Sto

/ Artur Rolak, źródło: własne, foto: AFP

Był poniedziałek, 25 czerwca 2001 roku (wtedy jeszcze The Championships zaczynały się wedle starej formuły „sześć tygodni przed pierwszym poniedziałkiem sierpnia”). Na Korcie Numer 13 – fakt, że już go nie ma, jeszcze mocniej podkreśla „historyczność” wydarzenia – 19-letni chłopak, który dopiero co awansował do czołowej „15” rankingu ATP, wygrał pierwszy w karierze mecz na Wimbledonie.

W poprzednich dwóch startach odpadał w pierwszej rundzie za sprawą Jirziego Vanka i Jewgienija Kafielnikowa, na co nikt nie zwrócił większej uwagi, natomiast w tenże poniedziałek młodzieniec zostawił po sobie niezapomniane wrażenie. Christophe Rochus, który przegrał z nim 2:6, 3:6, 2:6, zapowiedział: – To geniusz.

Belg nie miał wielkiego porównania, bo sam wcześniej rozegrał na Wimbledonie zaledwie dwa mecze: pokonał Mikaela Tillstroema i uległ Sjengowi Schalkenowi. W sumie nic niezwykłego, ale jego przepowiednia rychło zaczęła się sprawdzać. Równo tydzień później, czyli już w czwartej rundzie turnieju, tenisista dopiero co okrzyknięty geniuszem, pokonał Pete’a Samprasa. Czy trzeba przypominać, że siedmiokrotnego mistrza Wimbledonu, a na dodatek obrońcę tytułu?

Sampras tytułu nie obronił, natomiast Rochus już nigdy nie musiał zabierać głosu w obronie swojej opinii. Opinia broniła się sama. XXI wiek trwał dopiero od dwóch lat z kawałkiem, gdy zaczęła się nowa era w historii nie tylko Wimbledonu, ale tenisa w ogóle. Mag, cudowne dziecko, fenomen, mistrz (co tam mistrz: arcymistrz!), tuz – niech każdy go zwie, jak chce – po raz pierwszy wygrał The Championships.

Pucharów za zwycięstwo przybywało – chociaż ostatnio trochę wolniej niż na początku – a statystycy zaczęli liczyć nie tylko tytuły mistrzowskie, na które jeszcze wystarcza palców obu rąk. Porachowali także wygrane mecze i wyszło im, że z czwartą rundą 2019 włącznie jest ich 99. Żaden mężczyzna nie odniósł tylu zwycięstw w jednym turnieju wielkoszlemowym – nawet Rafael Nadal ma na paryskim liczniku dopiero 93. Setka może wskoczyć najwcześniej w przyszłym roku.

A Rogerowi Federerowi – bo to nazwisko musi wreszcie paść – setka wybiła właśnie dzisiaj. Jego fani z całego świata nie żałowali grosza na okolicznościowe koszulki i inne pamiątki. Bo Szwajcar, miejmy świadomość, to nie tylko arcymistrz rakiety. Talent do monetyzacji sukcesu również ma ponadprzeciętny.

Martina Navratilova ze 120 meczami singlowymi wygranymi na Wimbledonie jeszcze długo będzie mogła spać spokojnie. Taki geniusz chyba się jeszcze nie urodził. Chyba że Christophe Rochus znowu wie więcej…