Venus w klamrze

/ Artur Rolak , źródło: Korespondencja z Londynu, foto: AFP

Skoro już zostałem „skazany na Wimbledon” i nigdy nie odwoływałem się od wyroku; skoro Krzysztof Rawa w felietonie w papierowym „Tenisklubie” nie tylko podtrzymał, ale wręcz rozwinął tę penitencjarną konwencję, to i teraz nie będę się wyłamywał. Przemycenie jednego grypsu dziennie powinno chyba się udać…

W tym roku podróż na korty zaczynam spod stadionu Chelsea. Kontrola bagażu wszystkich osób wchodzących poza pierwszy szlaban dziwi raczej umiarkowanie, bo takie mamy czasy. Zaskoczył mnie natomiast Eden Hazard, zachęcający do odwiedzenia klubowego straganu z pamiątkami. Nikt chyba nie powie, że Chelsea to klub z dykty, a jednak po sprzedaży czołowego zawodnika jego sylwetka nadal pełni funkcje agitatorskie.

Na Wimbledonie mieli dużo więcej czasu, aby przygotować się na przyjęcie gości. Jeśli ktoś zapomniał albo w ogóle nie śledził, bo tenisem interesuje się tylko tutaj i tylko raz do roku, temu zewsząd przypominają, że właśnie mamy nowy dach i nieco zmienione przepisy. Na razie ani jeden, ani drugie nie zostały użyte. Deszcz pada tylko w rozmowach, więc operator maszynerii spokojnie zerka na kort, natomiast do tiebreaka przy stanie 12:12 w decydującym secie nikt się nawet nie zbliżył. Jeden mecz, w którym tenistki załatwiły sprawę przy 7:5 w trzecim, jakoś nie przekonuje, że warto było majstrować przy regulaminie. Ach, prawda – John Isner jeszcze nie zdążył się wypowiedzieć.

Pozwolę sobie przemycić krótki cytat ze „Skazanego…”. Otóż „mecz był w planie na poniedziałek, ale padało. W planie na wtorek go nie było. Wrócił do planu na środę, jednak znów deszcz napisał sprostowanie”. Tak w 1997 roku Venus Williams czekała na mecz pierwszej rundy. Jako jedna z pierwszych weszła na jeszcze pachnący świeżą farbą Kort Numer 1 i niespodziewanie dla znakomitej większości dziennikarzy i chyba całej publiczności przegrała z Magdaleną Grzybowską.

Minęły 22 lata i Venus Williams została zaproszona na dopiero co zadaszoną „Jedynkę” w towarzystwie Cori Gauf, urodzonej w marcu 2004 roku. Starsza z Amerykanek miała już wtedy w dorobku cztery finały Wimbledonu, w tym dwa zwycięskie. Gdyby pojedynki o tytuł odbywały się na Korcie Numer 1, Williams chyba nie wygrałaby żadnego. W debiucie uległa przecież Magdalenie Grzybowskiej, a w 22. występie była bezradna wobec rywalki młodszej o 24 lata.

Piękna klamra, ale nie dla Venus.

 

Artur Rolak, Wimbledon