Sydney: niezwykła postać na drodze Radwańskiej

/ Michał Jaśniewicz, źródło: własne, foto: AFP

O pierwszej w nocy Agnieszkę Radwańską czeka mecz drugiej rundy turnieju w Sydney z Kimiko Date-Krumm. 42-letnia Japonka to postać absolutnie niezwykła w kobiecych rozgrywkach.

O ile skoki narciarskie mają swojego Noriakiego Kasi, o tyle WTA Tour ma właśnie Date-Krumm. Urodzona w Kyoto tenisistka dla wielu może stanowić za wzór i nie chodzi tylko o wiek zawodniczki. Japonka to zasłużona postać w historii kobiecych rozgrywek.

Swoją profesjonalną karierę rozpoczęła w 1989 roku. Dwa lata później osiągnęła pierwszy w karierze finał (mecz o tytuł w Los Angeles przegrała z Monicą Seles 3:6, 1:6), a w 1992 roku sięgnęła po  pierwszy triumf (w Tokio, pokonując w półfinale słynną amerykańską tenisistkę Amy Frazier).

Japonka ma na swoim koncie półfinały wszystkich turniejów wielkoszlemowych, z wyjątkiem US Open. W Nowym Jorku dwukrotnie osiągnęła ćwierćfinał. Najwyżej w rankingu była na czwartej pozycji (w 1995 roku)

Lista „skalpów” zdobytych przez Date Krumm jest bardzo okazała. Japonka wygrywała m.in. z Gabriele Sabatini, Arantxą Sanchez-Vicario, Lindsay Davenport, Janą Novotną, Anke Huber, Mary Joe Fernandez, Conchitą Martinez (w aż sześciu z ośmiu spotkań!), Ivą Majoli, Mary Pierce, a nawet z samą Steffi Graf. Krumm grała ze słynną Niemką ośmiokrotnie i raz udało jej się wyjść z tej konfrontacji zwycięsko (i to po jakim spotkaniu!). W 1996 roku Japonka pokonała Graf w meczu Pucharu Federacji 7:6(7), 3:6, 12:10.

Właśnie w 1996 rok Kimiko Date-Krumm zdecydowała się zakończyć wyczynową karierę. Pierwsza przymiarka powrotów na korty miała miejsce w 2002 roku. Wystartowała z „dziką kartą” w turnieju deblowym w Tokio, ale po pierwszym secie musiała zrezygnować, ze względu na kontuzję lewego Achillesa.

Ten prawdziwy powrót do wyczynowego uprawiania tenisa nastąpił w 2008 roku. Większość doniesienia o jej powrocie na korty traktowała z przymrużeniem oka, niczym jakąś ciekawostkę. Tymczasem już w swoim pierwszym występie, jako kwalifikantka, doszła do finału zawodów ITF w japońskim Gifu (pula nagród 50 tys. dolarów), a potem dołożyła jeszcze trzy tytułu w imprezach niższej rangi, kończąc sezon już jako zawodniczka drugiej setki rankingu.

We wrześniu 2009 rok sprawiła dużą niespodziankę, wygrywając zawody WTA w Seulu. Pokonała wówczas m.in. Danielę Hantuchovą, Marię Kirilenko, Alisę Klejbanową oraz Anabel Medinę Garrigues. W 2010 roku był finał w Osace i kilka innych wartościowych osiągnięć (w pierwszej rundzie Roland Garros sensacyjnie pokonała rozstawioną z numerem dziewięć Dinarę Safinę, we wspomnianej Osace ósmą wówczas tenisistkę rankingu Samanthę Stosur, zaś w Bali jedenastą Na Li).

W dwóch ostatnich latach tak znakomitych wyników w rozgrywkach WTA Tour Japonka już nie osiągała, ale w mocno obsadzonych zawodach niższej ragi potrafiła skutecznie rywalizować ze znacznie młodszymi rywalkami. 2012 rok zakończył zwycięstwem w challengerze w Dubaju, który pozwolił jej na powrót do czołowej setki rankingu.

Ten sezon zaczęła udanym występem w eliminacjach zawodów WTA w Shenzen, ale w pierwszej rundzie turnieju głównego uległa niżej notowanej Chince Ying-Ying Da, w efekcie czego znowu wypadła poza czołową setkę rankingu. Ten tydzień rozpoczęła jako 112. tenisistka świata.

W Sydney Kimiko Date-Krumm najpierw wygrała trzy mecze w eliminacjach, zaś w pierwszej rundzie uporała się z reprezentantką gospodarzy, 27-lentią Casey Dellacquą (99 WTA). Teraz o awans do ćwierćfinału zagra z naszą Agnieszką Radwańską. Polka raz miała okazję rywalizacji z Japonką i nie była to łatwa przeprawa.

Dwa lata temu, w pierwszej rundzie Australian Open krakowianka wygrała 6:4, 4:6, 7:5. W decydującym secie Date-Krumm prowadziła 4:1 i serwowała przy stanie 5:4, ale nie zdołała sprawić kolejnej w swojej karierze niespodzianki. To właśnie w tym meczu miał miejsce pamiętny incydent z urwaną główką rakiety naszej tenisistki (całą sytuację można zobaczyć tutaj).

Dziś w nocy takiej epickiej batalii Agnieszce Radwańskiej nie życzymy, a już na pewno nie chcielibyśmy widzieć ze strony Polki takich objawów frustracji. Date Krumm lekceważyć na pewno jednak nie można – podziwiać wręcz trzeba.