Tie-break Tenisklubu #47. Wielka forma Ostapenko, polski triumf w Portugalii

Artur Kobryn , foto: AFP | PZT

Inauguracja sezonu na kortach ziemnych nie ułożyła się po myśli Igi Świątek. Szyki ponownie pokrzyżowała jej Jelena Ostapenko. Łotyszka mogła też cieszyć się z mistrzowskiego tytułu zdobytego w Stuttgarcie. My z kolei mogliśmy oklaskiwać naszych deblistów, którzy odnieśli zwycięstwo na szczeblu challengerowym. W najnowszej odsłonie naszego cyklu przyjrzymy się również m.in. triumfatorom imprez panów w Barcelonie i Monachium.

Po staremu

Po pierwszym kwartale sezonu Iga Świątek była bez żadnego tytułu, ale w okres gry na jej ulubionej czerwonej mączce wchodziliśmy z nowymi nadziejami. Już po losowaniu drabinki w Stuttgarcie stało się jednak jasne, że impreza ta będzie poważnym wyzwaniem ze względu na możliwy mecz z Jeleną Ostapenko już w ćwierćfinale. Gdy do niego doszło, obawy kibiców Polki potwierdziły się.

Sam początek spotkania mógł przywołać najgorsze wspomnienia z ich poprzednich rywalizacji. Łotyszka zaliczyła świetny start i objęła prowadzenie 4:0. Raszynianka była w stanie na to odpowiedzieć i podnieść poziom swojej gry, lecz niestety tylko na jednego, drugiego, seta. Stracony dwukrotnie w decydującej partii serwis, który można uznać za jedną z jej głównych bolączek, był jednym z głównych powodów już szóstej porażki z Ostapenko. Tym samym 27-latka z Rygi ma już na swoim koncie zwycięstwa ze Świątek na wszystkich nawierzchniach.

Przerwana posucha

Wygrana z Igą Świątek nie była tym razem ostatnim miłym akcentem turnieju dla Jeleny Ostapenko. To, czego nie była w stanie zrobić w Dosze, gdzie po wygranej z Polką przegrała w finale z Amandą Anisimovą, uczyniła w Stuttgarcie. W półfinale zatrzymała świetnie dysponowaną w poprzednich rundach Jekaterinę Aleksandrową, zaś w finale pokonała liderkę światowego rankingu, Arynę Sabalenkę. Dla Białorusinki był to już czwarty przegrany finał w tym mieście i kolejne odłożenie marzeń o wygraniu Porsche od głównego sponsora.

Łotyszka została też kolejną tenisistką, po Madison Keys i Mirrze Andriejewej, która wywalczyła w tym roku tytuł mistrzowski po pokonaniu zarówno Świątek, jak i Sabalenki. Był to już dziewiąty taki sukces w karierze, ale dopiero drugi na kortach ziemnych. Na wygraną na tej nawierzchni czekała blisko osiem lat, od czasu gdy zadziwiła cały świat, sensacyjnie triumfując podczas Rolanda Garrosa w 2017 roku. Po takim zwycięstwie wraca pytanie, na jak długo będzie w stanie utrzymać tak dobrą dyspozycję i walczyć o kolejne trofea.

Szczęśliwa siódemka

Miejscem polskiego sukcesu w ubiegłym tygodniu okazało się portugalskie Oeiras. W challengerze rangi 125 rywalizowali tam Karol Drzewiecki i Piotr Matuszewski i sięgnęli tam po drugi tytuł w tym sezonie. Polacy, oprócz z rywalami, musieli mierzyć się przez cały tydzień również z kapryśną aurą, która często przerywała lub wstrzymywała pojedynki. Z tego powodu nasi reprezentanci musieli rozgrywać dwa mecze jednego dnia. W finale z kolei, po zwieńczonej w zaciętym super tie-breaku potyczce, wygrali z najwyżej rozstawionymi tenisistami, Francisco Cabralem oraz Lucasem Miedlerem. Po spotkaniu, oprócz siódmego, wspólnego triumfu w karierze, Drzewiecki mógł świętować osiągnięcie najwyższej pozycji w rankingu ATP, zaś Matuszewski jej wyrównanie.

Duńskie zaskoczenie

Podczas rywalizacji w Barcelonie długo wydawało się, że wszystko potoczy się zgodnie z wymarzonym dla gospodarzy scenariuszem. Dwukrotny mistrz, Carlos Alcaraz, kroczył od zwycięstw do zwycięstwa i przedłużał swoją serię meczów bez porażki w stolicy Katalonii. Jej kres nadszedł jednak w pojedynku finałowym z Holgerem Rune. Co gorsza dla Hiszpana i jego kibiców, swój udział miał w tym uraz mięśnia prawej nogi, który uniemożliwił mu grę na najwyższym poziomie.

Nie powinno to jednak zbytnio umniejszać wyczynu Duńczyka. Oprócz Alcaraza, wcześniej pokonał groźnego na tej nawierzchni Sebastiana Baeza i broniącego tytułu sprzed roku, Caspera Ruuda. Po niedawnym finale w Indian Wells, 21-latek z Gentofte pokazał, że będąc w pełni sił i pod opieką zaufanego szkoleniowca, ponownie stać go na włączanie się do walki o duże trofea. Z pewnością można to uznać za świetną wiadomość dla całych rozgrywek.

Przełamanie Zvereva

Monachium okazało się szczęśliwe dla Alexandra Zvereva. Niemiec po dotarciu do finału Australian Open mierzył się z kryzysem formy i w żadnym z sześciu następnych turniejów nie był w stanie wygrać więcej niż dwóch meczów z rzędu. Przerwanie złej passy przyszło jednak w Bawarii.

Niewykluczone, że przełom nastąpił w ćwierćfinale z Tallonem Griekspoorem, który kilka tygodni wcześniej pokonał go w Indian Wells. Panowie znów spędzili na korcie ponad trzy godziny, lecz tym razem zwycięzcą okazał się hamburczyk. Następne dwa mecze, w tym finał z Benem Sheltonem, wygrał już pewnie i w dniu swoich 28. urodzin świętował zdobycie trzeciego tytułu w tych zawodach. I tak samo jak Ostapenko, mógł to robić za kierownicą nowego auta.

Niezagrożona Switolina

Panie o rankingowe punkty walczyły także na mączce pod dachem w Rouen. Z uwagi na niższą rangę turnieju niż w Stuttgarcie, obsada toczonych tam zmagań nie przedstawiała się tak efektownie, lecz mimo to nie zabrakło uznanych nazwisk. Największym z nich była Elina Switolina i nic dziwnego, że Ukrainka cały turniej wygrała.

„Jedynka” całych zawodów bardzo pewnie rozprawiła się z konkurencją. Do finału dotarła bez najmniejszych problemów, w żadnym ze spotkań nie tracąc więcej niż sześciu gemów. W ostatnim meczu imprezy nieco większy opór była w stanie postawić jej Olga Danilović, ale przełożyło się to tylko na doprowadzenia do tie-breaka. Tym samym 30-latka z Odessy, na oczach swojego męża Gaela Monfilsa, sięgnęła po swój pierwszy tytuł po blisko dwuletniej przerwie.

Afera zapachowa

W Rouen doszło również do sytuacji, która odbiła się szerokim echem w tenisowym światku. W spotkaniu pierwszej rundy, na które niewielu kibiców zapewne mogło nawet zwrócić uwagę, Lois Boisson łatwo pokonała Harriet Dart. Podczas jego trwania Brytyjka zwróciła się do sędzi pojedynku, by ta poprosiła Francuzkę o użycie dezodorantu, z uwagi na jej rzekomy „zły zapach”. Nic takiego oczywiście się nie stało, ale cała sprawa żyła jeszcze swoim życiem po meczu i w mediach społecznościowych.

Dart za wszystko przeprosiła z kolei Boisson zamieściła na Instagramie zdjęcie z jednym z produktów firmy Dove z zapytaniem o możliwość współpracy. Co ciekawe, doczekała się też odpowiedzi z jej strony, co należy uznać za świetny ruch marketingowy. O ile różnego rodzaju napięcia pomiędzy zawodniczkami, czy zawodnikami podczas meczów to żadna nowość, tak tego rodzaju „spięcie” było nowością. Otrzymaliśmy zatem kolejny dowód, że śledząc tenisowe rozgrywki można spodziewać się wszystkiego.