Jak ATP „niechcąco” buduje wyjątkowość Monte Carlo [opinia]

Jarosław Truchan, Adam Romer , foto: AFP

Jarosław Truchan, Adam Romer

 

Turniej ATP Masters 1000 w Monte Carlo to coś specjalnego wśród turniejów podobnej rangi. Za jego niepowtarzalnością przemawia historia, miejsce rozgrywania i wreszcie nietypowy w dzisiejszych czasach format.

 

Pierwszy w sezonie turniej Masters rozgrywany na ceglanej mączce właśnie dobiega końca. Do Monte Carlo, jak co roku, zjechała większość najlepszych tenisistów i na oczach śmietanki towarzyskiej europejskiej stolicy luksusu rywalizowała o wielkie pieniądze.

 

Monako lubi tenisistów, tenisiści lubią Monako

 

Nie jest zaskoczeniem, że tenisiści lubią grać w Monte Carlo, bo kto nie lubi grać u siebie w domu? Od lat księstwo Monako jest domem dla sporej liczby najlepszych tenisistów. Kupują lub wynajmują tu nieruchomości, by uzyskać status mieszkańca Monte Carlo i dzięki temu nie płacić podatków (lub płacić je znacznie mniejsze niż u siebie). Jako rezydenci wracają tu między turniejami i na tych kortach trenują. Oznacza to, że dla wielu z nich – w tym choćby dla Huberta Hurkacza – korty MCCC to ich naturalne miejsce pracy. Czują się jak u siebie. Dlatego do kwietniowego turnieju ATP zgłoszeń z czołówki nigdy nie brakuje. Alexander Zverev wspominał kiedyś, że to niesamowita wygoda dojeżdżać na obiekt rozgrywania jednego z najważniejszych turniejów w roku z własnego domu, który położony jest o kilka przecznic. Jeśli taką wygodę połączyć z faktem, że właśnie rusza sezon gry na kortach ziemnych, to start na Lazurowym Wybrzeżu pozwala zaaklimatyzować się na mączce i zarobić przy tym niezłe pieniądze.

Mówiąc o Monte Carlo, trudno nie wspomnieć, że Rolex Monte Carlo Masters wręcz idealnie wpisuje się w historię i magię otaczającego go świata. Ponad studwudziestoletnia historia turnieju (pierwszą jego edycję rozegrano w 1896 r.) uzupełnia nimb księstwa kojarzonego z wyścigiem Formuły 1, Rajdem Monte Carlo, słynnym kasynem czy drogimi samochodami, których na krętych uliczkach miasta jest wyjątkowo dużo i brakiem podatków.

Grając w takim miejscu, tenisiści mieszają się z oglądającymi ich na korcie gwiazdami muzyki, kina, innych dyscyplin. Maja okazję pokazać swoje umiejętności wyrobionej tenisowo publiczności, w dużej mierze złożonej z nieprzyzwoicie bogatych rezydentów państwa bez podatków. A wszystko odbywa się pod łaskawym okiem zakochanego w sporcie, pod każdą postacią, monarchy – księcia Alberta, który sam tenis lubi i często śledzi na żywo rywalizację z honorowego miejsca na trybunach.

Impreza w Monako wykracza tym samym poza samą rywalizację sportową – to wydarzenie towarzyskie. Nic więc dziwnego, że tenisiści lubią w nim uczestniczyć, nie tylko na korcie. Wielu z nich można dostrzec na trybunach po odpadnięciu z turnieju lub po zakończeniu kariery.

 

Polskie akcenty

 

Opowiadając o niepowtarzalności turnieju w księstwie trzeba koniecznie wspomnieć o polskich akcentach, których w wypadku tak słynnego i rozpoznawalnego turnieju nie brakowało.

Przede wszystkim jednym z niewielu tenisistów, któremu udało się wygrać ten turniej dwukrotnie był Polak – Władysław Skonecki. Wygrywał w 1953 roku, niemal zaraz po tym jak odmówił powrotu do socjalistycznej ojczyzny z meczu Pucharu Davisa ze Szwajcarią. Był w życiowej formie, w finale pokonał innego „zbiega politycznego” Jaroslava Drobnego, wybitnego czeskiego tenisistę startującego wtedy z egipskim paszportem. Dwa lata później, w 1955 roku Skonecki, także nie tracąc seta, wygrał finał z Amerykaninem Budgem Pattym.

Niewątpliwie p. Władysław czuł się w Monte Carlo, jak zresztą na całej francuskiej i włoskiej Riwierze, doskonale i regularnie ogrywał najlepszych tenisistów świata w tych okolicach. Złośliwi tłumaczyli to faktem, że Polak z powodu pewnych swoich upodobań, w europejskiej stolicy hazardu czuł się szczególnie „jak u siebie w domu”, co z miejsca dawało mu przewagę nad rywalami. Czy była to tylko złośliwa plotka czy też rzeczywiście tak było trudno już dziś rozstrzygnąć. Pewne jest jednak, że Skonecki dwukrotnie w Monte Carlo triumfował.

Ponad 20 lat później bliski powtórzenia sukcesu Skoneckiego był, grający w 1976 roku w finale, inny wybitny polski tenisista – Wojciech Fibak. Jednak poznaniak trafił wtedy na prawdziwego mistrza gry na kortach ziemnych – Argentyńczyka Guillermo Vilasa i w trzech rozegranych setach ugrał tylko sześć gemów.

W XXI wieku w Monte Carlo grywali także Jerzy Janowicz, Łukasz Kubot i Michal Przysiężny, jednak już bez tak spektakularnych sukcesów.

 

Pozytywne skutki negatywnej reformy

 

Ekskluzywność rozgrywek w Monte Carlo buduje bez wątpienia historia. Gdy przed niespełna 20 laty w ATP wprowadzono reformę kalendarza doszło do wielu roszad, nikt jednak nie odważył się naruszyć turnieju monakijskiego, choć zakusy na ten dogodny termin, jak i wysoką rangę zawodów były spore. Przez chwilę padały propozycje, by obniżyć rangę turnieju do tzw. :500” i przesunąć na inny termin. Imprezę obroniła historia, monakijska federacja tenisa (która jest jego współorganizatorem) oraz sami tenisiści, którzy stwierdzili niemal zgodnie, że tradycji się nie zmienia.

Dlatego też utrzymano jeszcze jedną rzecz, która ten turniej znacząco odróżnia od innych imprez ATP 1000. Obecnie w kalendarzu jest dziewięć takich turniejów (w planach podobno jest 10). Aż siedem z nich odbywa się w formacie 12-dniowym. Tylko dwa trwają tydzień. Obok Rolex MC Masters to rozgrywki w Paryżu pod koniec sezonu.

Rozszerzona drabinka – oprócz niewątpliwych plusów – ma także mankamenty. Te „długie” imprezy wydają się niepotrzebnie rozciągnięte w czasie. Podczas marcowych turniejów Masters w Stanach Zjednoczonych w drabinkach singlowych oglądamy 96 tenisistów, w Monte Carlo mamy ich „tylko” 56.

ATP rozszerzając drabinki największych imprez próbuje organizować swoje „Wielkie Szlemy”. Nie wszystkim ię to podoba z jednej prostej przyczyny: w pierwszej rundzie tegorocznego turnieju w Monte Carlo oglądaliśmy starcie Daniiła Miedwiediewa z Karenem Chaczanowem. W formacie z większą drabinką i 32 rozstawionymi taki mecz byłby dopiero możliwy w trzeciej rundzie, czyli najwcześniej piątego dnia trwania turnieju.

To wpływa na postrzeganie turnieju w Monako. Każdego dnia dostajemy szlagierowe mecze z udziałem gwiazd, które skupiają uwagę i powodują, że trybuny są pełne, a transmisje chętnie oglądane. Rywalizacja toczy się tutaj tak, jak oczekuje tego nowoczesny odbiorca – szybko, bez rozwlekania w czasie i w sposób skondensowany (choćby przez rozgrywanie ćwierćfinałów w ciągu jednego dnia). I wszystko zawsze z wielkimi nazwiskami. Rozgrywki są także łatwiejsze do śledzenia – większość meczów singlowych jest rozgrywana na maksymalnie dwóch kortach jednocześnie.

Cieszmy się tym, co mamy

Zapewne władze ATP, głównie z chęci zysku, już dawno powiększyłyby turniej w Monte Carlo, ale nie jest to wcale takie proste. Brakuje bowiem terminów, miejsca w klubie i wreszcie trzeba by złamać wieloletnią tradycję, a to jak wiadomo w tak konserwatywnym sporcie (i nie mniej konserwatywnym miejscu) wydaje się na dziś absolutnie niemożliwe.

Pieniądze czynią jednak cuda i nie wiadomo czy kiedyś wyjątkowość tej imprezy nie padnie przed „korporacją chciwością”. Cieszmy się więc wyjątkowością imprezy w Monte Carlo i jej magiczną otoczką póki możemy. A co będzie za parę lat, to się okaże..