Na początek – czas pożegnań
Korespondencja z Nowego Jorku, Adam Romer
W poniedziałkowe południe z zawodowym tenisem żegnały się dwie utytułowane tenisistki: Petra Kvitova i Caroline Garcia.
Z polskiego punktu widzenia najciekawsze wydarzenia działy się jednak popołudniu, gdy wygrywał Kamil Majchrzak i Magdalena Fręch.
Była dwukrotna mistrzyni Wimbledonu Kvitova i była zwyciężczyni WTA Finals Garcia przed turniejem zapowiedziały, że start w Nowym Jorku będzie ich ostatnim w zawodowej karierze.
Nie wiadomo czy organizatorzy świadomie czy też przypadkiem ich mecze wyznaczyli na poniedziałek i to niemal jeden po drugim. Czeszka zagrała na Grandstandzie (trzecim co do ważności korcie w Nowym Jorku), a Francuzka, nieco skromniej – na leżącym tuż obok korcie nr 6.
– Mnie by było wstyd tak się z tenisem żegnać – ostro występ Kvitovej ocenił siedzący obok mnie czeski dziennikarz, który nieco złośliwie zauważył też, że za jednego wygranego gema była mistrzyni Wimbledonu odbierze z kasy 100 tys. dolarów (ale brutto).
Gdyby nie był Czechem, może bym protestował, bo Petra w karierze zarobiła grubo ponad 37 mln dolarów i raczej na pieniądzach jej nie zbywa, ale potem przypomniałem sobie jak do tego tematu podchodził Dobry Wojak Szwejk. On nigdy łatwego zarobku nie odrzucał, więc uznałem, że w teorii mojego sąsiada coś jednak może być.
W przeciwieństwie do Czeszki, Francuzka Garcia na rzeczone 100 tys. dolarów solidnie się napracowała. W meczu z Kamilą Rachimową wygrała nawet seta, a na korcie spędziła dwie godziny i 17 minut (Petra zaledwie 52 minuty). Efekt był jednak, koniec końców ten sam – porażka w pierwszej rundzie.
W ten sposób US Open, ale także zawodowy tenis, pożegnał obie wielkie mistrzynie. Patrząc na wywalczone tytuły – 31, w tym dwa Wimbledony u Czeszki i 11, w tym z pucharem za WTA Finals w Fort Worth, u Francuzki, zapewne Kvitova osiągnęła więcej, ale w poniedziałek to ona żegnała się zdecydowanie bardziej pośpiesznie.
W czasie tych „ostatnich tang”, w tym samym „zakątku” centrum USTA trenowała inna mistrzyni – Iga Świątek. Sporo młodsza od dwóch wcześniej wymienionych, ale już od pewnego czasu bardziej od nich utytułowana, do treningu podchodziła, jakby tegoroczne US Open miało był przełomem w jej karierze, a nie ewentualnym siódmym tytułem wielkoszlemowym. Godzina na korcie nr 4 pokazała, że Iga jest w formie i bać powinien się jej każdy.
Nieco podobny modus ma ostatnio włączony Kamil Majchrzak. Zachowując wszelkie proporcje („To co robi Iga jest kosmiczne” – mówił sam Kamil na Wimbledonie), Polak dziś poskromił swoje emocje i Hugo Delliena i po trzech godzinach z haczykiem wygrał z Boliwijczykiem.
Chwilami trudno było poznać, że to mecz dwóch tenisistów z zaplecza światowej czołówki. Polak jest obecnie na 76 miejscu, Dellien – 121, ale był najwyżej 64. Piłka śmigała nad siatką z zawrotną prędkością, a wymiany po kilkadziesiąt uderzeń nie należały do rzadkości.
– Udało się ostudzić trochę emocje po przegranym secie i zamknąć mecz – analizował na gorąco Majchrzak w rozmowie z ekipą Eurosportu. W nagrodę Polak zagra w drugiej rundzie z Karenem Chaczanowem, z którym przegrał w 1/8 finału w Wimbledonie.
Nieporównywalnie łatwiej poszło Magdalenie Fręch w pierwszym tegorocznym występie. Na nieco opustoszałym (specjalne tablice wyświetlają dostępność miejsc na poszczególnych kortach – kort nr 7 zapełnił się w 23%) bezlitośnie obnażyła wszystkie braki Talii Gibson. Australijka zadziwiała naiwnością zagrań i aż trudno było uwierzyć, że Gibson w drabince wielkoszlemowej znalazła się z powodu własnego rankingu. W drugiej rundzie Fręch będzie już trudniej, bo rywalką będzie Peyton Stearns. Ta, na korcie spędziła jeszcze mniej niż Fręch, a i tak wygrała.
Na koniec poniedziałku godnie żegnała się z wielkim tenisem Venus Williams. 45-latka urwała seta Karolinie Muchovej, ale więcej zrobić już nie zdołała.
– Fajnie się gra, gdy cały stadion cię wspiera – mówiła Amerykanka, ale chyba było to raczej ostatni raz, bo trudno sobie wyobrazić, by tenisowa „starsza pani” dotrwała do przyszłorocznego US Open.
We wtorek czeka nas pierwszy tegoroczny występ Igi Świątek. Polka zagra z Kolumbijką Arango i od razu na największej z miejscowych aren – Arthur Ashe Stadium. Początek meczu o 11.30 (17.30 czasu polskiego).



