Wzorzec z Sevres

/ Artur Rolak , źródło: własne, foto: AFP

Ten mecz należy zawinąć w sreberko, przewiązać tasiemką, ozdobić paczuszkę kokardą i w asyście pocztu sztandarowego odprowadzić z Kortu Centralnego prosto do Muzeum Wimbledonu. To – z perspektywy Simony Halep – był mecz idealny.

Po powrocie z urlopu macierzyńskiego Serena Williams przegrała już trzeci finał turnieju Wielkiego Szlema – zeszłoroczny Wimbledon grzecznie, US Open z przytupem. Teraz zareagowała jakby z niedowierzaniem, że naprawdę znalazł się ktoś, kto jej misterny plan wyrównania rekordu Margaret Court zamienił już tylko w marzenie, które może się nie spełnić.

Halep wzięła się za spełnianie marzenia najpierw swojej mamy, a potem swojego. Samo spełnić się nie mogło, Simona musiała mu pomóc. Wynik dzisiejszego finału trzeba przyjąć z podwójnym optymizmem. Pierwszy powód – poświęcenie się opłaca. Kiedy do chirurgów plastycznych ustawiają się kolejki błagających o powiększenie piersi, bo chcą – błagające, nie kolejki przecież – wyglądać na plaży jak Pamela Anderson XXL, Halep wyraziła życzenie wręcz przeciwne. Zdecydowała się na zmniejszenie biustu, bo zbyt obfity przeszkadzał jej w grze w tenisa. Wytrzymała presję i dalej robiła swoje.

Drugi powód do optymizmu – przyznaję, że całkowicie subiektywny – to obietnica uporządkowania bałaganu w czołówce tenisa kobiecego. Jeśli po rozegraniu meczu mogącego uchodzić za wzorzec z Sevres – mówiąc kolokwialnie – Rumunka nie zdurnieje, a nie powinna, bo już nie jest nastolatką podstępnie obdarowaną przez los sukcesem, a potem wystawioną na wszelkie pokusy tego świata, to zacznijmy oswajać się z myślą, że właśnie objawiła się prawdziwa następczyni Sereny Williams.

We wrześniu skończy dopiero 27 lat, więc przez kilka sezonów powinna trochę sobie porządzić. Do rekordu Court na pewno się nie zbliży, bo zdobyła dopiero drugi tytuł wielkoszlemowy, jednak biorąc pod uwagę obecny nieład w czołówce WTA, trudno wytypować rywalkę, która choćby w części stała się dla Halep kimś takim, jak Rafael Nadal dla Rogera Federera. Lub odwrotnie – jak kto woli.

Przez rok jedno na pewno się nie zmieni. Zapowiadając finał Wimbledonu 2020, wydział prasowy WTA znowu przypomni, że ostatnim trzysetowym pojedynkiem o Venus Rosewater Dish był mecz Sereny Williams z Agnieszką Radwańską. O sześciu kolejnych – poza zwyciężczyniami – już prawie wszyscy dawno zapomnieli, natomiast ten, choć tylko 56-minutowy, warto zapamiętać. Wiele wskazuje bowiem na to, że od dawna odkładana zmiana warty w tenisie kobiecym właśnie się rozpoczęła.