Wimbledon oczkiem Rolaka: jajka olimpijskie

/ Artur Rolak, źródło: Korespondencja z Londynu, foto: AFP

Angielskich tabloidów, szczerze mówiąc, czytać się nie da. Ale za to tytuły – palce lizać. „Nadal Czechs out” – to po porażce Rafy z Lukaszem Rosolem. „Eggcelent” – dla odmiany o zwycięstwie Heather Watson nad Jamie Lee Hampton.

Pierwszego chyba nie trzeba tłumaczyć, drugi na pewno wymaga wyjaśnienia. Jajka znalazły się w tym tytule, ponieważ ostatnia Brytyjka w turnieju wyznała dziennikarzom, że codziennie na śniadanie zajada grzanki z jajkami i wędzonym łososiem. Jutro będą miały już zupełnie inny smak.

Byłyby jeszcze bardziej gorzkie, gdyby Agnieszka Radwańska się zawzięła i kazała jej wracać do domu na rowerze. Jakimś cudem Brytyjka wyrwała jednak dwa gemy, dzięki czemu mogła z podniesioną głową stanąć przed przedstawicielami mediów. Gdyby przegrała 0:6, 0:6, pytania przypominałyby salwę plutonu egzekucyjnego. 0:6, 2:6 zrobiło wielką różnicę.

Watson, pierwsza od 10 lat Brytyjka, która zabłądziła do trzeciej rundy Wimbledonu, odpowiadała na pytania siląc się na uśmiech. Zdobycie tych dwóch gemów uznała za sukces, bo „rywalka jest trzecia na świecie nie bez powodu”, a takie zawodniczki „nigdy nie dają niczego za darmo”. Przegrała, trudno, ale nawet tak dotkliwa porażka „dała mi lekcję, która będzie procentowała w przyszłości”.

Miałem wrażenie, że już to kiedyś słyszałem. Słyszałem to rok temu, dwa lata temu, trzy, pięć, dwadzieścia… Wszystkie Brytyjki, które odpadają z turnieju, powtarzają to samo. Ale Watson miała łatwiej, bo mogła dodać coś od siebie. „Jadę na dwa turnieje do Stanów, potem wracam do domu i będę z dumą reprezentować Wielką Brytanię na igrzyskach olimpijskich” – powiedziała z przekonaniem.

Wątek olimpijski brzmi w sali konferencyjnej jak echo. Kolejni pokonani, jeśli zakwalifikowali się na igrzyska, już się odgrażają, że wrócą tu za trzy tygodnie, aby wziąć rewanż.