Kirsten Flipkens o kontuzji: Celem jest Australian Open

/ Natalia Kupsik , źródło: własne/www.instagram.com, foto: AFP

Kilka dni temu Kirsten Flipkens tenisową rywalizację w Abu Zabi przypłaciła kontuzją kostki. Mimo tak nieszczęśliwego splotu wydarzeń Belgijka ma nadzieję, że do zdrowia wrócić zdoła jeszcze zanim rozpocznie się Australian Open.

Początku tegorocznego sezonu Kirsten Flipkens z pewnością nie zaliczy do udanych, choć przez pewien czas wiele wskazywało na to, że będzie zupełnie inaczej. W meczu drugiej rundy turnieju w Abu Zabi Belgijka dobrze radziła sobie przecież w starciu z faworyzowaną Sofią Kenin, na swoim koncie zapisując pierwszego seta, a w następnym prowadząc już z przewagą przełamania. Niestety jednak ostatecznie na jej twarzy zamiast uśmiechu satysfakcji pojawił się grymas bólu. Powodem był uraz kostki.

35-latka doznała go w wyniku potknięcia się o umiejscowioną w pobliżu stanowiska sędziego liniowego bandę reklamową. Zarejestrowane na nagraniach nienaturalne wygięcie stopy budzić mogło najgorsze przeczucia, które niestety okazały się słuszne. Kilka słów o swoim aktualnym stanie zdrowia Kirsten Flipkens napisała wczoraj za pośrednictwem profilu na Instagramie, zapowiadając jednocześnie, że z udziału w pierwszym w sezonie turnieju wielkoszlemowym nie zamierza rezygnować.

– Cześć wszystkim, chcę tylko przekazać wam najnowsze informacje odnośnie mojej kontuzji. Wczoraj wykonano mi rezonans magnetyczny i prześwietlenie. Oprócz kilku naciągnięć, obrzęków i tym podobnych mam też częściowo (drugi stopień) zerwane więzadła ATFL. Rozpoczęłam już rehabilitację z moim fizjoterapeutą tutaj w Abu Zabi wykonując zabiegi, bardzo delikatne ruchy  i aquajogging – możemy przeczytać – Nie był to początek roku, o jakim po świetnym okresie przygotowawczym marzyłam, ale zrobię wszystko co w mojej mocy, by jak najszybciej dojść do siebie i wyzdrowieć. I tak, celem jest Australian Open. Dzięki za wszystkie wiadomości i będę was dalej informować. Swoją drogą na bandzie reklamowej widniał napis „Healthpoint”, a po wszystkim trafiłam do szpitala. Co za ironia…