Tenis wybity pałką

/ Artur Rolak, źródło: własne, foto: AFP

O Wimbledonie można napisać książkę, ale nie wypada upierać się, że tenis – już nazajutrz po odpadnięciu ostatniego Brytyjczyka lub ostatniej Brytyjki – utrzyma w mediach pozycję sportu numer 1. Mamy rok nieparzysty, więc konkurencja ze strony piłki nożnej jest jeszcze nienachalna. Miejsce zwolnione przez Andy’ego Murraya i Johannę Kontę zajęli więc krykieciści uczestniczący w Anglii i Walii w mistrzostwach świata, które wkroczyły w fazę półfinałową.

Simona Halep i Elina Switolina zrobiły niewiele, aby odbić dla tenisa trochę miejsca w jutrzejszych gazetach. Rumunki trudno się o to czepiać. Miała okazję wygrać w miarę szybko, praktycznie bez emocji i fajerwerków, więc jej nie zmarnowała. To Ukrainka zagrała poniżej normy, którą tutaj sama sobie wyznaczyła. Argument, że to przecież pierwszy półfinał Wielkiego Szlema w karierze, wyjaśnia jedną z przyczyn porażki, ale nie tłumaczy gry na pograniczu bezradności.

W drugiej parze na kort wyszły Serena Williams i Barbora Strycova. Kto nie wierzy, sam może sobie sprawdzić – Czeszka rozegrała w WTA Tour zaledwie o cztery mecze mniej od Amerykanki, ale dopiero teraz po raz pierwszy w karierze awansowała do półfinału Wielkiego Szlema. W erze open nikt nie zrobił tego w bardziej zaawansowanym wieku. 28 marca Strycova skończyła 33 lata i już zdążyła wspomnieć, że być może jest to jej ostatni sezon.

Jeśli spełni te zapowiedzi, to Wimbledon będzie miał za kim tęsknić. Może nie za dzisiejszym półfinałem, o którym w telegraficznym skrócie można powiedzieć tak: atmosfera była, tenis też, ale meczu już nie. Przez półtora tygodnia Strycova przekonywała, że wciąż można grać w stylu serve-and-volley. W pięciu meczach (ta statystyka jeszcze nie objęła półfinałów) naliczono jej 65 takich akcji, podczas gdy pozostałym 127 tenisistkom w sumie 184, w tym trzem innym półfinalistkom – słownie pięć.

Mojej sąsiadce na trybunach Kortu Centralnego – nienaturalnej blondynce w kremowej sukience – tęskno za Strycovą chyba nie będzie, bo zza pleców ciągle wpadały mi do prawego ucha oznaki zachwytu nad Sereną Williams. Zależnie od sytuacji było to „o-ho-ho”, czasem nawet „o-ho-ho-ho”, ale raz pani dołożyła jeszcze jedno „-ho”, gdy piłka po zagraniu Czeszki rozsiadła się okrakiem na taśmie i dopiero po dłuższym namyśle spadła na stronę Amerykanki.

W jutrzejszej prasie o Strycovej i Switolinie będą tylko krótkie wzmianki, o Halep niewiele dłuższe i tylko Williams, zmierzająca po 24. tytuł wielkoszlemowy, może liczyć na ciut więcej. Ale i ona raczej nie da rady drużynie angielskich krykiecistów, bo właśnie zrewanżowali się Australijczykom – i to w taki sposób, w jaki Amerykanka pokonała dziś Czeszkę, a Rumunka Ukrainkę – za porażkę w fazie grupowej i awansowali do niedzielnego finału. Cała nadzieja tenisa teraz w Rogerze Federerze i Rafaelu Nadalu.