Korespondencja ze Stuttgartu: Półfinał na ręcznym

/ Artur St. Rolak, źródło: Korespondencja ze Stuttgartu, foto: AFP

Tak jak w 2011 i 2012 roku Agnieszka Radwańska zatrzymała się w półfinale Porsche Tennis Grand Prix w Stuttgarcie. Czerwone światło zapaliła przed nią Laura Siegemund. Niemka wygrała 6:4, 6:2.

Idealny plan dla stuttgarckiego kibica – czy to VfB, czy Borussii Dortmund, która cieszy się tu sporą sympatią – był na tę sobotę taki: najpierw do Porsche Areny na pierwszy półfinał singla Porsche Tennis Grand Prix, potem na Mercedes-Benz Arenę na mecz piłkarskiej Bundesligi, a na zakończenie dnia znów tenis. Angelique Kerber wprowadziła do tego planu delikatną poprawkę – gdy udzielała na korcie wywiadu po zwycięstwie nad Petrą Kvitovą, piłkarze VfB i Borussii grali już od 20 minut.

Piwo musi być
Niemiecki kibic lubi się napić. Najbardziej lubi piwo, które jednakowo dobrze smakuje mu przed, w trakcie i po meczu. Pomiędzy obydwiema arenami jak zwykle wystawiono wózki z supermarketów, do których niemiecki kibic lubiący również porządek odkłada opróżnione butelki (puszek nie lubi) i macha ręką na kilka czy kilkanaście eurocentów kaucji. Ktoś potem potem opróżnia te wózki i nie musi się martwić, w którym sklepie zwrócić butelki – we wszystkich stoją automaty, które nie pytają, gdzie piwo zostało kupione. Nawet wszystkich butelek z całej kolejki Bundesligi nikt nie wymieni na nowego mercedesa ani tym bardziej porsche’a, ale ten biznes najwyraźniej się opłaca.

Między halą a stadionem przez cały turniej stoją samochody sponsora tytularnego, a każdy jakby wołał do przechodzących tamtędy tenisistek (do dziennikarzy niestety nie) „Mnie wybierz! Mną pojedź na przejażdżkę!”, a one wybierają i jeżdżą (jeśli pogrzebiecie w archiwalnych egzemplarzach „Tenisklubu”, to znajdziecie dowody rzeczowe). Dzisiaj, w dniu meczu na stadionie Mercedesa, prawie wszystkie „porszaki” zostały na wszelki wypadek przeparkowane w miejsca niedostępne dla kibiców. Na swoim miejscu – w rogu hali – został tylko ten, o który od poniedziałku toczy się gra na korcie.

Potrzeba nie zaszła
Umówmy się, że 718 boxter S, czekający na jutrzejszą zwyciężczynię, jest pomarańczowy, choć kobiety – bardziej biegłe niż mężczyźni w sztuce nazywania barw – mogłyby się z tą opinią nie zgodzić. Na pewno doceniłyby organizatorów turnieju za dbałość o najdrobniejsze szczegóły. Na przykład tasiemki do identyfikatorów są w takim samym kolorze jak karoseria.

Angelique Kerber poszła nawet jeszcze dalej – na wszystkie konferencje prasowe przychodzi w pomarańczowych butach i żartuje, że to na dobrą wróżbę. Agnieszka Radwańska jest bardziej przezorna i postanowiła nie zapeszać. Zabrała z domu lakier do paznokci na każdą okazję, jednak takiego pomarańczowego – nie. Zapytana o to kilka dni temu, odparła, że jeśli zajdzie taka potrzeba, to na pewno zdąży gdzieś kupić. Potrzeba, niestety, nie zaszła.

Laura Siegemund urodziła się w Filderstadt, gdzie Porsche Tennis Grand Prix odbywało się do 2005 roku, ale nie zdążyła zagrać w rodzinnym miasteczku. W turnieju zadebiutowała w 2006 w Stuttgarcie, dokąd przeprowadziła się impreza i gdzie obecnie mieszka dzisiejsza rywalka Radwańskiej. Poznały się niedaleko stąd, w Biberach, dokąd pomarańczową nagrodą – ryzykując kilkaset euro i kilka punktów kary – można dojechać w niecałą godzinę. W turnieju ITF (pula nagród 25 tys. dolarów) Polka wygrała w trzech setach. Były to dla niej czasy jeszcze przedwielkoszlemowe, a pamiętne warszawskie zwycięstwo nad Anastazją Myskiną miało nadejść za dziesięć tygodni.

Psycholog na praktyce
Z Biberach do Stuttgartu dotarły różnymi drogami. Przez te 10 lat od poprzedniego spotkania Radwańska wyrosła na tenisistkę światowego formatu. Znów jest wiceliderką rankingu WTA, wygrała najwięcej turniejów spośród wszystkich uczestniczek tegorocznego PTGP i po raz pierwszy została w Stuttgarcie najwyżej rozstawiona. Polka od dawna pędzi autostradą, choć jeszcze nie z maksymalną prędkością, natomiast Niemka bardzo długo błądziła po drogach trzeciej kolejności odśnieżania. Przystąpując tu do eliminacji (w czterech wcześniejszych próbach nie zdobyła nawet seta), Siegemund była sklasyfikowana na 71. miejscu, najwyższym w karierze. I tak się w tym roku rozpędziła, że bez straty seta odprawiła już siedem rywalek – w turnieju głównym Anastazję Pawluczenkową, Simonę Halep, Robertę Vinci i właśnie Radwańską.

Kerber, zaraz po meczu z Kvitovą, zapytana o jakąś radę dla rodaczki w pojedynku z przyjaciółką, ograniczyła się do ogólnego stwierdzenia, że „Laura nie ma nic do stracenia”. Siegemund, studentce psychologii, nie musiała tego tłumaczyć. Co innego jednak położyć kogoś na kozetce, wysłuchać i poradzić, jak żyć, a co innego samej wyjść na kort i nie dać się Radwańskiej.

Początkowo nic nie wskazywało na to, że – pomijając oczekiwaną porażkę VfB z Borussią – dzień dla stuttgarckiego kibica będzie tak udany. Radwańska dość łatwo objęła prowadzenie 3:1, gdy Siegemund wmówiła jej, że na zaciągniętym hamulcu ręcznym też da się dojechać do finału. Dla patrzących z boku największe problemy Polka miała właśnie z poruszaniem się po korcie. Do wielu piłek nawet nie startowała. Niemka też to widziała i nękała ją skrótami.