Rozmowy po Cichu: Daria Kuczer

/ Antoni Cichy , źródło: własne, foto: Tenisklub

– Wchodzisz do szatni, mówisz „hej, co tam?”. Może się ktoś odezwie, a może nie… – opowiada Daria Kuczer w drugim odcinku Rozmów po Cichu. Też o kontuzji nadgarstka i kilku miesiącach przerwy, zaufaniu do trenerów i kontrolowaniu emocji.

Z Darią Kuczer rozmawia Antoni Cichy

Daria Kuczer – 18-latka ze Szczecina. Reprezentuje barwy AT Promasters Szczecin, trenuje z Rafałem Chrzanowskim i Łukaszem Markowskim.

Na korcie wojowniczka, poza kortem – mówi – że spokojna, lubi czytać. Wielkie serce do walki pokazywała wielokrotnie. Rok temu z kwalifikacji doszła do drugiej rundy juniorskiego US Open. Na trybunach kibicowali jej nawet rodzice innych Polek. Bo waleczna, mówili. Załamana schodziła z kortu po przegranej. Miała troje przeciwników – rywalkę, chorobę i nadgarstek.

W zeszłym sezonie została indywidualną mistrzynią Polski, w tym roku wywalczyła złoty medal w rywalizacji do lat 23. Była najlepsza zarówno w singlu, jak i deblu. W grze podwójnej radzi sobie ostatnio bardzo dobrze – w dwóch z ostatnich trzech turniejów ITF doszła do półfinału.

""

Zacznę od najważniejszego. Jak z twoim nadgarstkiem?
A dobrze, dobrze! Nie odzywa się, nie ma problemów na razie. Trzeba się cieszyć.

To przez nadgarstek nie grałaś przez kilka miesięcy?
Tak, a tydzień przed powrotem na kort pojawił się jeszcze mały kłopot z piętą. Głównym problemem był jednak nadgarstek. Miałam narośl na trzeciej kości śródręcza, właściwie cały czas ją mam. Przeszłam zabieg wszczepienia komórek macierzystych i na razie nie boli. To jest najważniejsze.

Nie bałaś się, że zamiast kilku miesięcy będzie kilka sezonów? Juan Martin Del Potro przez prawie trzy lata dochodził do siebie, Laura Robson do dziś nie może się odbudować po kontuzji nadgarstka.
Oczywiście, gdzieś z tyłu głowy siedzi świadomość, że to się może powtórzyć. Ale trzeba pamiętać, że tenis to lata gry i kontuzje będą się pojawiać, nie tylko nadgarstka, może się przytrafić uraz każdej innej części ciała. Na szczęście podczas przerwy nie byłam sama. Miałam trenerów, rodziców, przyjaciół, którzy mnie codziennie wspierali.

Był moment zwątpienia?
Tak, po diagnozie chirurga, kiedy powiedział, że ostateczną opcją jest operacja. Pojawiła się myśl, że przerwa może potrwać dłużej. Ale nie trwała! Nie doszło do operacji i trzeba się cieszyć. Na kości zrobiła się narośl, która nawet po operacji mogłaby odrosnąć. Chirurg powiedział, żeby odchodzić jak najdalej od leczenia operacyjnego, bo nie ma pewności, że to nie wróci. Komórki macierzyste na razie działają. (śmiech)

Problemy ze zdrowiem były, ale ze sponsorami raczej nie masz kłopotu?
Tak, jest Grupa Matejek. I właściwie to gdyby nie Grupa Matejek, w tym momencie nie byłoby pieniędzy na wyjazdy. Trzeba się cieszyć, że są ludzie, którzy jeszcze chcą pomagać. Mogę też liczyć na wsparcie finansowe ze strony klubu AT Promasters Szczecin.

To chyba ważne w takim momencie kariery, kiedy kończysz z tenisem juniorskim.
Przejście do tenisa zawodowego jest naprawdę bardzo ciężkie. Właściwie to drugi raz przechodzę całą drogę od nowa. Turnieje, wyjazdy, wszystko trzeba zacząć od zera, jeszcze raz robić to co parę lat temu w tenisie juniorskim.

Grałaś w US Open, juniorskim, ale jednak US Open, a teraz znowu musisz przebijać się od najmniejszych turniejów.
Nie jestem wybredna. Oczywiście, inaczej wyglądają Wielkie Szlemy, tak jak inaczej wyglądają juniorskie turnieje Grade 4 czy Grade 5 i teraz piętnastki, dwudziestki piątki (przyp. turnieje z pulą nagród 15 tys. dol. i 25 tys. dol.). Każde zawody są inne, każde miejsce jest inne. Po prostu trzeba grać, wygrywać i jak najszybciej się przebijać do turniejów WTA.

Spotkałaś się z tym, że zawodniczki z wyższością traktowały inne dziewczyny?
W kobiecym tenisie często tak się zdarza. Bardzo często… Trener też mi opowiadał różne historie z pracy z Paulą Kanią. Są w tourze zawodniczki, które się wywyższają. Ale nie wszystkie.

Zdarzało się, że ktoś nie mówił nawet zwykłego „cześć”?
W juniorskim tenisie? Wchodzisz do szatni, mówisz „hej, co tam?”. Może się ktoś odezwie, a może nie… Ja zawsze staram się być kulturalna, miła i rozmawiać z ludźmi. Co inni robią, to ich decyzja.

""
Daria Kuczer po ostatniej piłce wygranego finału MP do lat 23 (fot. Antoni Cichy/Tenisklub)

Jak ważna jest stabilizacja? Od 11 lat trenujesz z Rafałem Chrzanowskim.
O Jezu… trenera znam bardzo długo. Tak długo, że tylko z opowieści znam niektóre historie. Kiedyś w ogóle się do niego nie odzywałam, chowałam się za nogą taty, taka byłam wstydliwa. W rodzinie opowiadają też, że mężczyźni w ogóle do wózka nie mogli podchodzić. Tylko brata i tatę dopuszczałam. Tak to kopałam wózek i wyganiałam wszystkich. (śmiech) Trener Rafał ma w sobie coś takiego… tak naprawdę jest dla mnie drugim ojcem. Każdemu życzę takiej osoby. Wszystko spina, jest wtedy, kiedy go potrzebuję, wie, kiedy pochwalić.

Jest jak przyjaciel? Spojrzy na ciebie i wie, że potrzebujesz rozmowy, że coś nie gra?
Jestem taką osobą, która stara się nie okazywać uczuć, ale trener i tak często widzi, że coś jest nie tak. Zresztą nie tylko trener Rafał, tak samo drugi trener Łukasz. Oboje długo mnie znają, wiedzą, kiedy coś nie gra.

Starasz się nie uzewnętrzniać emocji?
Raczej tak… Wolę, żebym tylko ja wiedziała o pewnych sprawach, ewentualnie rodzice, ale generalnie staram się sama rozwiązywać swoje problemy i nie prosić nikogo o pomoc. Może nie widać tego na korcie. To już inna bajka.

Na korcie sprawiasz wrażenie impulsywnej, bardzo cieszysz się po udanych akcjach.
I to jest mój błąd. (śmiech)

Dlaczego?
W tenisie dużo zależy od głowy. Emocje idą albo za bardzo w górę, albo za bardzo w dół. Przychodzą falami. W Warszawie właśnie doświadczyłam takiej fali w meczu z Martą Leśniak. Sama to czułam, wiem, kiedy fala emocji jest nie taka, jak powinna. Podczas treningów staram się samą kontrolować, trzymać na jednym poziomie emocjonalnym. Ale to prawda… To, że jestem taką wojowniczką na korcie, to chyba mój największy atut. Kiedy trzeba krzyknąć „come on”, to krzyknę i nie będę się wahać.

Masz mecze, które mocno przeżywasz, wracasz do hotelu i płaczesz?
Aż tak to nie. Jak byłam młodsza, to tak, teraz już nie. Nie płacz, bardziej złość, gniew. Czasami mam ochotę coś rozwalić, rzucić czymś. Ale nie płaczę.

Którą porażkę ostatnio tak przeżyłaś? Drugą rundę US Open?
Byłam wtedy przybita. Miałam szanse w tamtym meczu. Potem, jak rozmawiałam z bratem, mówiliśmy sobie, że o tych okazjach, które mogłam wykorzystać. Ale czułam też złość, bo zatrułam się przed drugą rundą. Nikt nie wiedział nawet czym. Pojawiły się problemy żołądkowe, do tego w Stanach nadgarstek zaczął się już mocno odzywać. Na jednym z treningów musiałam nawet zejść z kortu, bo nie byłam w stanie zagrać forhendu. To mnie bolało tak naprawdę najbardziej.

""
Daria Kuczer podczas juniorskiego US Open 2016 (Fot. Antoni Cichy/Tenisklub)

Należysz do osób, które analizują, rozpamiętują porażki czy mówią sobie „dobra, było minęło, trzeba iść dalej”?
Raczej podczas treningów, kiedy ćwiczymy pewne rozwiązania, rozmawiamy z trenerem, co się działo w trakcie meczu. Ale to już jest przeszłość, nie cofnę już czasu. Niczego już nie cofnę w życiu. Każda decyzja, którą podjęłam, będzie miała znaczenie w przyszłości. Na korcie i w życiu prywatnym.

A wszystkie decyzje, które podjęłaś, są słuszne?
(chwila zamyślenia) Na korcie czy w życiu prywatnym?

Nie wiem, które są dla ciebie trudniejsze.
O jeju… Życie prywatne i życie na korcie to dwie całkiem inne bajki. W życiu prywatnym są rodzice, przyjaciele, na korcie jestem sama. Oczywiście, prywatnie też trzeba się zajmować sobą, ale są jeszcze inne osoby, które trzeba szanować, dbać o nie. Życie tenisowe to ja, trening i to co mam w głowie, w rękach i nogach. Trudno powiedzieć.

Trudno oddzielić sprawy kortowe od prywatnych? Podczas rodzinnej kłótni nie ruszacie tego, co na korcie?
Kiedyś często kłóciliśmy się z tatą po nieudanym występie. Po którymś turnieju podjęliśmy decyzje, że już nie będzie jeździł, zaczęła mama i oczywiście trenerzy. Kłótnie są normalne w życiu. W końcu kto się czubi, ten się lubi. Ale o tenis się nie spieramy. Może czasami, jak tata zacznie komentować mecz. (śmiech)

A z trenerem?
Nie. Chyba nigdy się z nim nie pokłóciłam.

Bezgranicznie ufasz trenerowi Rafałowi?
Pamiętam, że na początku, takim początku, początku, dawno temu, nie byłam pewna, co mam robić, bałam się. Później zaczęły się turnieje, a ja miałam taki charakter, że wiedziałam wszystko najlepiej, nikt nie mógł mi nic mówić. Większość dziewczyn tak ma. Szybko jednak doszłam do wniosku, że trener jest starszy, wie lepiej i wiem, że ma rację. Oczywiście, rozmawiamy. Jak coś mi nie pasuje, staramy się to przedyskutować. Bardzo ufam obu trenerom. Wierzę, że idziemy w dobrym kierunku nie tylko pod względem czysto tenisowym. Podczas przerwy wykonaliśmy ogromną pracę od strony fizycznej. Tak, bardzo im ufam…

Był moment obawy, że dojdzie do rozstania, kiedy zaczął trenować z Paulą Kanią?
Jeśli mam być szczera, to tak. Był taki moment. Nie tylko u mnie, też u rodziców, u brata. Nie wiedzieliśmy, co się stanie. Na szczęście i nieszczęście pojawiła się kontuzja, która dała trenerowi czas, żeby w pełni skoncentrował się na treningach z Paulą. Ale cały czas utrzymywaliśmy kontakt, kiedy tylko trener przyjeżdżał, to razem trenowaliśmy. Był moment zawahania, co będzie dalej. Nie mam nic do Pauli, to świetna tenisistka, fantastyczna osoba, ale cieszę się, że trener wrócił. I to bardzo.

Jak wykorzystałaś przerwę poza treningami fizycznymi? Pracowałaś nad stroną mentalną?
Mentalnie to pracowałam w domu nad tym, żeby nie wpaść w furię i nie rozwalić mieszkania. Po półtora miesiąca miała już dosyć. Wiem, że to nie był łatwy czas dla moich rodziców. Musieli znosić moje humory. Nie byłam zadowolona, że siedzę w domu. Mówiłam sobie: nie poddawaj się, walcz dalej. Chodziło o to, żeby nie dopuścić do siebie myśli, że mogę już nie wyjść na kort. Pojawiały się takie myśli, ale trener od przygotowania fizycznego codziennie mnie motywował. Dużo rozmawialiśmy na temat książek. Oboje bardzo lubimy czytać książki o psychologii. Każdego dnia trenujemy nad stroną mentalną, sama nad tym pracuję. Trenerzy dają mi materiał, a jak go wykorzystam, to już moja decyzja.

Nie czujesz czasami złości, że jedziecie na turniej, jesteś starsza od innych Polek tak jak w US Open, ale to na nich skupia się uwaga?
Nie wiem, jak to ująć. Tak naprawdę z Igą, Mają bardzo dobrze się znamy, lubimy się, czasami mamy zwariowane pomysły, czasami też się spieramy. Jest mi całkiem obojętne, co kto mówi. Tata czyta, patrzy, ja staram się wyłączać i pracować nad sobą. Tak samo Iga czy Maja pracują nad sobą, a w pewnym sensie podczas turniejów nawzajem się wspieramy, dużo rozmawiamy. Iga i Maja to takie przyjaciółki, że po prostu nie sposób je rozdzielić. Jak mają iść na trening, to i tak razem pójdą. Cieszę się, że są, że grają, jeżdżą. Teraz to właściwie one prowadzą juniorski tenis, a ja czy Wika (przyp. Wiktoria Kulik) już odchodzimy.

Czyli nie ma zazdrości?
Nie, nie! Nigdy nikomu niczego nie zazdrościłam. Patrzę na siebie i cieszę się z tego, co mam. Niektórzy ludzie mają gorzej. Wiem o tym, jestem tego świadoma. Nie każdy może grać w tenisa, jeździć na turnieje, poznawać tylu ludzi, tak wiele kultur. Nie ma żadnej zazdrości.

Jesteś szczęśliwa?
Czy jestem szczęśliwa? Po przegranych nie zawsze. (śmiech) Ale tak. Mam rodzinę, przyjaciół, robię to, co kocham i sprawia mi największą radość. Nie potrafię sobie wyobrazić życia tenisa. Wiem, że gdybym po kontuzji nie mogła grać, byłabym chyba najsmutniejszą osobą na świecie.

Gdzie będziesz o tej porze za rok? Wierzysz, że w Ilkley, Manchesterze, turniejach z pulą 100 tysięcy dolarów?
Wierzę i zawsze wierzyłam, że niedługo mogę grać w największych turniejach i to mnie napędza. Nikt oczywiście nie wie, co się stanie za rok, a co dopiero za godzinę. Trzeba sobie stawiać realne cele i koncentrować się na teraźniejszości, a cele, które sobie stawiamy są naszą motywacją do ciężkiej pracy. Wszystko jest osiągalne.