Tie-break Tenisklubu #48. Sabalenka i Ruud z madryckimi tytułami

Artur Kobryn , foto: AFP

Ostatnie dni w świecie tenisa upłynęły przede wszystkim na rywalizacji pań i panów w Madrycie. Kiedy Iga Świątek musiała przełknąć gorycz półfinałowej porażki, z triumfów mogli cieszyć się Aryna Sabalenka oraz Casper Ruud. Zajrzymy jednak też na niższe szczeble rozgrywek, gdzie w tym samym czasie o tytuły również walczyły znane nazwiska.

Rozbita Świątek

Rezultaty Igi Świątek w minionych tygodniach sprawiły, że nawet brak zwycięstwa w turnieju na kortach ziemnych nie jest zaskakujący. Szokujący jednak okazał się sposób, w jaki Polka pożegnała się z szansami na obronę tytułu w Madrycie. Jeszcze zanim do tego doszło, raszynianka zabrała swoich kibiców na prawdziwą przejażdżkę rollercoasterem. Zawody zaczęła bowiem od przegranego seta z Alexandrą Ealą, lecz ostatecznie wzięła rewanż nad Filipinką za porażkę w Miami. Później bez większych problemów ograła Lindę Noskovą, a także potrafiła rozbić do zera Dianę Sznajder w pierwszym secie, by rozegrać z nią niełatwą trzysetówkę. W następnym spotkaniu z Madison Keys sama z kolei przyjęła „bajgla” na starcie, aby potem odwrócić jego losy.

Półfinał z Coco Gauff był już niestety tylko jazdą w dół bez trzymanki. Polce tego dnia nie wychodziło niemal nic. Namnażające się błędy doprowadziły do wybuchu frustracji i ujścia emocji podczas jednej z przerw w grze. Świątek cały mecz skończyła z zaledwie dwoma gemami na koncie, co uczyniło tę porażkę prawdopodobnie jedną z najdotkliwszych w karierze. Jak się później okazało, cała madrycka przygoda Świątek nie jest jednoznaczna do oceny ze względu na tragedię rodzinną, która miała miejsce przed turniejem. Do Rzymu nie mogła udać się więc w dobrym nastroju i jego poprawy w pierwszej kolejności musi upatrywać przede wszystkim w optymistycznej historii występów w tym mieście.

Potrójna mistrzyni

Po pokonaniu Świątek, Gauff nie była jednak w stanie sprostać ostatniej przeszkodzie. Pełną pulę raz jeszcze w tym sezonie zgarnęła Aryna Sabalenka. Białorusinka ponownie udowodniła, że jest obecnie najlepszą i najrówniej grającą zawodniczką w rozgrywkach WTA. W czwartym z rzędu turnieju dotarła do finału i jako pierwsza tenisistka w tym roku zdobyła trzeci tytuł.

Podczas całej rywalizacji napotykała na opór ze strony rywalek, jak chociażby Elise Mertens, Marty Kostjuk, czy Coco Gauff, ale nawet przez chwilę nie była poważniej zagrożona porażką. Był to już jej trzeci triumf w Madrycie i co ciekawe, znów odniesiony po dwóch latach od poprzedniego. Sabalenka zrobiła więc sobie idealny prezent na 27. urodziny, które przyszło jej obchodzić dwa dni po zakończeniu imprezy. W sumie ma już w swojej gablocie 20 tytułów, w tym dziewięć rangi WTA 1000. Na podkreślenie jej wybitnej dyspozycji w ostatnim czasie warto również dodać, iż stała się trzecią zawodniczką, która w rankingu WTA przekroczyła granicę 11000 punktów.

Największy skalp

W porównaniu do imprez pań, u panów można było mówić o swoistym bezkrólewiu. W ostatnich dniach Jannik Sinner kończył jeszcze swoją krótką banicję, Carlos Alcaraz został zmuszony do rezygnacji z występu przed własną publicznością z powodu kontuzji, a Novak Dźoković – o czym szerzej za chwilę – znów poniósł wczesną porażkę. Te okoliczności najlepiej wykorzystał Casper Ruud. Norweg nie zaczął najlepiej swojego ulubionego okresu sezonu, tracąc wiele punktów rankingowych po zawodach w Monte Carlo oraz Barcelonie. W stolicy Hiszpanii odnalazł jednak najwyższą formę.

26-latek z Oslo, choć ma już w swoim dorobku trzy finały wielkoszlemowe oraz mecz o tytuł w ATP Finals, najcenniejsze trofeum posiadał do tej pory za wygraną w turnieju ATP 500 w Barcelonie. Teraz w końcu może pochwalić się bardziej adekwatnym osiągnięciem w stosunku do swojej pozycji w rozgrywkach w ostatnich latach. Do ostatniego meczu zmagań dotarł bez straty seta, a w nim pokonał wyrastającego na czołową postać tego sezonu, Jacka Drapera. Norweg zademonstrował jednak, że na mączce jest bardziej ogranym i doświadczonym zawodnikiem i to on sięgnął po końcowy triumf — w sumie trzynasty w całej karierze.

Niemoc mistrza

Z perspektywy ostatnich miesięcy można ocenić, że występ Novak Dźokovicia w Miami był tylko jednorazowym wystrzałem, a nie zwiastunem powrotu do stabilnej i wysokiej formy. Po porażce z Alejandro Tabilo na inaugurację zawodów w Monte Carlo, Serb w Madrycie również błyskawicznie wypisał się z walki o końcowe zwycięstwo. Tym razem jego pogromcą został Matteo Arnaldi, który — identycznie jak Chilijczyk — stracił na drodze do zwycięstwa jedynie siedem gemów.

Szczególnie niepokojące dla fanów 37-latka z Belgradu mogły być jego pomeczowe wypowiedzi, w których zastanawiał się, czy powróci jeszcze do stolicy Hiszpanii w roli zawodnika. Dodatkowo, niedługo potem, Dźoković po raz pierwszy w karierze zrezygnował ze startu w turnieju w Rzymie, w którym triumfował aż sześciokrotnie. Oznacza to, że na Rolanda Garrosa uda się najprawdopodobniej bez ani jednego wygranego meczu na czerwonej mączce. Tak niepewna i zagadkowa dyspozycja Serba jest nowością i jesteśmy ciekawi, czy w traktowanych przez niego ze szczególnym priorytetem Wielkich Szlemach będzie nas w stanie jeszcze czymś zaskoczyć.

Wyczekiwana wygrana

Porażka w Madrycie już w pierwszej rundzie zmusiła Naomi Osakę do niestandardowego posunięcia. W oczekiwaniu na turniej w Rzymie, Japonka zdecydowała się na przyjęcie „dzikiej karty” do turnieju WTA 125 w Saint-Malo. Po raz ostatni w imprezie tej rangi zdarzyło jej się wystąpić przed dziesięcioma laty. Wtedy była notowana jeszcze w trzeciej setce rankingu. Jak się okazało, była to znakomita decyzja.

Na francuskich kortach pierwszy raz w tym sezonie rozegrała pięć zwycięskich pojedynków. Największy opór postawiła jej w drugiej rundzie reprezentantka gospodarzy, Diane Parry, która w decydującej partii prowadziła już 4:1. Osaka popisała się jednak piorunującym finiszem i od tego momentu nie straciła już ani jednego gema. Później seta oddała już tylko Leolii Jeanjean w półfinale, a finał z Kają Juvan zakończyła w dwóch odsłonach. Tym samym Osaka „odczarowała” nawierzchnię ziemną, odnosząc na niej swój debiutancki triumf. Był to również jej pierwszy sukces od czasu zwycięstwa w Australian Open w 2021 roku i co za tym idzie, pierwszy w roli matki.

Król challengerów

Także i wielu panów, którym nie powiodło się w La Caja Magica, szukało punktów na poziomie challengerów. Jeden z dwóch największych takich turniejów w ubiegłym tygodniu odbywał się w Aix-en-Provance. Status najlepszego gracza sezonu tego szczebla potwierdził w nim Borna Czorić. Chorwat, po różnych perypetiach zdrowotnych i spadku w rankingu, szukał tam odbudowy swojej pewności siebie. Skuteczność, którą się tam wykazał, może wzbudzać jedynie wielki podziw. W marcu zwyciężał w Lugano, Thionville oraz Zadarze, a teraz dołożył do tego triumf na południu Francji.

28-latek z Zagrzebia tytuł wywalczył po finale, którego swego czasu nie powstydziłoby się wiele turniejów wyższej rangi. Po ponad trzygodzinnej i przerywanej deszczem batalii, uporał się z 40-letnim Stanem Wawrinką. Szwajcar mógł zostać najstarszym zwycięzcą challengera w historii, lecz Czorić nieznacznie okazał swoją wyższość w tie-breaku decydującego seta. Dzięki temu zdobył swój siódmy tytuł na tym poziomie rozgrywek i po krótkiej przerwie wrócił do pierwszej setki rankingu ATP.

Banicja Purcella

Poza kortami niestety raz jeszcze mogliśmy usłyszeć o historii z niedozwolonym wspomaganiem w tle. Tym razem jej niechlubnym bohaterem został deblista, Max Purcell. Australijczyk nie został co prawda złapany na stosowaniu zabronionych substancji, lecz udowodniono mu przyjęcie za pomocą kroplówki, większej niż dozwolona, dawki witamin. W jego organizmie znalazło się ich ponad 500 ml, przy dozwolonych 100 ml w ciągu 12 godzin.

27-latek z Sydney przyznał się do winy i przykładnie współpracował ze służbami wyjaśniającymi całą sprawę. W związku z tym jego zawieszenie potrwa 18 miesięcy, a nie jak pierwotnie zakłada regulamin w takich sytuacjach, 24. Do gry będzie mógł wrócić w czerwcu przyszłego roku. Patrząc na to jak do przyjmowania jakichkolwiek suplementów i środków medycznych podchodzą raz ukarani już tenisiści, można zakładać, że Australijczyk nie popełni więcej podobnego błędu.