Wimbledon oczkiem Rolaka: niepotrzebne skreślić

/ Artur Rolak, źródło: Korespondencja z Londynu, foto: AFP

Każdy, kto po pierwszym secie napisał albo powiedział, że Serena Williams zmiażdżyła albo zaraz zmiażdży Agnieszkę Radwańską, jest głupcem albo nie ma pojęcia o sporcie – niepotrzebne skreślić – choćby nazywał się nawet John McEnroe. To pokolenie byłych tenisistów ma ma irytującą skłonność do wymądrzania się.

Tegoroczny finał był najlepszym meczem w wykonaniu kobiet, jaki Wimbledon widział od półfinału trzy lata temu, kiedy Serena pokonała Jelenę Diemientiewę. Tamten mecz był lepszy, bo wyrównany od pierwszej do ostatniej piłki. Ten ładniejszy, bo dziś nikt nie gra w tenisa tak pięknie jak Radwańska.

Nadzieja na niespodziankę rodziła się powoli i rosła z każdym gemem coraz lepiej prowadzonym przez Polkę. Zgasła nagle. Najpierw Amerykanka – jak karabin maszynowy – wystrzeliła serię czterech asów serwisowych i wyrównała na 2:2 w trzecim secie. Piąty gem pokazał, że Radwańska walczy już resztką amunicji i do końca na pewno jej nie wystarczy.

Kto powiedział, że ta dziewczyna nie potrafi okazywać emocji? Głosem łkającym ze wzruszenia dziękowała Serenie za piękny mecz, a publiczności za wielkie wsparcie. Zresztą Williams też się w końcu popłakała. Kort centralny lubi łzy, ale muszą one mieć solidne uzasadnienie. Te miały.

Mój – podpowiem, bo nie ma obowiązku pamiętać – 21. Wimbledon już się skończył. Roger Federer może jutro wygrać, może przegrać, a jeśli chce, to niech sobie nawet remisuje. Ja idę zrobić wszystko, co w mojej mocy, aby pomóc Agnieszce Radwańskiej wygrać turniej wielkoszlemowy, zdobyć złoty medal olimpijski, awansować na pierwsze miejsce w rankingu WTA – niepotrzebne skreślić. Ale najlepiej nie skreślać. Wątroba powinna wytrzymać.