ITF Leszno. Weronika Ewald z awansem w singlu, polski mecz w deblu

/ Bartosz Bieńkowski , źródło: PZT/własne, foto: Olga Pietrzak/PZT

Rozpoczął się główny turniej Winter Polish Open. Polscy kibice mogli już zobaczyć w akcji kilka naszych reprezentantek.

We wtorek na kortach w Lesznie w grze pojedynczej wystąpiła jednak tylko Weronika Ewald, która po trudnym meczu pokonała Valentinę Ryser. Polska tenisistka przegrała pierwszego seta 4:6, lecz ostatecznie po ponad dwóch godzinach walki mogła cieszyć się z wygranej ze Szwajcarką zajmującą miejsce w trzeciej setce rankingu WTA. Następną przeciwniczką Ewald będzie doświadczona Niemka, Mona Barthel.

Tego dnia więcej polskich zawodniczek oglądaliśmy w grze podwójnej. W jednym meczu udział wzięły aż trzy reprezentantki naszego kraju. Weronika Falkowska i Brytyjka Emily Appleton pokonały Barbarę Kostecką i Zuzannę Pawlikowską w niecałą godzinę rywalizacji.

Prawie identyczny czas na korcie spędziły Gina Feistel i Marcelina Podlińska. Polski duet musiał uznać wyższość tenisistek z Wielkiej Brytanii, Madelaine Brooks i Amelii Rajeckiej.

W środę czeka nas jeszcze więcej emocji, ponieważ w Lesznie zaprezentują się w grach singlowych między innymi mistrzyni drużynowego United Cup, Katarzyna Kawa, a także Barbara Kostecka, Zuzanna Pawlikowska i Gina Feistel. W deblu z naszych reprezentantek zobaczymy natomiast Annę Hertel oraz duet Oriana Gniewkowska / Barbara Straszewska.


Wyniki

Pierwsza runda singla:

Weronika Ewald (Polska) – Valentina Ryser (Szwajcaria) 4:6, 7:5, 6:3

 

Pierwsza runda debla:

W.Falkowska/E.Appleton (Polska/Wielka Brytania) – B.Kostecka/Z.Pawlikowska (Polska) 6:1, 6:4

M.Brooks/A.Rajecki (Wielka Brytania) – G.Feistel/M.Podlińska (Polska) 6:1, 6:3

Australian Open. Novak Dźoković z kolejnymi historycznymi osiągnięciami

/ Ksawery Styka , źródło: ausopen.com, foto: East News

Po poniedziałkowym spektakularnym zwycięstwie nad Pedro Martinezem w pierwszej rundzie australijskiego szlema Novak Dźoković po raz kolejny zapisał się w historii tenisa. Wygrał bowiem setny mecz w imprezie i został pierwszym tenisistą, który ma na swoim koncie przynajmniej 100 zwycięstw w trzech różnych turniejach Wielkiego Szlema. 

Niedługo chyba zabraknie rekordów, które Novak Dźoković będzie mógł pobijać. Serb z każdym kolejnym meczem dokonuje rzeczy niezwykłych, co udowodnił w poniedziałek i co udowodni jeszcze na pewno nie raz. Wygrywając bliski perfekcji pojedynek z Martinezem, w którym stracił zaledwie pięć punktów przy własnym serwisie, Nole wyprzedził legendarnego Rogera Federera w liczbie imprez wielkoszlemowych z przynajmniej stoma zwycięstwami i został samodzielnym liderem w tej statystyce. 

W paryskim szlemie Serb ma obecnie 101 wygranych, w Londynie zaś o jedno więcej. Już w tym roku może osiągnąć coś jeszcze bardziej szalonego, ponieważ jeśli uda mu się dojść w US Open do półfinału, to skompletuje minimum 100 wiktorii w każdym z czterech najważniejszych turniejów. Aktualnie w Nowym Jorku Dźoković ma 95 meczowych zwycięstw. A sam zainteresowany podsumował to bardzo krótko: “Co mogę powiedzieć? Podoba mi się jak to brzmi.” 

Nie jest to jednak jedyny rekord, w którym Novak ma swój udział podczas tegorocznego Australian Open. Przystępując bowiem do rywalizacji w Melbourne wyrównał liczbę wielkoszlemowych startów Rogera Federera oraz Feliciano Lopeza. Już za kilka miesięcy (jeśli wystąpi w Roland Garros) także ten rekord padnie jego łupem. 

– Tworzenie historii jest ogromną motywacją, szczególnie w ostatnich pięciu, dziesięciu latach mojej kariery. Gdy znalazłem się w sytuacji, w której mogłem realnie zapisać się w historii, poczułem jeszcze większą inspirację, by grać najlepszy możliwy tenis. I właśnie to robiłem. Na wczesnym etapie kariery miałem dużo szczęścia, spotykając ludzi, którzy mnie uczyli i prowadzili, pokazując, że warto myśleć długofalowo, a nie spalać się zbyt szybko. Nauczyli mnie dbać o umysł i ciało oraz starać się o jak najdłuższą karierę. Jestem wdzięczny, że wciąż mogę grać na tak wysokim poziomie – przyznał po wczorajszym meczu tenisista z Belgradu.

Kolejnego jubileuszu ze strony Serba możemy spodziewać się już w najbliższy weekend, ponieważ jeśli uda mu się wygrać jeszcze dwa spotkania, to zapisze na swoim koncie dokładnie 400 wygranych w Wielkim Szlemie. Podczas gdy większość tenisistów marzy o tylu wygranych meczach w całej karierze, Dźoković notuje takie liczby na najbardziej wymagającej scenie – w samych turniejach wielkoszlemowych. 

Australian Open. Rafael Nadal ponownie wystąpi w Melbourne

/ Ksawery Styka , źródło: atptour.com, foto: East News

Od swojego ostatniego profesjonalnego meczu w listopadzie 2024 roku Rafael Nadal przez rok nie pojawiał się na korcie tenisowym. Dopiero niedawno odbył trening z wychowanką swojej akademii – Alex Ealą. Już niedługo powróci na światową scenę i weźmie udział w specjalnym wydarzeniu przed finałem tegorocznego Australian Open. 

“Wspaniale jest wrócić na kort tenisowy” – napisał w mediach społecznościowych po swojej rocznej absencji Rafael Nadal. Nękany ciągłymi kontuzjami Hiszpan odpoczął od gry i teraz jeszcze bardziej cieszy się z każdej chwili spędzonej na korcie. Już 1 lutego pójdzie on w ślady swojego dobrego przyjaciela – Rogera Federera i zagra pokazowy mecz w Melbourne. Razem z dwojgiem australijskich tenisistów Ashleigh Barty i Dylanem Alcottem weźmie udział w tak zwanej “Nocy Legend”, która ma być dodatkową atrakcją dla kibiców przed główną atrakcją dnia, czyli męskim finałem Australian Open. 

“Cześć wszystkim, bardzo się cieszę, że dzięki firmie Kia i 25-lecia jej partnerstwa z Australian Open będę w Australii. Jestem naprawdę szczęśliwy, bo bardzo brakowało mi australijskich kibiców, z którymi nie miałem okazji spotkać się osobiście od 2023 roku. Mam ogromną nadzieję, że znów będziemy mogli wspólnie przeżyć wspaniałe chwile, szczególnie 1 lutego w Kia Arena podczas Nocy Legend. Nie mogę się już doczekać tego momentu. Jeszcze raz dziękuję za wszystko i do zobaczenia wkrótce.” – mówił Rafa w oficjalnym komunikacie wystosowanym na Instagramie. 

Dla fanów Nadala z pewnością będzie to niepowtarzalna okazja, by raz jeszcze zobaczyć swojego idola na światowym korcie i razem z nim cieszyć się tenisem. Podczas wydarzenia poza występem dwukrotnego mistrza Australian Open (w latach 2009 oraz 2022) przewidziane są inne atrakcje, takie jak muzyka na żywo, konkurs o bilety na wielkoszlemowy finał czy sesja zdjęciowa z Rafą Nadalem właśnie. 

Australian Open. Hubert Hurkacz po zwycięstwie w pierwszej rundzie

/ Bartosz Bieńkowski , źródło: HH Team , foto: East News

Hubert Hurkacz pokonał w czterech setach Belga Zizou Bergsa w pierwszej rundzie Australian Open. Polak skomentował ten trudny mecz oraz podziękował polskim kibicom za wielkie wsparcie.

Cieszę się bardzo z dzisiejszego zwycięstwa. Nie był to łatwy mecz, bo to dobry zawodnik i w pierwszych dwóch setach nie grałem swojego najlepszego tenisa. Nie mogłem znaleźć rytmu, także cieszę się, że wygrałem tego drugiego seta i później złapałem trochę lepszy rytm. Lepiej zacząłem grać z końca kortu i bardzo się cieszę z tego zwycięstwa. Na pewno też kibice ogromnie mi pomogli. Było ich niesamowicie dużo z Polski i też oczywiście przed telewizorami, także dziękuję Wam wszystkim i do zobaczenia w kolejnej rundzie – powiedział „Hubi”.

Nie powiedzieliśmy jeszcze z drużyną ostatniego słowa. Rozmowa z Dawidem Celtem

/ Bartosz Bieńkowski , źródło: własne, foto: PZT/Michał Jędrzejewski

W ubiegłym tygodniu kapitan kobiecej reprezentacji Polski podpisał nową, dwuletnią umowę z Polskim Związkiem Tenisowym. A w poniedziałek odbyło się losowanie par w kwalifikacjach do turnieju finałowego Billy Jean King Cup. Przed Dawidem Celtem nowe wyzwania, o których opowiada w rozmowie z Bartoszem Bieńkowskim.

 

 

Jesteśmy dzień po losowaniu. Jak pan ocenia losowanie i rywalki? Ukrainki możemy raczej uznać za wymagające przeciwniczki, niedawno z nimi graliśmy i przegraliśmy.

 

– To prawda. Jeżeli popatrzymy na papier, na nazwiska, na rankingi, jakimi dysponują Ukrainki, to rzeczywiście pewnie można by powiedzieć, że to jedno z trudniejszych losowań. Tyle tylko, że w tych rozgrywkach jest tak, że często w ostatniej chwili okazuje się, że jednak drużyny nie przyjeżdżają w najmocniejszych składach i po prostu trzeba cierpliwie poczekać, przygotować się, skupić się na sobie, zrobić wszystko, żeby jak najwięcej naszych dziewczyn, tych najlepszych dziewczyn, było gotowych do rywalizacji z Ukrainkami. Może się finalnie okazać, że Ukrainki aż tak mocne, nie będą. Natomiast na dziś są, bo Switolina, Kostiuk, Jastremska, jeżeli się zbiorą, to jest gwarancja na pewno dużej jakości.

 

Rozumiem, że jest jeszcze za wcześnie, żeby tutaj spekulować na temat składów, ale czy są już jakieś wstępne plany co do naszej drużyny? Czy Iga Świątek ma wystąpić w tym meczu?

 

– Nie, jeszcze ten temat nie był podejmowany. Mamy jeszcze sporo czasu. Na razie wszyscy w zasadzie są skoncentrowani na Australian Open. Skończy się turniej w Australii, to powoli zaczniemy temat spinać, rozmawiać, natomiast na razie niech dziewczyny grają jak najdłużej w Melbourne.

 

Odnośnie miejsca tego meczu Polska-Ukraina też rozumiem, że jeszcze musimy poczekać. Czy są już jakieś lokalizacje rozważane?

 

– Wszystko jest w rękach Ukraińców. Wiem, że nie jest niemożliwe, żebyśmy ten mecz zagrali w Polsce, bo Ukraińcy myślę, że po tym doświadczeniu w Radomiu zobaczyli, że warto grać w Polsce, bo dla nich to też jest korzyść. Wiadomo, jest tutaj wielu Ukraińców, wielu ich rodaków, którzy mogą przyjść, dopingować, stworzyć fajny klimat w połączeniu z Polską. Jeżeli gdzieś pojedziemy dalej, do jakiejś Turcji, Łotwy, Estonii – strzelam tutaj – do innego ościennego państwa, to pewnie zagramy w dużej mierze przy pustych trybunach, a tego nikt by nie chciał. W tej chwili nie jestem w stanie powiedzieć nic konkretnego, bo nie jest to zależne od polskiej federacji. Ukraińcy są organizatorami tego meczu, także czekamy na sygnał z ich strony.

 

Kilka dni temu dowiedzieliśmy się, że przedłużył Pan kontrakt z PZT jako kapitan żeńskiej reprezentacji. Czy decyzja o przedłużeniu umowy była szybka? Co przesądziło o jej podjęciu?

 

– Nie była to szybka decyzja, bo miałem moment zawahania, jak mówiłem o tym podczas konferencji. Zastanawiałem się, czy to będzie najlepsze dla drużyny, czy nie lepsze będzie, jeśli przyjdzie ktoś inny, nowy. Gdy pojawi się “świeża krew”. Zawsze rozpatruję wszelkie decyzje przez pryzmat drużyny I jej dobra. To jest dla mnie zawsze najważniejsze, więc chwilę się zastanawiałem.

W zasadzie cały ubiegły rok myślałem o tym. Rozmawiałem z różnymi ludźmi, czy to w związku, czy z dziewczynami z drużyny. Miałem na to sporo czasu. Ostatecznie myślę, że zdecydowało, że zespół chce, żebyśmy dalej kontynuowali współpracę, przynajmniej w zdecydowanej większości, a po drugie – mam takie poczucie, że nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa w tych rozgrywkach. Jeżeli nam szczęście dopisze i będziemy mieć sprzyjające okoliczności, to mam wrażenie, że możemy jeszcze zawalczyć o coś więcej niż trzecie miejsce na świecie, które zdobyliśmy w 2024 roku. Będzie na pewno ciężko, ale jestem ambitny, mam swoje marzenia i cele. Myślę, że zespół też i tak jak powiedziałem, jeżeli troszeczkę szczęście dopisze i będą sprzyjające okoliczności, to spróbujemy jeszcze raz zawalczyć o turniej finałowy i o lepsze miejsce niż to, które już zdobyliśmy w Maladze.

 

Wspominał Pan też na konferencji, że było poczucie niedosytu po tym półfinałowym meczu z Włochami w 2024 roku. Czy to był najtrudniejszy moment, odkąd pełni Pan funkcję kapitana reprezentacji?

 

– Momentów przyjemnych i mniej przyjemnych oczywiście na przestrzeni ośmiu lat mojej pracy trochę już było, bo bycie kapitanem to nie jest tylko wyjście z drużyną na mecz i poprowadzenie jej w tym czasie. To jest też szereg rzeczy, takich powiedziałbym zakulisowych, rozmów z zawodnikami, z zawodniczkami, z ich teamami, trenerami. To czasami bywa bardzo trudne i rok 2024, ten półfinał, to z jednej strony fantastyczna sprawa, bo zrobiliśmy coś historycznego, ale z drugiej strony bardzo kosztowne.

Było trochę różnych napięć, z różnych stron, wewnątrz zespołu i to gdzieś spowodowało, że miałem w pewnym momencie takie delikatne zawahanie, co robić dalej. Czy nie lepiej będzie oddać to komuś innemu… i czy nie będzie to lepsze dla drużyny. Czy jednak zostać. Natomiast jak tłumaczyłem, ten ostatni rok jeszcze utwierdził mnie w tym, po rozmowach z zespołem i z władzami PZT, że możemy razem dwa lata popracować.

 

Czy trudno tworzy się zespół, nie przez pryzmat poziomu sportowego, ale atmosfery, bo wiceprezes PZT, Radosław Szymanik mówił na konferencji, że ta grupa jest zżyta. Co jest kluczem, żeby stworzyć zespół w tenisie, który jest przecież sportem indywidualnym przez większość sezonu?

 

– Tak, to jest rzeczywiście sport indywidualny i przejście, zmiana tego nastawienia, na powiedzmy, 7-8 dni u zawodników jest trudna do zbudowania. Oni zazwyczaj cały rok funkcjonują jak pojedyncze jednostki. Dbają o siebie, dbają o swoje kariery, dbają w zasadzie o swój czubek nosa, a tutaj trzeba spojrzeć troszkę szerzej, spojrzeć troszkę inaczej, przez pryzmat całego zespołu. Czasami może trochę swoje ego odłożyć na bok, poświęcić się bardziej dla drużyny, pomóc.

W tym jest nasza rola, żeby właśnie takie wartości przekazywać, pokazywać, jak to powinno funkcjonować. Myślę, że na przestrzeni ośmiu lat, czasami lepiej, czasami gorzej, udawało nam się to z powodzeniem budować. A nie jest to łatwe. Dla mie istotne było, przede wszystkim, wyznaczenie wspólnego celu, który tworzy zespół.

Różnicą między zlepkiem indywidualności a drużyną jest właśnie posiadanie wspólnego celu. Każdy bierze odpowiedzialność za zespół. Odpowiedzialność za wynik, za atmosferę nie jest tylko w rękach sztabu, ale też w rękach samych zawodniczek. Często o tym rozmawiamy. Także mówię, raz lepiej, raz gorzej, ale idziemy to do przodu. Wydaje mi się, że finalnie progres jest widoczny.

 

Czy nasze reprezentantki bardzo różnią się od siebie charakterem, osobowościami? Bo wiadomo, że różnie bywa w grupach ludzi.

 

– Oczywiście, że tak. Nie będę tutaj charakteryzował każdej z osobna, ale jak to w grupie ludzi, każdy jest inny. Każda z dziewczyn inaczej funkcjonuje, ma inny charakter. Jeden potrzebuje, żeby go pogłaskać, inny potrzebuje, żeby mu śrubkę troszkę bardziej docisnąć i go zmobilizować. To normalne i naturalne. Tak jak powiedziałem, ważne jest to, żeby stworzyć ten klimat od środka i mieć wspólny cel. To łączy i pomaga. Wtedy drużyna zaczyna funkcjonować dobrze, idzie w tym samym kierunku. Jeżeli nie ma żadnych zgrzytów jest jeszcze łatwiej. Myślę, że United Cup też nam pokazał, że Polacy bardzo fajnie funkcjonowali jako zespół, każdy brał odpowiedzialność za wynik, za drużynę, na swoje barki. Nie było tak, że tylko jedna osoba to ciągnęła. Tam był cały zespół I o to chodzi! Wtedy się tworzy drużyna. Każdy dokłada się do sukcesu, każdy jest ważnym elementem tego sukcesu. To bardzo istotne.

 

Jeszcze słówko o Australian Open, bo wszystkie Polki awansowały do drugiej rundy. Czy spodziewał się Pan takiego rozstrzygnięcia, takiego rewelacyjnego, stuprocentowego bilansu w tej pierwszej rundzie?

 

– Liczyłem na to, choć wiadomo, że nie było łatwe. To jest takie spełnienie marzeń dla polskiego kibica i chyba historycznie patrząc – pięcioro zawodników, Hubert Hurkacz też dziś dołączył, jest więc szóstym tenisistą, to mamy stuprocentowa skuteczność. Wszyscy nasi reprezentanci są w drugiej rundzie. Chyba historycznie czegoś takiego nie mieliśmy. Świetny czas i mam nadzieję, że z tego urodzi się jakiś większy sukces, dalej patrząc w głąb turnieju i będziemy mieli jeszcze więcej powodów do szczęścia. Bardzo pozytywne jest to, że idziemy taką większą ławą, że jest więcej zawodników. A mamy jeszcze Kasię Kawę, która też aspiruje do tego, żeby grać główne turnieje. Jest Maja Chwalińska, są młode dziewczyny… więc naprawdę dobrze to wygląda z polskiej perspektywy.

 

Czego możemy się dalej jeszcze spodziewać po Polkach w tym turnieju. Na przykład jutro Linda Klimowicova zagra z Ukrainką Eliną Switoliną, zapowiada się bardzo ciekawy mecz i też wielkie wydarzenie dla Lindy.

 

– Bez wątpienia. Linda pokazuje, że wchodzi w duży tenis bez żadnych skrupułów, bez żadnych lęków, obaw, bardzo pewnie, zdecydowanie, na swoich warunkach. Ma charakter do grania, do grania o dużą stawkę. Wiadomo że jeszcze troszkę jej brakuje, momentami umiejętności, brakuje przygotowania fizycznego, żeby wejść na jeszcze wyższy poziom, ale z drugiej strony jutro też zobaczymy, jak się zaprezentuje na tle bardzo doświadczonej tenisistki. Ja sobie z dużą ciekawością ten mecz zobaczę. Choćby już w kontekście naszej kwietniowej rywalizacji z Ukrainkami.

Na pewno Linda ma atuty, ma narzędzia i siłę gry do tego, żeby grać tzw. ”duży tenis”. Czy żeby wygrywać już z takimi tenisistkami, tego jeszcze nie wiem i bardzo chętnie sobie to spotkanie ze Switoliną zobaczę.

Co do reszty, cieszę się, że Magda Linette się przełamała. To bardzo ważne, bo to za dobra dziewczyna, żeby przegrywać w pierwszych rundach. Przełamała się na wymagającej rywalce, na Emmie Navarro – to jest duża jakość, duża solidność, ta dziewczyna była już w pierwszej dziesiątce ranking. Magda Fręch potwierdza bardzo dobrą dyspozycję na początku roku. Iga z małymi problemami, ale jest dalej w turnieju. Oczywiście Igę rozpatrujemy w innych kategoriach, patrzymy na nią pod innym kątem. Ta poprzeczka przez nią samą jest zawieszona bardzo wysoko. Do tego Kamil Majchrzak też bardzo fajnie.

Mam nadzieję, że zobaczymy przynajmniej trzy dziewczyny w trzeciej rundzie. Byłoby super jakby trzy z tych czterech zagrały w kolejnej rundzie. W moim odczuciu byłby to spory sukces.

 

To jeszcze tutaj takie dwa szybkie pytania, kto według Pana wygra cały turniej w Melbourne, zarówno u pań, jak i panów?

 

– U panów wygra Alcaraz albo Sinner, a u pań chciałbym, żeby to była Iga. Chciałbym, żeby się rozkręcała wraz z biegiem tego turnieju, żeby grała coraz lepiej. Igi nigdy skreślać nie można, bo jest za dobrą tenisistą. Ale wydaje mi się, że teraz faworytką numer jeden do wygrania Australian Open jest Sabalenka.

 

Na koniec, bo ten sezon dopiero się zaczyna, czego najbardziej możemy życzyć całej polskiej reprezentacji, całemu polskiemu tenisowi w nowym sezonie 2026?

 

– Przede wszystkim zdrowia, bo jak będzie zdrowie, to będą mogli próbować realizować swoje cele, żeby mogli regularnie grać i realizować swój plan startów. Do tego przede wszystkim jest potrzebne zdrowie, więc tego im życzę. Życzę im też troszkę spokoju, takiego wewnętrznego spokoju, bo przy tych obciążeniach psychicznych, fizycznych, przy tej ciągle towarzyszącej presji, tym oczekiwaniom, czasami trudno jest o spokój. A on jest bardzo ważny, bo ma wpływ na grę I na wyniki. Czyli dużo zdrowia i wewnętrznego spokoju wszystkim życzę.

Australian Open. Jan Zieliński i Su-Wei Hsieh poznali rywali w turnieju par mieszanych

/ Jakub Karbownik , źródło: , foto:

Jan Zieliński i Su-Wei Hsieh ponownie połączyli siły i wystąpią w rywalizacji mikstowej podczas tegorocznego Australian Open. Mistrzowie z 2024 roku już wiedzą z kim może przyjść im się zmierzyć w drodze po ponowny tytuł mistrzowski na Antypodach.

Osiem spotkań Biało-Czerwonych tenisistów w tegorocznej edycji pierwszego w sezonie turnieju wielkoszlemowego i tyle samo zwycięstw. Swe mecze wygrali nie tylko nasi singliści zarówno wśród kobiet jak i mężczyzn, ale też mamy już dwa polskie awanse do drugiej rundy gry podwójnej.

Jeden z awansów stał się udziałem Jana Zielińskiego, który z Luke’ą Johnsonem obronili piłkę meczową w meczu z  Rinky Hijikatą oraz Tristanem Schoolkate’em. Warszawianin podczas tegorocznego Australian Open występuje nie tylko w grze podwójnej mężczyzn, ale również w rywalizacji mikstów.

Jan Zieliński i Su-Wei Hsieh znaleźli się w górnej połówce turniejowej drabinki, gdzie najwyżej rozstawieni zostali Sara Errani oraz Andrea Vavasori. Na Włochów polsko-tajwański duet może trafić dopiero w półfinale. By tam dotrzeć mistrzowie z 2024 roku muszą wygrać trzy mecze. W pierwszej rundzie nasz duet zmierzy się z Iriną Chromaczewą i Christianem Harrisonem. W meczu o 1/4 finału nasza para mieszana może zagrać z rozstawionymi z numerem ósmym Terezą Michalikovą oraz Lloydem Glasspoolem. Z kolei najwyżej rozstawioną parą w ćwiartce Zielińskiego i Hsieh są Taylor Townsend oraz Nikola Mektic, na których mistrzowie sprzed dwóch lat mogą trafić po dwóch wygranych meczach.

Australian Open. Niesamowity powrót Laury Siegemund, niecodzienny strój Naomi Osaki

/ Jakub Karbownik , źródło: własne/www.wtatour.com, foto: Eastnews

Belinda Bencic, Naomi Osaka, Jelena Ostapenko oraz Anna Kalinska znalazły się w gronie tenisistek rozstawionych, które uzupełniły grono zawodniczek w drugiej rundzie rywalizacji singlowej Australian Open 2026. Blisko wygranej była też czwarta z rozstawionych, które wieczorem australijskiego czasu zobaczyliśmy we wtorek na kortach Melbourne Parku.

Znamy komplet zawodniczek, które rozpoczną rywalizację o miejsca w 1/16 finału rywalizacji singlowej Australian Open. Jednak nie wszystkim zawodniczkom rozstawionym udało się wygrać swe mecze otwierające tegoroczny występ. Ostatnią, która tej sztuki nie dokonała jest Ludmila Samsonova. I to mimo że pierwszego seta turniejowa „osiemnastka” wygrała 6:0, a w drugiej partii od wygranej dzielił ją już tylko jeden gem. Laura Siegemund zdołała doprowadzić do decydującej odsłony.

W tej reprezentantka naszych zachodnich sąsiadów przegrywała 0:2, aby w szóstym gemie odrobić stratę. Przy prowadzeniu 5:4 tenisistka zza naszej zachodniej granicy miała drugą w tym secie okazje na przełamanie serwisu wyżej notowanej rywalki. Była to zarazem piłka meczowa, która dała zawodniczce z Filderstadt awans do drugiej rundy. O wyrównanie swego najlepszego osiągnięcia na australijskich kortach Niemka zagra z Madison Inglis. Reprezentantka gospodarzy w trzech setach uporała się ze swą rodaczką Kimberlly Birrell.

W gronie uczestniczek drugiej rundy znalazła się również Belinda Bencic. Każda z odsłon meczu złotej medalistki olimpijskiej z Katie Boulter miała zupełnie inny przebieg. W pierwszej odsłonie Szwajcarka trzykrotnie odebrała serwis Brytyjce, samemu ani razu nie będąc zagrożoną i wygrała tę część meczu 6:0. W drugiej odsłonie tenisistka z Wysp Brytyjskich pierwszą stratę podania odrobiła, ale drugiej już nie dała rady i to turniejowa „dziesiątka” pozostaje w grze o końcowy triumf podczas Australian Open 2026.

Trzysetowe zwycięstwo podczas wtorkowych spotkań zaliczyła Naomi Osaka. Japonka, która już na wejściu zwróciła uwagę kibiców na całym świecie swym strojem, po wygraniu pierwszej odsłony i przegraniu drugiej partii, losy awansu rozstrzygnęła w trzeciej partii. Antonia Ruzic dwukrotnie odrabiała stratę serwisu w trzecim secie. Dziesiąty gem okazał się tym, który zakończył trwające blisko 150 minut spotkanie. Kolejną rywalką podopiecznej Tomasza Wiktorowskiego będzie Sorana Cirstea. Rumunka po przegraniu partii otwarcia z Evą Lys, w dwóch kolejnych setach okazała się lepsza od reprezentantki Niemiec.

 


Wyniki

Pierwsza runda:

Belinda Bencic (Szwajcaria, 10) – Katie Boulter (Wielka Brytania) 6:0, 7:5

Naomi Osaka (Japonia, 16) – Antonia Ruzić (Chorwacja) 6:3, 3:6, 6:4

Laura Siegemund (Niemcy) – Ludmila Samsonova (18) 0:6, 7:5, 6:4

Jelena Ostapenko (Łotwa, 24) – Rebeka Szramkowa (Słowacja) 6:4, 6:4

Anna Kalinska (31) – Sonay Kartal (Wielka Brytania) 7:6(3), 6:1

Madison Inglis (Australia, Q) – Kimberlly Birrell (Australia) 7:6(6), 6:7(9), 6:3

Nikola Bartunkova (Czechy, Q) – Daria Kasatkina (Australia) 7:6(7), 0:6, 6:3

Linda Fruhvirtova (Czechy, Q) – Lulu Sun (Nowa Zelandia) 6:3, 7:5

Sorana Cirstea (Rumunia) – Eva Lys (Niemcy) 3:6, 6:4, 6:3

Oeiras. Maks Kaśnikowski nie zdołał awansować do drugiej rundy

/ Hanna Pałuska , źródło: własne, foto: Paweł Rychter

Po udanych eliminacjach do turnieju głównego, Maks Kaśnikowski liczył na więcej zwycięstw w imprezie ATP 100 Challenger w Oeiras. W pierwszej rundzie Polak został jednak zatrzymany przez Jurija Rodionova i przegrał 2:6, 6:7(6).

Pierwszy set nie mógł zacząć się gorzej dla Kaśnikowskiego. Stracił swój serwis już w pierwszym gemie. Rodionov wygrał cztery gemy z rzędu i był blisko triumfu w pierwszej partii. Warszawianinowi udało się zapisać łącznie dwa gemy na swoim koncie. Austriak świetnie serwował. Wygrał 100% punktów po pierwszym podaniu. Natomiast Polak zdobył tylko jeden punkt z returnu. Po ponad 25 minutach gry Rodionov zbliżył się do awansu do drugiej rundy.

Druga partia była dużo bardziej zacięta. Co prawda w piątym gemie przeciwnik przełamał podanie Warszawianina, ale jego prowadzenie nie potrwało długo. Chwilę później Kaśnikowski wrócił do gry. W siódmym gemie obronił łącznie trzy break pointy, przedłużając swoje szanse w tym spotkaniu. Cztery gemy później Rodionov ponownie przełamał podanie Polaka do zera. Gdy serwował na wygranie meczu, Kaśnikowski jeszcze raz pokazał, że nie podda się do końca i doprowadził do tie-breaka. W nim gra była wyrównana. To Warszawianin pierwszy miał piłkę setową, ale jej nie wykorzystał. Rodionov potrzebował tylko jednej piłki meczowej, aby wygrać całe spotkanie. Po godzinie i 36 minutach zameldował się w drugiej rundzie.

Pomimo porażki, Kaśnikowski może być zadowolony ze swojej postawy w drugiej partii. Wygrał on w niej łącznie 46 punktów, podczas gdy przeciwnik tylko o dwa więcej.


Wyniki

Pierwsza runda:

Jurij Rodionov (Austria) – Maks Kaśnikowski (Polska) – 6:2, 7:6(6)

Australian Open. Awans Sinnera po kreczu Gastona, niełatwe zwycięstwo Fritza

/ Hanna Pałuska , źródło: ausopen.com/X, foto: East News

Udało się rozegrać wszystkie pojedynki pierwszej rundy turnieju mężczyzn bez żadnych problemów. Z awansu mogli cieszyć się między innymi Jannik Sinner i Taylor Fritz. Ostatni mecz w karierze w Australii rozegrał Gael Monfils. 

Obrońca tytułu Jannik Sinner nie spędził dużo czasu na korcie. Włoch rozegrał dwa sety, w których stracił łącznie tylko trzy gemy. Przed rozpoczęciem trzeciej partii rywal Hugo Gaston skreczował z powodu kontuzji. Francuz był w złym stanie i nie mógł pohamować łez.

Czterech setów potrzebował Taylor Fritz, aby zameldować się w drugiej rundzie. Amerykanin pokonał Valentina Royera, ale nie było to najłatwiejsze spotkanie. Z wygranej cieszył się też rozstawiony z numerem 31. Stefanos Tsitsipas. Był to jednak mecz, w którym i Grek i rywal Shintaro Mochizuki męczyli się z problemami zdrowotnymi. Po przegranej pierwszej partii Tsitsipas znalazł drogę do zwycięstwa.

Z turniejem w Australii pożegnał się Gael Monfils, dla którego był to ostatni występ na kortach Melbourne Park. Francuz przegrał z Danem Sweeny, chociaż po pierwszym secie był na prowadzeniu. Wtedy właśnie reprezentant gospodarzy wygrał trzy partie z rzędu. Monfils dotarł dwa razy do ćwierćfinału Australian Open. Miało to miejsce w 2016 i 2022 roku. Po meczu udzielił emocjonującego wywiadu, w którym przyznał, że pierwszy raz wziął udział w turnieju 23 lata temu.

Do grona zwycięzców dołączył James Duckworth. Reprezentant Australii grający z dziką kartą pokonał w pięciu setach Dino Prizmicia. Po trzech partiach to szczęśliwy przegrany z Chorwacji był bliżej wygranej, ale Australijczyk odwrócił losy spotkania.

To był kolejny dobry dzień dla czeskich kibiców. Zwycięzca z Adelajdy Tomas Machacz bez żadnych problemów pokonał Grigora Dimitrova. Nieco cięższą przeprawę przebył Vit Kopriva. Jego doświadczony przeciwnik Jan-Lennard Struff prowadził już 2:1 w setach, ale Czech zdołał wygrać to spotkanie.

Udany debiut zaliczył Rafael Jodar, który pokonał Reia Sakamoto. Hiszpan wygrał dwie pierwsze partie, ale potem do głosu doszedł Japończyk. W decydującym secie przewagę zdobył Jodar, który zameldował się w drugiej rundzie.

W kolejnej rundzie zobaczymy także Huberta Hurkacza. Polak okazał się lepszy od Zizou Bergsa. O spotkaniu można przeczytać TUTAJ.


Wyniki

Pierwsza runda:

Jannik Sinner (Włochy, 2) – Hugo Gaston (Francja) – 6:2, 6:1 i krecz Gastona

Taylor Fritz (Stany Zjednoczone, 9) – Valentin Royer (Francja) – 7:6(5), 5:7, 6:1, 6:3

Stefanos Tsitsipas (Grecja, 31) – Shintaro Mochizuki (Japonia) – 4:6, 6:3, 6:2, 6:2

Dane Sweeny (Australia) – Gael Monfils (Francja) – 6:7(3), 7:5, 6:4, 7:5

Rafael Jodar (Hiszpania) – Rei Sakamoto (Japonia) – 7:6(6), 6:1, 5:7, 4:6, 6:3

James Duckworth (Australia, WC) – Dino Prizmić (Chorwacja, LL) – 7:6(4), 3:6, 1:6, 7:5, 6:3

Hubert Hurkacz (Polska) – Zizou Bergs (Belgia) – 6:7(6), 7:6(6), 6:3, 6:3

Tomas Machacz (Czechy) – Grigor Dimitrov (Bułgaria) – 6:4, 6:4, 6:3

Vit Kopriva (Czechy) – Jan-Lennard Struff (Niemcy) – 4:6, 6:2, 2:6, 6:3, 6:1

Australian Open. Jan Zieliński i Luke Johnson pokonali reprezentantów gospodarzy w pierwszej rundzie

/ Hanna Pałuska , źródło: ausopen.com, foto: Peter Figura

W meczu pierwszej rundy gry podwójnej Jan Zieliński i Luke Johnson trafili na niełatwych rywali. Polsko-brytyjska para podjęła reprezentantów gospodarzy – zwycięzcę Australian Open 2023 w deblu Rinky Hijikatę i Tristana Schoolkate. Odwrócili losy spotkania i pokonali Australijczyków 6:7(3), 7:5, 6:4.

Początek pierwszego seta nie poszedł po myśli Polaka i Brytyjczyka. Stracili podanie już w trzecim gemie. Australijczycy utrzymywali prowadzenie przez większość spotkania, aż do momentu, gdy serwowali na wygranie seta. Wtedy właśnie Zieliński i Johnson odrobili straty i wrócili do gry. O losach pierwszej partii przesądził tie-break. Od początku dominowali w nim Hijikata i Schoolkate. Przy stanie 4:3 dla rywali Polak i Brytyjczyk mieli dwa podania i mogli wyjść na prowadzenie. Stracili je jednak dwa razy, a rywale zdobyli cenną przewagę. Wykorzystali pierwszą piłkę setową i triumfowali w pierwszym secie. Statystyki jednak przemawiały na korzyść Zielińskiego i Johnsona. Pomimo porażki, wygrali oni łącznie 44 punktów, podczas gdy przeciwnicy o trzy mniej.

Druga partia rozpoczęła się od przełamań po obu stronach. Od tego czasu spotkanie zrobiło się wyrównane. W dziesiątym gemie polsko-brytyjski duet znalazł się w opałach. Rywale zdobyli break pointa, który był zarazem piłką meczową. Polscy kibice mogli jednak odetchnąć z ulgą, bo Zieliński i Johnson wyszli z opresji. Chwilę później sytuacja odwróciła się o 180 stopni, bo to oni wyszli na prowadzenie i serwowali na wygranie seta. Po ponad 45 minutach gry doprowadzili do wyrównania. Spoglądając na statystyki, można się nieco zaskoczyć. Zarówno Hijikata i Schoolkate, jak i Zieliński i Johnson wygrali po 37 punktów w tej partii. To pokazuje jak bardzo wyrównana ona była.

Decydujący set rozpoczął się od dwóch break pointów dla przeciwników już w drugim gemie. Polsko-brytyjska para obroniła je i dalej pozostawała w grze. W następnym gemie poszła za ciosem i to ona przełamała podanie reprezentantów gospodarzy. Zdobyła kluczową przewagę i przybliżyła się do awansu do drugiej rundy. Australijczycy nie chcieli dać za wygraną. W ósmym gemie mieli dwa powrotne break pointy. Był to ciężki czas dla Polaka i Brytyjczyka, ale ostatecznie utrzymali podanie. Chwilę później byli blisko zwycięstwa przy serwisie rywali. Ostatecznie wykorzystali czwartą piłkę meczową i wygrali całe spotkanie.

W kolejnej rundzie zwycięzcy mogą się zmierzyć z parą Ray Ho/Hendrick Jebens lub z rozstawionymi z numerem 7. Simone Bolellim i Andreą Vavassorim. Polak i Brytyjczyk podejmowali włoski duet w Adelajdzie, ale przegrali 6:7(2), 2:6.


Wyniki

Pierwsza runda gry podwójnej:

Jan Zieliński, Luke Johnson (Polska, Wielka Brytania) – Rinky Hijikata, Tristan Schoolkate (Australia, Australia) – 6:7(3), 7:5, 6:4