Tie-break Tenisklubu #49. Paolini i Alcaraz z tytułami w Wiecznym Mieście
Przez ostatnie dwa tygodnie rozgrzewała nas przede wszystkim rywalizacja pań i panów na kortach w Rzymie. Z racji podwójnego triumfu Jasmine Paolini mnóstwo powodów do radości mieli gospodarze. Wśród panów kolejny duży triumf święcił Carlos Alcaraz. W najnowszej odsłonie naszego cyklu wrócimy też do występów Igi Świątek i Huberta Hurkacza oraz pogratulujemy naszym rodakom sukcesów na niższych szczeblach rozgrywek.
Świątek bez przełomu
Niestety na nic zdały się nadzieje na powrót na zwycięską ścieżkę Igi Świątek. W jednym z jej ulubionych turniejów Polka wypadła blado. Tegoroczna edycja zmagań w Rzymie okazała się najmniej udaną od czasu debiutu przed pięcioma laty. Choć sama inauguracja z Elisabettą Cocciaretto przebiegła jeszcze bardzo gładko, to już w kolejnym meczu obserwowaliśmy znacznie słabszą Polkę.
Co gorsza, stało się to w potyczce przeciwko Danielle Collins, czyli tenisistce, z którą jej, jak i polskim fanom, jest wybitnie nie po drodze. Raszynianka, po tym jak została rozbita przez Amerykankę w pierwszej partii, walczyła w drugiej odsłonie, lecz i ona zakończyła się niepowodzeniem. Tym samym Świątek poleciała do Paryża bez żadnego tytułu w obecnym sezonie, a ponadto z najniższym miejscem rankingowym od ponad trzech lat. Pierwszy raz od kilku sezonów nie będzie też na kortach Rolanda Garrosa murowaną faworytką do zwycięstwa.
Pełna pula Paolini
W zupełnie odmiennym nastroju przybędzie za to do Paryża ubiegłoroczna finalistka, Jasmine Paolini. Włoszka dostarczyła mnóstwa powodów do świętowania licznie gromadzącym się na kortach Foro Italico rodzimym kibicom. 29-latka dopiero w swoim szóstym występie w Rzymie przełamała barierę drugiej rundy i gdy już to zrobiła, to sięgnęła po końcowy triumf. W pewnym momencie niespecjalnie się na to zanosiło, gdyż w spotkaniu ćwierćfinałowym z Dianą Sznajder przegrywała już 6:7 i 0:4. Dzięki waleczności, ale i z „pomocą” deszczu oraz żywiołowo dopingujących ją fanów, którzy negatywnie wpłynęli na Rosjankę, zdołała jednak odwrócić losy meczu.
Później, już bez straty seta, pokonała Amerykanki Peyton Stearns oraz Coco Gauff i została pierwszą od 40 lat reprezentantką Italii, która wygrała Italian Open. Obok zeszłorocznego triumfu w Dubaju, to także najcenniejszy tytuł w jej dorobku. Na tym Paolini nie poprzestała, ponieważ w niedzielę, wraz z Sarą Errani okazała się najlepsza wśród deblistek. W tym wypadku nie była to już żadna nowość, bowiem panie obroniły trofeum wywalczone przed rokiem.
Amore a prima vista. 🇮🇹 pic.twitter.com/tgZELR9JLr
— Jasmine Paolini (@JasminePaolini) May 19, 2025
Alcaraz uciszył Włochów
Po dwóch triumfach Paolini, pełnię radości miejscowym kibicom mógł dać Jannik Sinner. Włoch w swoim pierwszy występie po trzymiesięcznym zawieszeniu nie dał po sobie poznać, że miał za sobą tak długą przerwę. Od razu dotarł do finału prestiżowej imprezy, demolując po drodze mistrza z Madrytu, Caspera Ruuda. W ostatnim meczu turnieju, który przez wielu określany był jako „finał marzeń”, lider rankingu uległ jednak Carlosowi Alcarazowi.
Hiszpan, po uporaniu się z problemami zdrowotnymi, które powstrzymały go przed startem przed madrycką publicznością, znów zaprezentował się ze świetnej strony. W całych zawodach stracił zaledwie jednego seta, pokonując po drodze m.in. Jacka Drapera czy Lorenzo Musettiego. Ukoronowaniem tej marszruty było właśnie starcie z Sinnerem, w którym pokazał, że w obecnej dyspozycji ciągle dysponuje na nawierzchni ziemnej pewną przewagą nad Włochem. Wygrywając już drugiego „tysięcznika” tej wiosny potwierdził jednocześnie status faworyta przed rozpoczynającym się za kilka dni Rolandem Garrosem, w którym będzie bronił zdobytego przed rokiem tytułu.
Buenas noches! 👋🏻😘🏆 pic.twitter.com/zFKTS3kfqs
— Carlos Alcaraz (@carlosalcaraz) May 18, 2025
Światełko w tunelu
Tenisistą, który najdłużej reprezentował nas w Rzymie okazał się nieco niespodziewanie Hubert Hurkacz. Wrocławianin na kortach ziemnych wcześniej właściwie nie zaistniał, bowiem rozegrał tylko jeden, przegrany mecz w Madrycie. Jego poczynania obserwujemy ze sporą niepewnością i obawą. Za Polakiem cały czas ciągnie się ślad ubiegłorocznej kontuzji kolana. W stolicy Italii jednak zapłonęła iskierka nadziei na przyszłość.
Polak, po raz drugi w tym sezonie, był w stanie odnotować trzy wygrane mecze w jednych zawodach. Za szczególnie wartościowe należy uznać zwycięstwo po trzysetowym pojedynku zwieńczonym tie-breakiem z mistrzem z Miami, Jakub Mensikiem. Hurkacza zatrzymał dopiero w ćwierćfinale, świetnie czujący się ostatnio w Rzymie Tommy Paul, który po raz drugi z rzędu dotarł do najlepszej czwórki. Jest to więc dobry prognosty na nadchodzące tygodnie i docelowo okres gry na kortach trawiastych. Nauczeni doświadczeniem z imprezy w Rotterdamie i tego, co działo się potem, zachowujemy jednak jeszcze pewną powściągliwość co do stanowczego ogłaszania jego „powrotu”.
Trzy polskie skalpy
W poszukiwaniu tytułów polskich tenisistów udajemy się na niższe szczeble zmagań pań i panów. Nawet tam, niecodziennym zjawiskiem jest finał turnieju z udziałem dwójki naszych zawodniczek. Do takiej właśnie sytuacji doszło w fińskiej Kotce. Decydujący o tytule mecz w zawodach ITF W15 rozegrały tam Anna Hertel oraz Nadia Kulbiej. Obecność drugiej z nich na tym etapie imprezy była dużego kalibru niespodzianką. Miała ona bowiem miejsce podczas jej debiutu na zawodowych kortach. 18-latka przebiła się do finału z eliminacji, lecz tam musiała już uznać wyższość bardziej doświadczonej Hertel. Warszawianka ubiegły tydzień będzie mogła wspominać jako jeszcze bardziej wyjątkowy, ponieważ zdobyła swój pierwszy singlowy tytuł w rozgrywkach ITF.
Debiutancki triumf w deblu zanotowała z kolei Monika Stankiewicz. Polka i partnerująca jej Rumunka Maia Ilinca Burcescu okazały się najlepsze w rywalizacji w Bukareszcie. Co jednak ciekawe, nie musiały rozgrywać meczu finałowego, gdyż ich przeciwniczki oddały go walkowerem. Wśród panów, również w deblu, swoją gablotę o piąte trofeum wzbogacił zaś grający w bośniackim w Prijedorze Jasza Szajrych. 23-latek zwyciężył tam wraz z reprezentantem Ukrainy, Wiaczesławem Bielińskim.
Koleżeńskie rozstanie
Niespełna pół roku trwała prawdopodobnie najbardziej zaskakująca i interesująca współpraca w świecie męskiego tenisa w ostatnim czasie. Przed startem tegorocznych rozgrywek jedną najgorętszych informacji była ta o dołączeniu Andy’ego Murraya do sztabu szkoleniowego Novaka Dźokovicia. Dawni rywale połączyli siły, lecz ich kooperacja nie okazała się zbyt owocna. Jedynymi godnymi odnotowania rezultatami były występy w finale w Miami oraz półfinale Australian Open. Aż czterokrotnie za to Serb żegnał się z turniejami już po pierwszym spotkaniu i do Genewy w towarzystwie Szkota już się nie udał.
Żaden z panów nie zdradził jeszcze szczegółów tego rozstania. Nie wiemy więc, czy stała za nim nieskuteczność metod Murraya, czy może jakaś niezgodność co do wizji wspólnej pracy. Pierwszą przygodę w nowej roli trzykrotny mistrz wielkoszlemowy ma już więc za sobą, lecz ciągle nie mamy jasności, jak duży potencjał trenerski w nim drzemie. Dźoković posiada bowiem aktualnie spore ograniczenia, jeśli chodzi o zdrowie i motywację do gry w imprezach nie będących Wielkimi Szlemami, przez co to niepowodzenie nie powinno być dla niego definiujące. Możemy chyba zakładać, że Szkot znów będzie miał trudności z odcięciem się na dobre od rozgrywek i zobaczymy go jeszcze podejmującego kolejne wyzwanie.
Papież i grzesznik
W ostatnich dniach Rzym był nie tylko centrum tenisowego świata, ale i miejscem skupiającym uwagę ludzi z wszystkich zakątków kuli ziemskiej. Wszystko z uwagi na konklawe i inaugurację pontyfikatu nowego papieża, Leona XIV. Szybko po ogłoszeniu nazwiska nowego biskupa Stolicy Apostolskiej okazało się, że jest to również sympatyk tenisa, amatorsko uprawiający tę dyscyplinę sportu.
Niedługo też trzeba było czekać, aby drogi tych światów przecięły się i po raz pierwszy nadarzyła się okazja do zobaczenia Ojca Świętego z rakietą tenisową w dłoni. Wszystko za sprawą audiencji, na której przyjął on obecnie najlepszego tenisistę świata, Jannika Sinnera, który podarował mu swój sprzęt do gry. Można powiedzieć, że lepszego połączenia nie można było sobie wyobrazić, bo z kim, jak nie grzesznikami (a „sinner” to po angielsku właśnie „grzesznik”) powinna spotykać się głowa kościoła katolickiego.



