Finał Wimbledonu: do trzech razy sztuka

/ Mateusz Grabarczyk, źródło: wimbledon.org, foto: AFP

Wielka Brytania wstrzymuje oddech. Andy Murray jeszcze nigdy nie był tak blisko spełnienia marzeń swoich i miejscowych kibiców. Wszystko co trzeba zrobić, to pokonać Rogera Federera. Jakież to proste…

Trzy ostatnie finały Wimbledonu z udziałem Rogera Federera wciskały w fotel. Trochę już od nich czasu minęło, bo mowa o latach 2007-2009, ale takich spotkań się nie zapomina. Wszystkie kończyły się po pięciu setach, każdy miał swoją osobną i bardzo skomplikowaną historię. Dwa z nich były bitwami, które świat w ostatnich latach pokochał – czyli między Rogerem a Rafą. Ale jeden z tym, który w pierwszej połowie dekady na londyńskiej trawie czuł się jak ryba w wodzie – z Andym Roddickiem. I chyba mało kto sądził, że ten inny już Andy będzie w stanie tak poważnie zagrozić wielkiemu wciąż wówczas Federerowi, zmuszając go do rozgrywania 30 gemów w piątym secie.

Dzisiaj nie ma Roddicka ani Nadala. Jest Andy Murray, który o takiej chwili jak ta marzył tak bardzo, jak my marzyliśmy o takiej chwili jak ta wczorajsza. Szkot wreszcie przebił się przez półfinałowy mur, którego nie potrafił zburzyć przez trzy ostatnie edycje. Niewątpliwie pomógł mu w tym Lukas Rosol, który w drugiej rundzie zagrał najlepszy mecz w życiu i wyrzucił z turnieju Rafę. Ale nie oznacza to, że Murray drogę do upragnionego finału miał łatwą. Niepozorny David Ferrer czy potężny Jo-Wilfried Tsonga to rywale, z którymi trzeba się namęczyć. Teraz tylko ta presja. Świadomość, że Wielka Brytania czeka na ten moment tak długo. I tak bardzo w Murraya wierzy. Pytanie, czy wierzy w niego też sam Murray.

Federer nie tylko gra o 17. wielkoszlemowy tytuł, ale także o powrót na szczyt rankingu. Sprawa jest prosta: jeśli wygra, zrzuci z fotela Djokovicia. Szwajcar już dawno nie zaznał smaku wielkoszlemowego triumfu. Tak jak wygrał upragniony, rekordowy szesnasty tytuł na Wimbledonie trzy lata temu, tak potem tylko dwa razy pojawił się jeszcze w finale. Ale przegrał. Do trzech razy sztuka?

Szkot w wielkoszlemowym finale wylądował po raz czwarty. Historia trzech wcześniejszych pojedynków nie jest dla niego przyjemna, bo w żadnym nie zdobył nawet seta. Rok temu w Melbourne zatrzymał go Novak Djoković, w dwóch poprzednich przypadkach ten sam, który dziś będzie chciał to zrobić. Roger Federer. Do trzech razy sztuka?

Dla któregoś z nich to polskie powiedzenie okaże się prawdziwe.