Fantastyczne ćwierćfinały mężczyzn i rutyna w wykonaniu pań

/ Adam Romer, źródło: Korespondencja z Roland Garros, foto: AFP

Doskonałe spotkania ćwierćfinałowe rozegrali we wtorek panowie, wygrali Federer i Djoković. Za to panie nie zaimponowały niczym i co gorsza do półfinału awansowała Sara Errani, najbardziej nijaka półfinalista Rolanda Garrosa ostatnich lat.

Niewiarygodne rzeczy działy się tego popołudnia na kortach Rolanda Garrosa. Jo-Wilfried Tsonga wspierany przez 15 tysięcy rodaków na korcie Philippa Chartiera dwoił się i troił, szalał wzdłuż końcowej linii, serwował rewelacyjnie, zdobywał ważne punkty przy siatce i w efekcie zepchnął Novaka Djokovicia na skraj przepaści. Na skraj znaczy, doprowadził do piłek meczowych.

Publiczność paryska była tak podniecona, że zapomniała nawet o żelaznej zasadzie nieoklaskiwania błędów rywala Tsongi. Każda piłka, która po zagraniu Serba lądowała w aucie była rzęsiście oklaskiwana a trybuny skandowały „Tsonga, Tsonga”.

Ale Djoković nie raz już pokazał, że ma stalowe nerwy. Mimo padającego deszczu (nikt przy takim sanie meczu nie odważyłby się go przerwać) i kolejnych czterech meczboli dla Tsongi w czwartym secie ani na chwilę nie zadrżała mu ręka.

Obronił wszystkie cztery, doprowadził do tie breaka, którego wygrał w niemniej dramatycznych okolicznościach.

Zdruzgotany Tsonga już się nie podniósł. Po takim obrocie sprawy gładko przegrał piątego seta w 32 minuty, usiadł na ławce i tylko schował głowę w ręczniku. Czy płakał? Tego nikt się nie dowiedział, bo siedział tak dobre kilka minut.

Federer też lepszy

Wszystko co najlepsze ma w swoim repertuarze zagrań musiał pokazać Roger Federer, by po ćwierćfinałowym pojedynku z Juanem Martinem Del Potro pozostać w paryskim turnieju.

A bynajmniej po pierwszych dwóch setach nie wyglądało na to, że Szwajcar może się wyzbyć kompleksu Argentyńczyka, z którym poniósł jedną ze swoich najbardziej bolesnych porażek – w finale US Open 2009. To Del Potro dzielił i rządził na korcie Suzanne Lenglen, a Szwajcar zdawał się być ociężały i nie nadążał za zagraniami rywala. Do czasu…

Bynajmniej to nie była moja taktyka. Po prostu Juan grał tak dobrze w tej fazie meczu, że niewiele mogłem zrobić. Choć tie breaka przegrałem dość pechowo – tłumaczył się Federer na pomeczowej konferencji.

Rzeczywiście już tie break kończący drugi set był niezwykle zacięty, ale jeszcze Del Potro zdołał go rozstrzygnąć na swoją korzyść.

Wszystko odwróciło się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki w momencie, gdy Federer przełamał Argentyńczyka na początku trzeciej partii.

Wiedziałem, że to będzie kluczowy moment – wyznał po meczu Federer. I miał rację. Od momentu uzyskania prowadzenia gra Szwajcara zaczęła się układać coraz lepiej, a rywal słabł w oczach.

Losy meczu odwróciły się w kilkanaście minut i nim kto się obejrzał tenisista wszechczasów, jak zgodnie nazywa się tu Federera zapisał na swoim koncie trzeciego, czwartego i po kolejnych kilkunastu minutach piątego seta.

W nagrodę za takie tempo mógł jeszcze obejrzeć decydujące momenty piątego seta pojedynku Jo-Wilfrieda Tsongi z Novakiem Djokoviciem. Teraz może się spokojnie przygotowywać do półfinałowego pojedynku z Serbem. Podobnie jak przed rokiem Szwajcar planuje ten mecz wygrać.

Panie w tyle

Nie było chyba jeszcze w najnowszej historii turnieju na kortach Rolanda Garrosa tak przeciętnej półfinalistki jak Włoszka Sara Errani.

Gdyby zapytać co charakterystycznego da się powiedzieć o grze włoskiej tenisistki, to najwięksi specjaliści od kobiecego tenisa długo musieli by się głowić, by coś takiego znaleźć. Włoszka ani nie ma wyróżniającego uderzenia (jak choćby forhend Samanthy Stosur czy drajw wolej Marii Szarapowej), ani nie należy do zawodniczek stawiających na świetne przygotowanie kondycyjne (jak Caroline Wozniacki czy Angelique Kerber), wreszcie nie jest szczególnie ładna (jak Ana Ivanović). A mimo to ta „królowa przeciętności” znalazła się w półfinale Rolanda Garrosa! A wszystko dzięki wykorzystaniu niezwykłej słabości rywalek w jej części drabinki turniejowej, w tym miedzy innymi naszej Agnieszki Radwańskiej.

Gdy przed trzema tygodniami Radwańska oddała Errani jednego gema podczas turnieju w Madrycie nikt nie przypuszczał, że Włoszka „zemści” się w tak wyrafinowany sposób na Polce.

Trzeba jednak Errani oddać, że przez cały turniej grała z niezwykłą konsekwencją pozwalając swoim rywalkom wykańczać się samemu, tak jak stało się to w pojedynku ze Swietłaną Kuzniecową i dziś z Angelique Kerber.

Włoszka dbała, by piłka po prostu zawsze wracała na przeciwną stronę siatki i okazało się to najlepszą z możliwych taktyką. Czy starczy w czwartkowym półfinale na Samanthę Stosur? Wszyscy z wyjątkiem licznie zgromadzonych w Paryżu dziennikarzy włoskich w to wątpią.

W drugim wtorkowym półfinale Stosur nie miała żadnych kłopotów z pokonaniem o 13 cm niższej i sporo drobniejszej Dominiki Cibulkovej.
Najlepiej swój występ skwitowała sama Słowaczka.

Zdawało mi się, ze gram z mężczyzną… Do serwisu musiałam stawać trzy metry za końcową linią, bo inaczej piłka odbijała się za wysoko, bym ją mogła sięgnąć – stwierdziła mierząca 159 cm Cibulkova.

Ducha walki jej nie zabrakło, najwyraźniej centymetrów…

W środę w półfinale turnieju mikstowego około godziny 18 Klaudia Jans-Ignacik w parze z Meksykaninem Santiago Gonzalezem zmierzą się z parą rosyjsko-hinduską Jeleną Wiesniną i Leanderem Paesem.