Korespondencja z Wimbledonu: I tyle…

/ Artur St. Rolak , źródło: Korespondencja z Londynu, foto: AFP

Można by było napisać, jak Jerzy Janowicz rozmawiał z Gian Lucą Moscarellą, sędzią jego meczu z Denisem Shapovalovem. Raz mniej, raz bardziej stanowczo sugerował, aby Wloch „przestał trollować”, bo jak można dostrzec ślad piłki na trawie?

Można by było napisać także, jak Jerzy Janowicz pokłócił się z rywalem. Nawet słusznie, bo to nie jego wina, że sędziowie nie zauważyli autu po stronie Kanadyjczyka i przyznali punkt Polakowi. Shapovalov – zamiast mieć pretensje do Włocha na stołku – próbował wciągnąć do rozmowy Janowicza.

Trzeba natomiast napisać o zachowaniu Jerzego Janowicza na konferencji prasowej po meczu. Muszę przyznać, że zaczął grzecznie. Poprosił – jak kiedyś Adama Romera – abym wyszedł z sali. Równie grzecznie odmówiłem.

Czy możecie poprosić swojego kolegę, aby wyszedł, bo nie chce mi się rozmawiać przy nim? – wtedy Jerzy Janowicz zwrócił się o pomoc do pozostałych dziennikarzy.

Odpowiedziała mu cisza, a jedyny przedstawiciel mediów zagranicznych zaczął dopytywać, o co chodzi.

Wyjdźmy na zewnątrz. Nie chcę pracować z tym typem, bo wiem, jaką jest mendą i tyle.

Faktycznie – tyle. Wyszedł i już nie wrócił. Jeden z kolegów zasugerował, że mógłbym skierować sprawę do sądu. Nie skieruję, bo nie czuję się obrażony. Jerzy Janowicz nie może mnie obrazić.

Artur St. Rolak, korespondencja z Londynu.