Tie-break Tenisklubu #37. Siedem impresji po Australian Open 2025

Artur Kobryn , foto: AFP; grafika: Canva

Za nami kolejna edycja turnieju w Melbourne i to w pełni na jej podsumowaniu skupimy się w aktualnej odsłonie naszego cyklu. Przyjrzymy się wielkiej niespodziance w zmaganiach pań i jej braku u panów. Kilka słów poświęcimy również występom naszych reprezentantów.

Dominator Sinner

Tegoroczne Australian Open pokazało, że także przedstawiciele nowego pokolenia są w stanie dominować w turniejach wielkoszlemowych. Dominować w stylu, który ostatnio prezentowała w ostatnich latach „Wielka Trójka”. Jannik Sinner odniósł bowiem triumf w Melbourne Park nie pozostawiając żadnych złudzeń swoim rywalom. Reprezentant Italii podczas dwutygodniowej rywalizacji stracił zaledwie dwa sety i miało to miejsce jeszcze przed ćwierćfinałami. Po turnieju można nawet pokusić się o stwierdzenie, że największych problemów przysporzyło mu jego własne zdrowie, które najmocniej dało mu się we znaki podczas potyczki z Holgerem Rune.

Sam finał Sinner miał już pod kontrolą, demonstrując zabójczo skuteczny tenis, idealnie wręcz skrojony pod korty twarde. Był to jego trzeci z rzędu wielkoszlemowy triumf na tej nawierzchni, co uczyniło go zaledwie piątym graczem ery Open, który dokonał takiej sztuki. Różnego typu niemoc jego rywali pozwala sądzić, że należy spodziewać się kolejnych takich triumfów. Paradoksalnie, jako być może największe czyhającego na niego zagrożenie, jawi się widmo zawieszenia przez Międzynarodowy Trybunał Arbitrażowy ds. Sportu za ubiegłoroczną wpadkę dopingową.

Natchniona Keys

Tak jak wytypowanie Sinnera na triumfatora wśród panów nie było zbyt trudnym zadaniem, tak już wskazanie Madison Keys było nie lada wyczynem. Owszem, Amerykanka wygrała chwilę wcześniej imprezę w Adelajdzie, lecz podobna skuteczność na poziomie Wielkiego Szlema? W to nie wierzył chyba nikt. Do tej pory uchodziła bowiem za tenisistkę, która w najważniejszych startach nie jest w stanie sprostać zadaniu.

Tymczasem, 29-latka z Rock Island, wywalczyła tytuł po najtrudniejszej drodze, jaką chyba można było sobie wyobrazić. Po przetrwaniu dramatycznej końcówki z Eleną-Gabrielą Ruse pokonała kolejno Danielle Colins, Jelenę Rybakinę, Elinę Switolinę, Igę Świątek oraz Arynę Sabalenkę. Największe wrażenie wywarły oczywiście dwa ostatnie starcia, w których wykazała się bezkompromisowością i odpornością psychiczną. Jak się okazało, na Keys pozytywnie wpłynęła zmiana rakiety, techniki serwisu oraz stanu cywilnego. Jej małżonek, Bjorn Fratangelo, sprawdził się również w roli trenera, dzięki czemu udowodniła, że na życiowy sukces nie jest za późno nawet na kilka tygodni przed 30. urodzinami.

Detale Świątek

Najlepsza polska tenisistka pokazała na kortach Melbourne Park dwa oblicza. Przez pierwsze pięć pojedynków przeszła jak burza, tracąc w nich łącznie 14 gemów. Gdy wydawało się, że w końcu dojdzie do jej finałowego starcia w Wielkim Szlemie z Aryną Sabalenką, to na jej drodze stanęła niesamowita Madison Keys.

To właśnie z Amerykanką przyszło nam ją obserwować w zupełnie innego rodzaju rywalizacji. Dyspozycja raszynianki – jak i jej oponentki – falowała, co najpierw doprowadziło ją do piłki meczowej, a następnie rozstrzygającego tie-breaka. Swoich szans oraz przewag na swoje nieszczęście nie wykorzystała i po prawdziwym horrorze schodziła z kortu jako pokonana. Świątek z pewnością ma więc czego żałować, lecz przegrana z tak dysponowaną przeciwniczką ujmy jej z nie przynosi. Awans do najlepszej czwórki był też wyrównaniem jej życiowego osiągnięcia w Australian Open. Na przestrzeni całego turnieju można było  zaobserwować zmiany w grze zaproponowane przez Wima Fissette’a, co pozwala uznać początek ich współpracy za obiecujący.

Biało-czerwoni bez uniesień

Oprócz Igi Świątek, w grach pojedynczych mogliśmy obserwować jeszcze piątkę reprezentantów Polski. Nikt z nich nie był jednak w stanie dotrzeć do drugiego tygodnia rywalizacji i popisać się osiągnięciem szczególnie zapadającym w pamięć. Najlepiej zaprezentowała się Magdalena Fręch, która awansowała do trzeciej rundy, gdzie uległa faworyzowanej Mirrze Andriejewej. Meczu w głównej drabince zawodów nie były za to w stanie wygrać Magda Linette oraz Maja Chwalińska. Pierwsza z nich po prawdziwym dreszczowcu i niewykorzystanej piłce meczowej przegrała z Moyuką Uchiyamą w tie-breaku decydującej partii. Druga zaś, po ciężkich eliminacjach, zaledwie z jednym gemem skończyła pojedynek z Jule Niemeyer.

Wśród panów rozczarował Hubert Hurkacz, który po bardzo słabym meczu został wyeliminowany przez Miomira Kecmanovicia. Chwalony przez nas za „rozkręcanie się” podczas United Cup wrocławianin w Melbourne niestety znów zaprezentował swoje najgorsze wielkoszlemowe oblicze. Pokazał tym samym, jaki ogrom pracy ciągle przed nim i jego nowym sztabem szkoleniowym. Miłym obrazkiem był za to powrót Kamila Majchrzaka do zasadniczej fazy Wielkiego Szlema. Podobnie jak Chwalińska, przebrnął on kwalifikacje, lecz na drodze do drugiej rundy stanął mu Pablo Carreno Busta.

Kruchość mistrza

Na oddzielne wspomnienie zasługuje także występ w Melbourne dziesięciokrotnego triumfatora tych zmagań, Novaka Dźokovicia. Serb po poprzednim sezonie, w którym wywalczył „tylko” złoty medal olimpijski, przybył do Australii w celu odzyskania wielkoszlemowej korony. To się nie udało, a cały turniej zakończył się dla Serba w najgorszy możliwy sposób, czyli kontuzją. „Nole” był w stanie odnieść jeszcze jedno wielkie zwycięstwo, pokonując Carlosa Alcaraza. Z Hiszpanem wygrał doświadczeniem, opanowaniem i umiejętnością wygrywania najważniejszych piłek, lecz później na Alexandra Zvereva nie starczyło mu już zdrowia.

Co szczególnie może martwić sympatyków Serba to fakt, że mimo przerwy i opuszczenia końcówki poprzedniego sezonu, tak szybko dopadł go kolejny uraz. Jest to niejako kontynuacja obrazu jego perypetii w Wielkich Szlemach z ubiegłego roku. Mimo iż Dźoković pokazał, że ciągle potrafi stanowić zagrożenie dla najlepszych, to można mieć poważne wątpliwości, czy będzie jeszcze w stanie znieść trudy długiej, wielkoszlemowej rywalizacji. Sam zresztą nie wykluczył nawet, że do Melbourne w roli zawodnika może już nie wrócić. Ilustruje to, że jest bardzo świadomy tego, jak nadszarpnięty latami grania jest jego organizm.

Napierająca młodzież

O ile końcowa faza turnieju panów nie przyniosła niespodzianek, tak w jego pierwszej części światu przedstawiło się kilku bardzo obiecujących zawodników. Każdy z nich zapisał się na kartach imprezy wyeliminowaniem renomowanego rywala. Łączy ich też fakt, że jeszcze miesiąc temu wszyscy walczyli o tytuł w Next Gen ATP Finals. Dwójka z grupy tych graczy była też w stanie osiągnąć poziom czwartej rundy zmagań. Pierwszym okazał się Learner Tien, który zasłynął pokonaniem Daniła Miedwiediewa po blisko pięciogodzinnej batalii. Co też ciekawe, zrobił to w stylu, którym swoich rywali gnębił do tej pory sam Rosjanin. Do najlepszej szesnastki dotarł też o rok starszy rodak Tiena, Alex Michelsen. Amerykanin już w pierwszej rundzie uporał się z popadającym w coraz większą przeciętność Stefanosem Tsitsipasem.

Mimo odpadnięcia w drugiej rundzie, wielką furorę zdążył zrobić Joao Fonseca. Triumfator z Dżuddy w niezwykle efektownym stylu wyeliminował Andrieja Rublowa. Wyczyn ten należy uznać za wyjątkowy również dlatego, że Brazylijczyk tym meczem debiutował w głównej drabince turnieju wielkoszlemowego. 18-latek podbił wiele serc kibiców swoim potężnym forhendem i możemy być pewni, że w kolejnych latach będzie spędzał w Melbourne znacznie więcej czasu. Uwagę mógł przykuć też występ Jakuba Mensika. Czech, który dał się już poznać z dobrej strony w poprzednim sezonie, zakończył tegoroczną przygodę z australijską imprezą Caspera Ruuda. Kolejna generacja coraz bardziej rozpycha się łokciami i tenisiści urodzeni w latach 90-tych mogą coraz bardziej martwić się o swoją przyszłość.

Panowie w tyle

Na koniec jeszcze jedno spostrzeżenie natury ogólnej. Nie po raz pierwszy w wielkoszlemowej rywalizacji znacznie więcej emocji i zaskoczeń dostarczył turniej pań. Choć u panów trafiały się znakomite pojedynki w stylu Dźokovicia z Alcarazem, czy wcześniej Tiena z Miedwiediewem, to mimo to, można mówić o sporym niedosycie. Od rozpoczęcia czwartej rundy nie doszło już bowiem do ani jednego pięciosetowego spotkania. Bezstronni kibice za rozczarowanie mogliby też uznać przebieg półfinałów i finału.

U pań wyglądało to zupełnie inaczej. Potyczki Keys ze Świątek, a następnie z Sabalenką, bez wątpienia zostaną w pamięci obserwatorów na długo. Ponadto, do dość długiej listy sensacyjnych triumfatorek zmagań wielkoszlemowych w ostatniej dekadzie, dołączyło kolejne nazwisko. Co też ważne, stało się to za sprawą wybitnej postawy Amerykanki, a nie słabości jej konkurentek. W tej sytuacji nawet najzagorzalsi krytycy kobiecych rozgrywek muszą przyznać, że z ich atrakcyjnością wcale nie jest tak źle, jak się czasami mówi. Nie pozostaje nam też nic innego, niż życzyć wspomnianej już młodej generacji graczy, by jak najszybciej podniosła konkurencyjność męskich turniejów.