo ciekawy mecz i też wielkie wydarzenie dla Lindy.
– Bez wątpienia. Linda pokazuje, że wchodzi w duży tenis bez żadnych skrupułów, bez żadnych lęków, obaw, bardzo pewnie, zdecydowanie, na swoich warunkach. Ma charakter do grania, do grania o dużą stawkę. Wiadomo że jeszcze troszkę jej brakuje, momentami umiejętności, brakuje przygotowania fizycznego, żeby wejść na jeszcze wyższy poziom, ale z drugiej strony jutro też zobaczymy, jak się zaprezentuje na tle bardzo doświadczonej tenisistki. Ja sobie z dużą ciekawością ten mecz zobaczę. Choćby już w kontekście naszej kwietniowej rywalizacji z Ukrainkami.
Na pewno Linda ma atuty, ma narzędzia i siłę gry do tego, żeby grać tzw. ”duży tenis”. Czy żeby wygrywać już z takimi tenisistkami, tego jeszcze nie wiem i bardzo chętnie sobie to spotkanie ze Switoliną zobaczę.
Co do reszty, cieszę się, że Magda Linette się przełamała. To bardzo ważne, bo to za dobra dziewczyna, żeby przegrywać w pierwszych rundach. Przełamała się na wymagającej rywalce, na Emmie Navarro – to jest duża jakość, duża solidność, ta dziewczyna była już w pierwszej dziesiątce ranking. Magda Fręch potwierdza bardzo dobrą dyspozycję na początku roku. Iga z małymi problemami, ale jest dalej w turnieju. Oczywiście Igę rozpatrujemy w innych kategoriach, patrzymy na nią pod innym kątem. Ta poprzeczka przez nią samą jest zawieszona bardzo wysoko. Do tego Kamil Majchrzak też bardzo fajnie.
Mam nadzieję, że zobaczymy przynajmniej trzy dziewczyny w trzeciej rundzie. Byłoby super jakby trzy z tych czterech zagrały w kolejnej rundzie. W moim odczuciu byłby to spory sukces.
To jeszcze tutaj takie dwa szybkie pytania, kto według Pana wygra cały turniej w Melbourne, zarówno u pań, jak i panów?
– U panów wygra Alcaraz albo Sinner, a u pań chciałbym, żeby to była Iga. Chciałbym, żeby się rozkręcała wraz z biegiem tego turnieju, żeby grała coraz lepiej. Igi nigdy skreślać nie można, bo jest za dobrą tenisistą. Ale wydaje mi się, że teraz faworytką numer jeden do wygrania Australian Open jest Sabalenka.
Na koniec, bo ten sezon dopiero się zaczyna, czego najbardziej możemy życzyć całej polskiej reprezentacji, całemu polskiemu tenisowi w nowym sezonie 2026?
– Przede wszystkim zdrowia, bo jak będzie zdrowie, to będą mogli próbować realizować swoje cele, żeby mogli regularnie grać i realizować swój plan startów. Do tego przede wszystkim jest potrzebne zdrowie, więc tego im życzę. Życzę im też troszkę spokoju, takiego wewnętrznego spokoju, bo przy tych obciążeniach psychicznych, fizycznych, przy tej ciągle towarzyszącej presji, tym oczekiwaniom, czasami trudno jest o spokój. A on jest bardzo ważny, bo ma wpływ na grę I na wyniki. Czyli dużo zdrowia i wewnętrznego spokoju wszystkim życzę.