Wimbledon oczkiem Rolaka: o sąsiadach i przeczuciach 2.0

/ Artur Rolak, źródło: Korespondencja z Londynu, foto: AFP

Tym razem atak nastąpił z lewej strony. – Dlaczego nie napisaleś o mnie? Ja miałam dobre przeczucia! I nadal mam – poskarżyła się koleżanka z Krakowa. Być może jej miejsce pracy skłania do urzędowego optymizmu, ale ton głosu był dość przekonujący. Za to Żenia, dziennikarz z Rosji, miał złe przeczucia. To znaczy dobre dla nas.

W takich meczach jak ten Agnieszki Radwańskiej z Marią Kirilenko dobrych przeczuć i optymizmu nigdy za wiele. Początek, i owszem obiecywał fajerwerki, ale z czasem ich miejsce zastępowała ciężka praca. O każdy punkt walczyły w znoju i trudzie. I jeszcze dwukrotnie musiały uciekać przed deszczem. Za trzecim razem nie padało, ale zrobiło się niebezpiecznie ślisko i na wniosek Radwańskiej mecz został przerwany.

Kiedy pożegnały się z publicznością z kortu numer 1, było 1:1 w setach, 4:4 w trzecim oraz 15-0 dla serwującej Kirilenko. Na centralnym Wiktoria Azarenka szybko uwinęła się z Tamirą Paszek, więc organizatorzy postanowili wykorzystać okazję i nie odkładać awansu Radwańskiej aż do środy.

Wystarczyły cztery gemy. Ani wyjątkowo piękne, ani jakieś brzydkie. Na pewno trudne. Obie tenisistki czuły na rakiecie ciężar gatunkowy każdej piłki. Polka wykazała się nie tylko lepszą odpornością psychiczną, ale także tym, co charakteryzuje mistrzów – zagrała najlepiej wtedy, kiedy trzeba było.

W tle pojedynku Agnieszki z Maszą toczył się mecz przez jednych nazwany mistrzostwami Niemiec, a przez innych igrzyskami polonijnymi. Andżelika Kerber i Sabina Lisicka bardzo chciały spotkać się z Radwańską (no dobra, niech im będzie – wolałyby pewnie z Kirilenko, bo z nią miałyby większe szanse) i przez dwie i pół godziny nie mogły się dogadać czy to po polsku, czy po niemiecku. Kerber miala meczbole w drugiej partii, a Lisicka prowadziła w trzeciej 5:3. Stanęło na 7:5 dla Andżeliki.

Sąsiadów z czwartego piętra biura prasowego ubywa z każdym dniem. Niemcy trzymają się jednak mocno. Wprawdzie pożegnali Lisicką (Liziki – jak mówią), ale w ćwierćfinałach singla mężczyzn, jak nikt inny, mają jeszcze dwóch ludzi. Philipp Kohlschreiber jakoś nam nie wadzi, ale na miejscu Floriana Mayera wolelibyśmy Jerzego Janowicza. Polak przegrał z nim w trzeciej rundzie w pięciu setach, a Richard Gasquet w czwartej i w czterech. No gdzie tu sprawiedliwość?