Korespondencja z US Open. Treningowy zawrót głowy

/ Adam Romer , źródło: Korespondencja z Nowego Jorku, foto: East News

Korespondencja z Nowego Jorku, Adam Romer

 

Kto chce zobaczyć prawdziwą twarz tenisowego touru, idzie na trening, a nie na mecz. Tam największe gwiazdy są równe tym, z końca pierwszej setki. Wszyscy harują… a na końcu zdarzają się też „karczemne awantury” takiej jak ta z udziałem Ostapenko

 

US Open to nie tylko mecze na wielkich stadionach. W cieniu wielkiej rywalizacji o wielkie pieniądze jest codzienna praca w pocie czoła.

Dla mnie środa okazała się dniem, gdzie nad oglądanie poszczególnych meczów drugiej rundy singla przedłożyłem obserwacje treningowe. A było na co popatrzeć…

O 11.00 na korcie nr 14 można było obejrzeć jedyną w całym WTA ekipę złożoną tylko z kobiet. Marta Kostjuk odbijała ze swoją trenerką Sandrą Zaniewską, a na korcie pomagała także Jola Rusin-Krzepota odpowiedzialna za przygotowanie fizyczne Ukrainki.

– Marta wreszcie jest zdrowa i pełna optymizmu. Teraz czekamy, by przyszedł dobry wynik – mówiła w chwili przerwy w treningu Rusin-Krzepota. Dzięki niej Kostjuk jest jak sprężynka na korcie. Gibka, rozciągnięta i wyjątkowo szybka. Widać to było w wymianach z Zaniewską, która ciągle świetnie radzi sobie z rakietą w ręku.

– Tego się tak łatwo nie zapomina – żartowała Sandra, która jeszcze niespełna dekadę temu sama marzyła o wielkich wynikach i gdyby nie kłopoty ze zdrowiem, to kto wie…

Jej podopieczna, Kostjuk, w czwartek zmierzy się o awans do trzeciej rundy z Turczynką Zeynep Sonmez, która jeszcze niedawno grała (bez powodzenia) w warszawskim turnieju T-Mobile Polish Open.

Ukrainka może wreszcie osiągnąć coś wielkiego, bo w Nowym Jorku jej część drabinki wydaje się wręcz wymarzona, do awansu przynajmniej do czwartej rundy, jak nie do ćwierćfinału. Ale do tego jeszcze długa droga i przynajmniej kilka treningów na bocznych kortach Flushing Meadows.

Punktualnie w samo południe, na leżącym nieco z boku korcie nr 4 stawiła się Iga Świątek z całą swoją ekipą. Ona też wyciskała siódme poty na oczach sporej grupy kibiców.

Zaczęła od krótkiej rozgrzewki z Tomaszem Moczkiem na małe kara, a potem było już tylko intensywnie i przede wszystkim coraz szybciej. Pot lał się – z Igi, ze sparingpartnera Tomasza, ale i ze zbierającej piłki Darii Abramowicz intensywnie. Trener Wim Fissette podpowiadał co jakiś czas, a Maciej Ryszczuk monitorował odczyty zbierane przez czytniki umieszczone na ciele Igi.

Szczególnie można było być pod wrażeniem serwisu Igi, którego siła i precyzja była do pozazdroszczenia. Na koniec serwując Iga kilka razy trafiła ustawione w karze serwisowym puszki z piłkami, dostając za każde takie trafienie sporo braw.

Godzina na korcie minęła błyskawicznie i nim Iga zdążyła się zabrać za rozdawanie autografów i robienie zdjęć z kibicami, na korcie pojawiła się kolejna ekipa, w której znów nie zabrakło znajomej twarzy. Z Naomi Osaką na korcie nr 4 pojawił się Tomasz Wiktorowski.

– Na korcie nie musieliśmy się witać, bo chwilę wcześniej z Igą i jej ekipą spotkaliśmy się na siłowni – wyjaśniał Wiktorowski już po treningu, gdy w sieci pojawiły się komentarze, że nie przywitał się z byłą podopieczną.

Kolejna godzina na korcie nr 4 była nie mniej intensywna niż poprzednia. Różnica wynikała tylko z warsztatu trenera prowadzącego i może innego stylu. Uwagi Polaka do Osaki było na korcie bardziej słychać niż Belga i Igę. Pojawiły się też na korcie czerwone czapeczki (znaczniki) wskazujące Japonce kierunek zagrania.

– Te czapeczki pamiętają chyba jeszcze moje treningi z Karoliną – żartował Wiktorowski, nawiązując do współpracy ze swoją pierwszą „poważną” podopieczną – Karoliną Kosińską.

 

Jeśli ktoś myślał, że intensywność treningów popołudniu słabnie, został wyprowadzony z błędu przez kolejne zastępy zawodowych tenisistów bezlitośnie wyciskających z siebie siódme poty w kolejnych godzinach. Wśród trenujących byli też weterani, choćby Marcelo Melo, który mimo za chwilę czekających go 42 urodzin intensywnie trenował ze swoim młodym rodakiem Rafaelem Matosem, z którym razem zagrają w turnieju deblowym. A mają na co się szykować, bo w pierwszej rundzie zapowiada się ich hitowy pojedynek z parą Jamie Murray, Ivan Dodig.

By go wygrać obaj Brazylijczycy nie szczędzili w środę wysiłków na treningu na korcie nr 15.

 

Nikt nie lubi Ostapenko…

 

Polscy kibice nie przepadają za Jeleną Ostapenko, która dorobiła się określenia „kryptonit” w odniesieniu do Igi Świątek. Łotyszka ograła Igę już sześć razy.

Możliwe, że po tegorocznym turnieju US Open do antyfanów Ostapenko dołączy spora grupa amerykańskich kibiców. Po awanturze jaka rozpętała się na korcie nr 11, chwilę po zakończeniu meczu Ostapenko – Taylor Townsend, można się spodziewać wszystkiego.

Obie panie za sobą nie przepadają, co było widać od pierwszych piłek ich meczu. Tak długo jak Łotyszka prowadziła (do stanu 4:1) było wszystko w miarę ok. Z kolejnymi gemami wygrywanymi przez Amerykankę robiło się coraz goręcej na trybunach i nerwowo na korcie.

Skończyło się 7:5, 6:1 dla pochodzącej z Chicago Townsend.

Na koniec Ostapenko wylała swoje żale, że Amerykanka nie ma wykształcenia, ani klasy, nie przeprasza za nety i chętnie wyrówna z nią rachunki po za Stanami Zjednoczonymi (lub wg. drugiej wersji po za obiektem US Open).

Townsend nie pozostała dłużna swojej rywalce, komentując, że z Łotyszki wyszła złość i frustracja po porażce i na dokładkę przypomniała jej, że ostatnio ograła ją też po za USA, bo w Kanadzie.

– Moja odpowiedź na jej zachowanie była najlepsza z możliwych. To ja z wami tu siedzę i rozmawiam, a ona jedzie do domu – mówiła Townsend na pomeczowej konferencji prasowej.

Z tym jechaniem do domu okazało się jednak nie do końca prawdziwe, bo zarówno jedna, jak i druga grać będą w debla. I spotkać się mogą… w finale.

 

W czwartek zagra trójka polskich singlistów: Iga Świątek, Magdalena Fręch i Kamil Majchrzak. Może się tak zdarzyć, że wszyscy będą rywalizować w podobnych godzinach czyli od 12.30 czasu miejscowego (18.30 w Polsce)