Ostatni taki mecz. Jak Martina Hingis wygrała turniej Masters do trzech wygranych setów?

Marek Golba , foto: AFP

Dla jednych to był „tylko” mecz dwóch najlepszych tenisistek globu. Dla innych zamknięcie pewnego rozdziału tenisowej historii. Był rok 1998, gdy Martina Hingis pokonała Lindsay Davenport 7:5, 6:4, 2:6, 6:4.

Dla młodej Szwajcarki był to pierwszy tytuł w imprezie kończącej sezon. Pierwszy, ale wyjątkowy, bo był to ostatni finał rozgrywany w formule do trzech wygranych setów. Od 1999 roku wszystkie mecze, łącznie z finałem WTA Finals, które wtedy nazywały się WTA Chase Championships, toczyły się na do dwóch wygranych setów.

Rok 1998 był dla Hingis prawdziwym egzaminem dojrzałości. Po fantastycznym sezonie 1997 przyszedł czas weryfikacji i mentalnej próby dla nastolatki urodzonej w Koszycach. Zaczęło się obiecująco – od zwycięstwa w Australian Open. Potem przyszła obrona tytułu w Indian Wells. Jednak z upływem czasu zaczęły się schody. Szwajcarka nie była w stanie powtórzyć szalonej serii 37 zwycięstw z rzędu, którą zbudowała na początku poprzedniego sezonu. Co prawda w najważniejszych imprezach wciąż dochodziła daleko, ale tylu tytułów zdobyć się już nie udało.

Na jej drodze stawały kolejne Amerykanki – siostry Venus i Serena Williams, Monica Seles (już wtedy Amerykanka) i Lindsay Davenport. Ta ostatnia pokonała ją w finale US Open, a następnie w październiku w Filderstadt odebrała Hingis pierwsze miejsce w światowym rankingu. Kończący sezon masters miał być okazją do rewanżu dla ambitnej szwajcarskiej nastolatki.

Droga po tytuł wiedziona przez rewanże

Na początku Hingis zagrała ze swoją rodaczką Patty Schnyder. Dla drugiej rakiety Szwajcarii rok 1998 też był niezwykle udany. Po raz pierwszy w karierze weszła do czołowej dziesiątki rankingu i awansowała do finału Pucharu Wielkiego Szlema (turnieju, w którym udział brały zawodniczki, które najlepiej radziły sobie w Wielkich Szlemach). Tam pokonała właśnie Hingis. W mastersie nie było powtórki. Hingis wygrała w trzech setach 4:6, 6:0, 6:3.

Kolejną rywalką była Mary Pierce. Francuzka w ubiegłym sezonie pokonała Szwajcarkę w ćwierćfinale Mastersa. Właśnie wtedy Hingis zakończyła historyczny sezon, kiedy to zdobyła trzy z czterech tytułów wielkoszlemowych. Tym razem jednak nie znalazła sposobu na nastolatkę i przegrała 6:7, 4:6.

Następna była Irina Spirlea – buńczuczna i pełna emocji Rumunka, która z Hingis nigdy nie wygrała. Do pięciu poprzednich porażek dopisała szóstą. Hingis wygrała 6:2, 7:6 i znalazła się w finale.

O tytuł zagrała z Lindsay Davenport, z którą miała kilka rachunków do wyrównania: porażka na Flushing Meadows, odebranie fotela liderki rankingu WTA… Niesiona potrzebą rewanżu Martina była nie do zatrzymania. Różnorodnością zagrań oraz kombinacją siły i precyzji rozmontowała grę Davenport, po czym sięgnęła po swój pierwszy tytuł w turnieju Masters.

Mecze do trzech wygranych setów – czy są potrzebne kobietom?

Po wygranym przez Szwajcarkę finale organizatorzy poinformowali, że Masters 1998 będzie ostatnią edycją, w której finał został rozegrany w formacie do trzech wygranych setów. Zwolennicy równouprawnienia nie byli zadowoleni. W tamtych czasach toczyła się walka o zrównanie sum nagród, o popularność, a także – o jednolity format rozgrywek. Zawodniczki zgłaszały chęć grania meczów pięciosetowych, aby mieć dodatkowy argument w dyskusji o zrównaniu puli nagród dla kobiet i mężczyzn. Finał turnieju Masters miał być takim argumentem, ale… z pomysłu zrezygnowano.

Do dziś nie wiadomo do końca co zdecydowało. Czy zbyt długie transmisje, czy może spore wahania poziomu w tak długich meczach pań – w 1996 roku w finale Hingis ze Steffi Graf, Niemka aż dwa sety wygrała do zera. W każdym razie pule nagród stopniowo i tak wyrównywano, ale do pomysłu „best of five” w wykonaniu pań już nigdy nie wrócono.

Dzisiejszy artykuł jest początkiem serii tekstów o wybranych edycjach turnieju WTA Finals.