Tie-break Tenisklubu #21. Afera Sinnera, nowojorski debiut Kaśnikowskiego

Artur Kobryn , foto:

Informacja o pozytywnym teście antydopingowym Jannika Sinnera była największą „bombą”, jaka spadła na świat tenisa w ubiegłym tygodniu. W naszym cyklu wsłuchamy się jeszcze w echa tego wydarzenia. Ponadto, przypomnimy udane kwalifikacje do US Open Maksa Kaśnikowskiego oraz przyjrzymy się sylwetkom zwycięzców ostatnich imprez WTA oraz ATP przed nowojorskim szlemem.

Sinner pod ostrzałem

O dopingowych kłopotach Jannika Sinnera napisano już wiele i zapewne wiele się jeszcze napisze. Włoch przedstawił linię obrony, która umożliwiła mu oczyszczenie się z zarzutów o umyślne stosowanie niedozwolonych substancji i może w dalszym ciągu brać udział w rozgrywkach. Nam nie pozostaje nic innego jak wierzyć, że za tym wszystkim rzeczywiście stał tylko i wyłącznie nieszczęsny, skaleczony palec jego fizjoterapeuty. Członek ekipy Sinnera okazał się wyjątkowo nieuważną osobą.

Co mogło jednak zwrócić szczególną uwagę, to głośna reakcja dużej części środowiska tenisowego na sposób postępowania w sprawie Włocha. Nie otrzymał on bowiem żadnej oficjalnie ogłoszonej dyskwalifikacji i mógł występować w turniejach, co wcześniej zdecydowanie nie było normą w takich przypadkach. Nie dziwi więc, że zawodnicy jak Kamil Majchrzak, który również ma za sobą sprawę z dopingiem w tle, mogli poczuć rozgoryczenie z powodu nierównego traktowania. Konkluzja jest jednak prosta i niestety niezbyt optymistyczna – kto ma pieniądze i pozycję, ten ma większe możliwości.

Kaśnikowski przywitał się z Nowym Jorkiem

Ostatnie miesiące były wyjątkowo pozytywne dla warszawiaka. Wygrane challengery w Oieras i w Poznaniu sprawiły, że Kaśnikowski dostał pierwszą szansę, by wystąpić w eliminacjach turnieju wielkoszlemowego. I co najważniejsze, gdy już ją dostał, to pokazał się w nich z jak najlepszej strony. Na starcie pokonał Amerykanina Emilio Navę. W następnych meczach wygrał ze znacznie bardziej doświadczonymi Stefano Napolitano oraz Antoinem Escoffierem. Możemy więc pogratulować Maksowi skuteczności w debiucie i liczymy, że kolejne podejścia, o które na ten moment może być chyba spokojny, będą równie pomyślne.

Polski dublet w Poznaniu

Rozgrywany na poznańskich kortach turniej ITF M25 z perspektywy polskich kibiców skończył się w najlepszy z możliwych sposobów. Zarówno w singlu, jak i w deblu tytuły zdobyli tenisiści w biało-czerwonych barwach. W grze pojedynczej triumfatorem został Daniel Michalski. Warszawianin na drodze do zwycięstwa rozprawił się m.in. z trójką swoich rodaków, a finale, po ponad trzygodzinnej walce, pokonał znacznie wyżej notowanego Czecha Michaela Vrbensky’ego. Tym samym zdobył już swój 12. tytuł na tym poziomie rozgrywek, ale być może najbardziej wyjątkowy, bo pierwszy zdobyty na polskich kortach.

W grze podwójnej mistrzami imprezy zostali z kolei Szymon Kielan i Filip Pieczonka. Panowie w półfinale obronili dwie piłki meczowe w super tie-breaku, by w kolejnym meczu rozbić parę numer jeden zawodów, Jirziego Barnata i Michaela Vrbensky’ego. Drugi z nich musiał więc opuszczać Poznań mocno niepocieszony. Polacy mogli za to świętować drugi – po niedawnej wygranej w Łodzi – sukces przed własną publicznością w tym sezonie.

Koncert McCartney

Turnieje poprzedzające Wielkie Szlemy mają to do siebie, że nierzadko przynoszą niespodziewane rozstrzygnięcia. Tak też się stało podczas imprezy pań w Cleveland. Zwyciężczynią tegorocznej edycji została bowiem grająca z „dziką kartą” McCartney Kessler. Amerykanka w momencie rozpoczęcia zmagań zajmowała 98. pozycję w rankingu WTA i miała na swoim koncie zaledwie jedną wygraną na poziomie głównej drabinki zawodów WTA. W stanie Ohio rozegrała jednak bez wątpienia turniej swojego życia. Aż trzykrotnie na przestrzeni całego tygodnia odwracała losy rywalizacji z wyżej notowanymi przeciwniczkami. Najbardziej efektowny był ostatni z tych przypadków, który miał miejsce w finale, przeciwko rozstawionej z „jedynką” Beatriz Haddad Mai. 25-latka Calhoun mogła więc świętować największy sukces w karierze i jednocześnie dała się poznać szerszemu gronu fanów tenisa.

Noskova dopięła swego

Swoją gablotę z tytułami zaczęła zapełniać także Linda Noskova. Czeszka, mimo ciągle nastoletniego wieku, jest już jednak dobrze znaną postacią wśród sympatyków dyscypliny. Na początku tego sezonu mocno dała się też we znaki Idze Świątek, eliminując ją z Australian Open. Po dwóch przegranych finałach, w Adelajdzie i Pradze przed rokiem, doczekała się premierowego trofeum podczas zmagań w Monterrey. I trzeba oddać 19-latce za Vsetina, że wywalczyła je w naprawdę imponującym stylu. W pięciu rozegranych w Meksyku spotkaniach nie przegrała bowiem ani jednego seta. Na „rozkładzie” miała m.in. Elinę Svitolinę, czy Emmę Navarro, a w ostatnim meczu turnieju pokonała Lulu Sun. Przy okazji zanotowała również błyskawiczny rewanż na Nowozelandce za porażkę poniesioną w Cincinnati. Nie wątpimy, że obrazek Czeszki z trofeum, będziemy oglądać jeszcze nie raz w nadchodzących miesiącach i latach.

Sonego wrócił do wygrywania

Wśród panów tytuł w jedynych rozgrywanych przed US Open zawodach ATP trafił do Lorenzo Sonego. I choć drabinka zmagań w Winston Salem nie mogła porażać siłą, to i tak triumf Włocha można uznać za niespodziankę. Ostatnie miesiące nie były bowiem najbardziej udanymi w karierze turyńczyka i próżno go było szukać finałach imprez najwyższego szczebla. W turnieju w Północnej Karolinie wszystko jednak układało się po jego myśli.

Nie tracił setów, a dodatkowo przytrafił mu się również walkower ze strony jednego z rywali. Najefektowniej wypadł w najważniejszym meczu cały zawodów, w którym to oddał Alexowi Michelsenowi zaledwie trzy gemy. Choć tak naprawdę pojedynek ten powinien zakończyć się już w pierwszej partii dyskwalifikacją Amerykanina, po tym jak ten „ustrzelił” piłką jedną z osób na trybunach. Włoch zdobył swój czwarty tytuł w karierze i może poszczycić się dość osobliwym osiągnięciem. Wszystkie z tych trofeów zdobył bowiem w odmiennych warunkach. Do tytułów na czerwonej mączce, trawie i kortach twardych w hali, dołożył zwycięstwo na „hardzie” pod gołym niebem.

Pożegnania Rogers i Van Uytvanck

Zeszły tydzień przyniósł także dwa komunikaty o przejściu na tenisową emeryturę. Jeden z nich pochodził od Shelby Rogers, który zaplanowała swoje pożegnanie na kortach w Nowym Jorku. Postać Amerykanki może być nam bliska z uwagi na fakt, iż jej trenerem w ostatnich dwóch latach był Piotr Sierzputowski. 31-latka z Mount Pleasant często zmagała się z przeróżnymi urazami i zdecydowała, że zakończy rozdział profesjonalnej kariery sportowej. Odchodzić może w pewnym niespełnieniu, gdyż nie udało jej się wywalczyć żadnego tytułu w turniejach WTA. Wystąpiła w trzech finałach, a w imprezach wielkoszlemowych dwukrotnie meldowała się w ćwierćfinałach.

Bardziej po cichu rakietę „na kołku” zawiesiła z kolei Alison Van Uytvanck. Belgijka swój ostatni mecz rozegrała na początku sierpnia w turnieju ITF w Hechingen. 30-latkę z Vilvoorde do takiej decyzji również skłoniły kwestie natury zdrowotnej. W odróżnienie do Rogers, Van Uytvanck ma swoim dorobku tytuły w zmaganiach WTA i była bardzo skuteczna w meczach finałowych. Zagrała w pięciu takich spotkaniach i wszystkie rozstrzygnęła na swoją korzyść.