Tie-break Tenisklubu #68. Niepokonana Rybakina, Dźoković z kolejnym tytułem

Artur Kobryn , foto: East News

Artur Kobryn

Jelena Rybakina została bohaterką wieńczącego sezon turnieju WTA Finals w Rijadzie. Zmagania panów w ubiegłym tygodniu toczyły się z kolei o mniejszą stawkę i przyniosły zarówno triumf młodości, jak i doświadczenia. W najnowszej odsłonie naszego cyklu nie zabraknie też dobrych informacji związanych z występami reprezentantów Polski. 

Ostatnia została pierwszą

Jelena Rybakina była ósmą tenisistką, która zapewniła sobie udział w imprezie WTA Finals. Nie okazało się to jednak żadną przeszkodą w tym, aby i z Rijadu wyleciała jako ostatnia i najbardziej zadowolona. Reprezentantka Kazachstanu przebrnęła przez cały turniej bez ani jednej porażki, pokazując tenisowemu światu, że ponownie należy ją traktować jako zawodniczkę ze ścisłego topu. W pokonanym polu zostawiła kolejno Amandę Anisimovą, Igę Świątek, Jekaterinę Aleksandrową, Jessikę Pegulę oraz Arynę Sabalenkę.

Kazaszka przez cały tydzień rywalizacja imponowała przede wszystkim znakomitym serwisem oraz skuteczną, ofensywną grą. Ponadto opanowanie i odporność mentalna pozwalały jej odwracać losy spotkań, które zaczynała od przegranych partii. W triumfie nie przeszkodziły jej nawet problemy z ramieniem, które dały o sobie znać przed finałem. Ostatni pojedynek z Sabalenką rozegrała popisowo, wieńcząc go tie-breakiem wygranym do zera. Zrewanżowała się tym samym Białorusince za niedawną porażkę w Wuhan, ale co ważniejsze, po raz pierwszy została mistrzynią WTA Finals. Podtrzymała więc ostatnio obowiązującą serię, zostając dziesiątą z rzędu nową triumfatorką tej imprezy. Jeszcze jedną dobrą wiadomością dla Rybakiny była ta dotycząca wypłaty. Wygrała bowiem 5,235 mln dolarów, co jest największą sumą, jaka w historii powędrowała do tenisistki za turniejowe zwycięstwo.

Rozczarowana Świątek

Rywalizację w Rijadzie po raz drugi z rzędu na fazie grupowej zakończyła Iga Świątek. Polka w obiecujący sposób zainaugurowała imprezę, błyskawicznie rozprawiając się z Madison Keys. Były to jednak dobre złego początki. Starcie z Jeleną Rybakiną, mimo wygrania pierwszej partii, skończyło się wyjątkowo boleśnie, bo z zaledwie jedynym gemem na koncie w dwóch następnych setach. Raszyniance brakowało cierpliwości i pomysłu na zatrzymanie rozpędzającej się Kazaszki, która przerwała w ten sposób serię czterech porażek w ich rywalizacji.

W efekcie Polka stoczyła bezpośredni bój o półfinał z Amandą Anisimovą. Tu ponownie to, co najlepsze dla niej wydarzyło się na początku. Po wygraniu tie-breaka, w dalszej części gry szala zwycięstwa przechyliła się na stronę Amerykanki. Tylko ona była w stanie zdobywać przełamania, bezbłędnie broniąc przy tym własnego podania. Przyniosło jej to drugą z rzędu wygraną nad Świątek i kolejny dowód na wyrzucenie z pamięci klęski w wimbledońskim finale. Nasza reprezentantka po turnieju wyraziła smutek i zdziwienie z powodu rozczarowującego rezultatu mimo dobrego przygotowania. Czy będzie to powód do większych zmian w jej tenisie w nadchodzących miesiącach? Tego jeszcze nie wiemy, ale pewnym jest, że ma jeszcze okazję na poprawę humoru w bieżącym sezonie. Wystarczą do tego zwycięstwa w meczach z Rumunią i Nową Zelandią w rozgrywkach Pucharu Billie Jean King.

Sukces w nowym domu

W ostatnich miesiącach przeprowadzkę z Belgradu do Aten zaliczył nie tylko turniej ATP 250, ale także sam Novak Dźoković. Dla Serba był to więc „domowa” impreza, której na dodatek dyrektorem jest jego brat Djordje. Nikogo nie mogła zatem zdziwić jego obecność w drabince zawodów, a także końcowe zwycięstwo. 38-latek drogę do finału pokonał bez większych trudności i straty seta. Ostatni mecz turnieju pomiędzy nim, a Lorenzo Musettim był z kolei godnym zwieńczeniem całego tygodnia zmagań.

Początkowo to Włoch był bliżej zwycięstwa, ale ostatecznie to Dźoković raz jeszcze rozstrzygnął finałowy pojedynek na swoją korzyść. Po blisko trzygodzinnym boju, w którym bezcenne okazało się jego doświadczenie i umiejętność wygrywania najważniejszych piłek, zdobył 101. tytuł w karierze. Był o tyle wyjątkowy, że uczynił go najstarszym triumfatorem turnieju ATP tuż po Kenie Rosewallu, który wygrywał w Hongkongu w 1977 roku jako 43-latek. Swoich fanów zasmucił jednak decyzją o wycofaniu się z ATP Finals w Turynie z powodu problemów z ramieniem. Z tej decyzji ucieszył się za to jego finałowy przeciwnik, który w ten sposób otrzymał, zdawało się, przegraną przepustkę do zawodów w ojczyźnie.

Debiutancki skalp

W Metz turniej rangi ATP 250 odbywał się po raz ostatni. Pożegnalne zawody nie były szczęśliwe dla przedstawicieli gospodarzy, którzy zwyciężali tam aż 13 razy na 21 poprzednich edycji. Najlepszym z „Trójkolorowych” okazał się szerzej nieznany Clement Tabur, który zakończył swój udział na ćwierćfinale. Impreza przyniosła triumf gracza na zupełnie innym etapie kariery niż Dźoković w Atenach, bowiem zwycięskie wspomnienia z Francji wywiózł Learner Tien. Z Serbem powiązał go jednak także fakt zostania najmłodszym mistrzem alzackiego turnieju od momentu wygranej Nole w 2006 roku.

19-latek z Irvine, który ma za sobą dopiero pierwszy pełny sezon na głównym szczeblu rozgrywek, uporał się z szeregiem starszych i znacznie bardziej doświadczonych rywali. Najtrudniejszą przeprawą były dla niego ćwierćfinał z Matteo Berrettinim oraz finał z Cameronem Norrie’em. Amerykanin przegrywał z Brytyjczykiem już 1:5 w tie-breaku decydującej partii, ale mimo wszystko zdołał wygrać go do sześciu. Tym samym wywalczył pierwszy tytuł ATP w karierze i zadebiutował w Top 30 światowego rankingu.

Triumfujący „biało-czerwoni”

Na finiszu trudnego dla siebie sezonu z dobrej strony pokazał się Maks Kaśnikowski. 22-latek z Warszawy, który kilka miesięcy 2025 roku stracił z powodu kontuzji ręki zapracował na swoją zwycięską chwilę w imprezie ITF M25 w Montrealu. Polak był w niej rozstawiony z numerem siódmym i odniósł zwycięstwo nie tracąc seta w żadnym z pięciu pojedynków. To jego drugi tytuł na tym szczeblu zmagań w tym sezonie, po tym jak na początku sierpnia triumfował na kortach w Koszalinie. Miejmy nadzieję, że sukces ten pozwoli mu nabrać rozpędu, by wrócić na poziom gry w Wielkim Szlemie, której zasmakował już przed rokiem.

W węgierskiej miejscowości Szabolcsveresmart po deblowy tytuł sięgnęła z kolei Maja Pawelska. 17-letnia Polka wygrała imprezę W15 w parze z Czeszką Denisą Zoldakovą. Było to jej drugie zwycięstwo w karierze i pierwsze poza granicami naszego kraju. Wcześniej, przed dwoma miesiącami, mogła cieszyć się z wygranej na kortach w Radomiu. Debiutancki sukces w grze podwójnej zapisała w swoim dorobku z kolei Dominika Podhajecka. 19-letnia reprezentantka Polski, po dwóch przegranych tydzień po tygodniu finałach w Monastyrze, w trzecim w końcu doczekała się pierwszego zawodowego triumfu. Współtwórczynią zwycięstwa na tunezyjskich kortach była Marokanka, Diae El Jardi.

Juniorski błysk

Bez zwycięstwa, ale z rezultatem jak najbardziej godnym odnotowania, juniorskie rozgrywki o Puchar Billie Jean King zakończyły reprezentantki Polski. W turnieju finałowym rozgrywanym w Santiago „biało-czerwone” wystąpiły w składzie Barbara Kostecka, Oliwia Sybicka oraz Antonina Snochowska. W rundzie grupowej wynikiem 3:0 poradziły sobie z Peruwiankami i Austriaczkami, ulegając tylko późniejszym mistrzyniom, Amerykankom.

Fazę pucharową z udziałem ośmiu najlepszych drużyn rozpoczęły z kolei od pokonania 2:1 rozstawionych z „dwójką” Rumunek. Później niestety zbyt silne dla Polek okazały się Francuzki i przyszło im stanąć do walki z Czeszkami o trzecie miejsce. Zwycięsko wyszły z niej tenisistki naszych południowych sąsiadów i nasze zawodniczki musiały zadowolić się pozycją tuż za podium. Dla reprezentantek Polski było to jednak pierwsze zaangażowanie się w walkę na tak zaawansowanym etapie tych zawodów od triumfu w Budapeszcie w 2016 roku.

Walka płci

Okres między sezonami to czas, w którym odbywa się wiele turniejów oraz meczów pokazowych. Do nietypowego wydarzenia dojdzie 28 grudnia w Dubaju. Po dwóch stronach kortu staną bowiem Aryna Sabalenka oraz Nick Kyrgios. Nie będzie to jednak zupełna nowość w świecie tenisa, gdyż po raz pierwszy do podobnego starcia doszło już w 1973 roku, gdy Billie Jean King zmierzyła się z Bobbym Riggsem. Wymiar tego spotkania (wygranego przez Amerykankę) wykraczał wówczas poza czystą rozrywkę i miało ono przysłużyć się równości płci w zawodowym sporcie. Jego sława była na tyle wielka, że powstał nawet o nim film fabularny.

O rywalizacji Białorusinki z Australijczykiem kolejne pokolenia raczej nie będą dyskutować. W przypadku tej dwójki, a przede wszystkim Kyrgiosa, może jednak liczyć na to, że wspomnianej rozrywki będzie pod dostatkiem. Warto też wspomnieć, iż nie będzie to potyczka na tradycyjnych zasadach. Oboje będą mieli bowiem do dyspozycji tylko jeden serwis, a po stronie Sabalenki kort będzie nieznacznie mniejszy. Wydaje się więc, że otrzymaliśmy całkiem ciekawą propozycję na zagospodarowanie czasu na zakończenie sezonu „ogórkowego” w światowym tenisie.