Tego mu było potrzeba – Majchrzak z pierwszym tytułem rangi ATP Challenger Tour!

/ infosport.pl, źródło: infosport.pl, foto: AFP

Kamil Majchrzak w niedzielę triumfował w turnieju rangi ATP Challenger Tour rozgrywanym we francuskim Saint Brieuc. Reprezentant Polski tym samym zapisał na swoim koncie pierwszy puchar za wygranie imprezy pod tą egidą. Dla jednych to osiągnięcie znaczy wiele, dla innych – nie, bowiem to nadal nie są zawody z najwyższej półki. 23-latek jednak robi milowy krok w swojej karierze, która właśnie teraz może nabrać rozpędu.

Nie Hubert Hurkacz, którego gwiazda rozbłysła w Indian Wells i Miami, a Kamil Majchrzak. To w nim widziano potencjalnego kandydata do tego, aby wypełnić dziurę po styranym przez problemy zdrowotne Jerzym Janowiczu. Popularny „Szumi” od zawsze posiadał ogromny potencjał, z którym w parze szły sukcesy z juniorskich kortów. Później, gdy to wszystko trzeba było przełożyć na seniorskie korty, pojawiły się małe schody. Owszem – Majchrzak licząc zaledwie 18 wiosen wygrał pierwszy zawodowy turniej, łącznie na swoim koncie zapisując osiem tytułów ITF Futures.

To jednak było za mało. Zawodnikowi z Piotrkowa Trybunalskiego z każdej strony zarzucano, że brak w jego tenisie postępu. Zdecydowanie częściej mówiło się o stagnacji. Majchrzak momentami grał dobrze, wręcz bardzo, ale nawet na dystansie pojedynczego meczu prezentował kilka twarzy. Na dobrą sprawę w każdym spotkaniu z jego udziałem gołym okiem można było dostrzec wzloty i upadki, które najczęściej pozytywniej kończyły się dla rywala naszego rodaka.

Za przełom w jego karierze należy uznać rozpoczęcie współpracy z Tomaszem Iwańskim. Choć jest to trener, którego filozofia i styl bycia nie wszystkim pasuje, to idealnie wpasował się w ramy tego, czego w danym momencie potrzebował Majchrzak. Przede wszystkim pomógł mu w staniu się pewniejszym siebie – z gracza, który co kilka wymian krzyczał wniebogłosy, licząc, że pomoże mu to w poprawie gry, zmienił się w tenisistę zdecydowanie spokojniejszego. Takiego, który swoją sportową złość potrafi przekuć w to, co pokaże w kolejnej wymianie.

Efekty przyszły stosunkowo szybko – już w 2018 roku na swoim koncie zapisał finał turnieju rangi ATP Challenger Tour (notabene pierwszy taki rezultat zaliczył już w 2015 roku w Maroko) w Taszkiencie i trzykrotnie zagrał w półfinałach. Następnie na start obecnego sezonu po raz pierwszy w karierze przebrnął przez eliminacje do wielkoszlemowego Australian Open. Miał w Melbourne nawet swoje pięć minut – wprawdzie ostatecznie nawet nie dokończył meczu z Keiem Nishikorim, to jednak skutecznie postraszył faworyzowanego oponenta i potwierdził, że grać w tenisa potrafi.

Natomiast za zgłoszenie akcesu do bycia kimś więcej niż przeciętnym Challengerowcem należy uznać ubiegły tydzień, który Majchrzak spędził w Saint Brieuc. Sam w sobie zdobyty tytuł oczywiście cieszy, ale ważniejsze jest to, co przy takim sukcesie zeszło na dalszy plan. 23-latek wygrał pięć meczów z rzędu, co wcześniej nie zdarzyło mu się na tym poziomie. Przechylał szalę zwycięstwa na swoją stronę w meczach, gdzie końcowy rezultat wisiał na włosku. I co najważniejsze: ograł naprawdę solidnych rywali, bo za takich należy uznać Ricardasa Berankisa, Gregoire’a Barrere’a, czy rodzynka z Danii – Mikaela Torpeegarda.

Jeszcze do niedawna obecność jednego Polaka w TOP 100 rankingu ATP była czymś, co rozpatrywano raczej w ramach marzeń czy myśli życzeniowych. Teraz w tym gronie mamy Huberta Hurkacza, a niedaleko od pójścia śladem młodszego kolegi jest Majchrzak. Piotrkowianin to obecnie 130. zawodnik świata – do aktualnie 100. rakiety globu – Jiri’ego Vesely’ego – traci 157 punktów. Mało, nie mało. Polak w najbliższych kilku tygodniach ma do obrony punkty za ubiegłoroczne występy, ale jeśli sukces w Saint Brieuc dobrze go napędzi, to kto wie, czy nie zatrzyma się dopiero w gronie stu najlepszych tenisistów świata? Tego mu oczywiście życzymy!

Michał Pochopień