Tie-break Tenisklubu #52. Londyńska niespodzianka, podwójna radość Berkiety
Koniec Rolanda Garrosa to przenosiny na korty trawiaste. Już pierwsze turnieje na tej nawierzchni przyniosły zaskoczenia i interesujące rozstrzygnięcia zarówno w rozgrywkach pań, jak i panów. Jak zwykle, nie zapominamy również o wizycie na niższych szczeblach zmagań. Tam owocne kilka dni ma za sobą Tomasz Berkieta.
Triumf doświadczenia
Po 52 latach przerwy na korty londyńskiego Queen’s Clubu powróciły panie. Już pierwsza, rozegrana po tak długiej przerwie, edycja przyniosła wyjątkową historię. Wszystko za sprawą Tatjany Marii. Niemka sięgnęła po mistrzowski tytuł. 37-letnia tenisistka nie jest oczywiście zawodniczką anonimową i poza zwycięstwami w zawodach WTA, zasłynęła dotarciem do półfinału Wimbledonu w 2022 roku. Także jej styl gry, chrakteryzujący się slajsami z forhendu i bekhendu, sprawia, że na trawie może być niewygodna dla wielu. Mimo to, jej sukces trudno było jednak przewidzieć.
Do Londynu przyjechała bowiem z serią dziewięciu porażek z rzędu i z koniecznością rozpoczęcia zmagań od eliminacji. Przebrnęła przez nie błyskawicznie, a w turnieju głównym stała się pogromczynią zawodniczek z najlepszej „20” rankingu. W sumie pokonała cztery takie tenisistki, w tym byłą mistrzynię Wimbledonu, Jelenę Rybakinę oraz aktualną triumfatorkę Australian Open, Madison Keys. Zwieńczeniem jej niesamowitej drogi była finałowa wygrana nad Amandą Anisimovą. Tym samym Maria wywalczyła czwarty tytuł, będący jednocześnie największym sukcesem w jej karierze. Na kartach historii zapisała się też jako najstarsza zwyciężczyni imprezy rangi WTA 500.
A moment for the ages 🥹
How @Maria_Tatjana etched her name into history as the first @WTA winner at The Queen's Club in 52 years#HSBCChampionships pic.twitter.com/omI7bDKW33
— HSBC Championships (@QueensTennis) June 16, 2025
Strzał w dziesiątkę
Druga z ubiegłotygodniowych imprez pań rozgrywana była w dobrze znanym w ostatnich latach otoczeniu, czyli w s’Hertogenbosch. Tam również nie zabrakło wyjątkowych okoliczności, głównie przez triumfatorkę, którą została Elise Mertens. Belgijka turniej zaczęła od gładkich zwycięstw, deklasując trzy pierwsze rywalki i z każdą z nich wygrywając seta do zera. Prawdziwe schody zaczęły się w półfinale, gdy przyszło jej się zmierzyć z dwukrotną mistrzynią, Jekateriną Aleksandrową. Po wygraniu pierwszej partii do dwóch, w drugiej Rosjanka – w trzech różnych gemach – miała aż jedenaście piłek meczowych, lecz żadnej z nich z nie wykorzystała. 29-latka z Leuven wygrała seta po tie-breaku, a w decydującej odsłonie 6:4.
W finale z Eleną Gabrielą Ruse żadnego seta już nie straciła i mogła cieszyć się z jubileuszowego, dziesiątego tytułu w swoim dorobku. Od teraz może szczycić się również odniesieniem turniejowych zwycięstw na trzech różnych nawierzchniach. Pobiła także rekord obronionych meczboli przez zwyciężczynię turnieju. Nikt w erze open nie obronił ich więcej niż Mertens.
Boleści Hurkacza
Na holenderskich trawnikach rywalizował również Hubert Hurkacz. Choć Roland Garros okazał się dla niego wybitnie nieudany, to mając w pamięci występy w Rzymie i Genewie liczyliśmy, iż okres gry na znacznie bardziej lubianej nawierzchni, może być dla niego nowym otwarciem. Niestety, szyki raz jeszcze pokrzyżowały mu kłopoty zdrowotne. Polak zdołał rozegrać zaledwie jedno spotkanie, w którym jego rywalem był Roberto Bautista Agut. Jeszcze w jego końcówce zaczął mu doskwierać uraz pleców i choć wygrał w dwóch setach, to do następnej potyczki z Markiem Lajalem już nie wyszedł.
Kontuzja okazała się na tyle poważna, że wykluczyła go też ze zmagań w Halle, w których bronił punktów za ubiegłoroczny finał. Ich strata oznacza, że na kortach Wimbledonu przyjdzie mu zagrać bez rozstawienia. Uczyni go to z pewnością niebezpiecznym rywalem na starcie imprezy niemal dla każdego, ale też jednocześnie może wpędzić w tarapaty. Jednego czego nie wiemy, to czy w Londynie będzie w pełni sił. Ciągnące się za nim skutki zeszłorocznej kontuzji kolana oraz pojawiąjące się nowe kłopoty zdrowotne są jego głównym zmartwieniem.
Nowy mistrz
Rywalizacja panów w Holandii przypomniała o nieobliczalności, jaką potrafi przynieść tenis na nawierzchni trawiastej. Co ciekawe, także triumfator turnieju męskiego miał za sobą obronę piłek meczowych. Nie było ich wprawdzie tak wiele jak w przypadku Mertens, ale Gabriel Diallo dwukrotnie był o punkt od porażki z Jordanem Thompsonem w drugiej rundzie.
Ponad dwumetrowy Kanadyjczyk potwierdził, że ze swoim stylem gry bardzo dobrze odnajduje się na trawie. W pokonanym polu zostawił kilku uznanych rywali i mógł wstawić do swojej gabloty pierwsze trofeum za zwycięstwo w imprezie ATP. 23-latek z Montrealu został już siódmym graczem, który został debiutanckim triumfatorem turnieju ATP. Jednocześnie jest też pierwszym w XXI wieku tenisistą z Kanady, który wygrał zawody na kortach trawiastych.
Dominacja Fritza
W turnieju w Stuttgarcie mieliśmy z kolei do czynienia z zupełnie innym przebiegiem rywalizacji. Niespodzianki występowały tam jedynie w śladowych ilościach, a karty rozdawali najwyżej rozstawieni tenisiści. W półfinałach znalazła się pierwsza czwórka, zaś w finale numery jeden i dwa. Nie wszystko jednak do końca układało się zgodnie z rankingiem. W ostatnim meczu zmagań oznaczony „dwójką” Taylor Fritz pokonał „jedynkę” Alexandra Zvereva.
To akurat rozstrzygnięcie można było uznać za spodziewane, bowiem Amerykanin w ostatnim czasie ma patent na reprezentanta Niemiec. Na przestrzeni 12 miesięcy było to już ich piąte spotkanie i 27-latek z Rancho Santa Fe za każdym razem wygrywał. Sam Zverev w zabawny sposób odniósł się do tego na pomeczowej ceremonii. Fritz zademonstrował, że po nieudanej wiośnie na kortach ziemnych, w nowym otoczeniu ewidentnie odżył i sięgnął po tytuł nie tylko nie tracąc w turnieju seta, ale również serwisu. Po raz czwarty zwyciężył też w zawodach rozgrywanych na trawie, lecz po raz pierwszy poza Eastbourne.
"Taylor, I'm f****** tired of you" 🤣#BOSSOPEN pic.twitter.com/Qqw2roz5tn
— Tennis TV (@TennisTV) June 15, 2025
Wymarzony tydzień
Ubiegły tydzień z pewnością na długo zapamięta Tomasz Berkieta. Szczęśliwym miejscem okazała się dla niego Mesyna na Sycylii. Zdobył tam swoje pierwsze zawodowe trofea w karierze. W turnieju ITF M15 rozgrywanym na kortach ziemnych 18-latek z Warszawy triumfował zarówno w singlu, jak i w deblu. W grze pojedynczej, w pięciu spotkaniach nie stracił ani jednego seta. Po drodze rozbił m.in. rozstawionego z „jedynką” Brazylijczyka Joao Eduardo Schiessla, oddając mu zaledwie trzy gemy, a także okazał się lepszy od trzech reprezentantów gospodarzy. W grze podwójnej z kolei sukces odniósł wraz z francuskim partnerem, Theo Papamalamisem. Oprócz tytułów, wymierną korzyścią są też wywalczone punkty rankingowe. Zdobycze z Mesyny pozwolą Polakowi przesunąć się z 848. miejsca w rejony na początku ósmej setki.
Wimbledońskie nowinki
Tegoroczna edycja turnieju w Londynie, oprócz dużej dawki tenisa w miejscu, w którym niemal na każdym kroku czuć jego historię, przyniesie również powiew świeżości. Od pewnego czasu wiadomo już, że po 148 latach od inauguracji tych zmagań, po raz pierwszy zabraknie w nich sędziów liniowych. Zostaną oni zastąpieni przez elektroniczny system wywoływania autów, który jest znany chociażby z kortów w Melbourne, czy Nowym Jorku. Będący przez długi czas najbardziej konserwatywnym turniejem wielkoszlemowym Wimbledon, wyprzedził tym samym Rolanda Garrosa. W Paryżu sędziowie jeszcze byli obecni, w Londynie ich już zabraknie.
Ponadto, kolejny krokiem w przyszłość będzie szersze zastosowanie sztucznej inteligencji. Jej użycie będzie jednak skierowane przede wszystkim w stronę kibiców. Dzięki będącej długoletnim partnerem turnieju firmie IBM, zyskają oni dostęp do wielu informacji na temat poszczególnych spotkań w czasie rzeczywistym. Możliwe będzie też czatowanie z narzędziem, które będzie odpowiadać na pytania dotyczące bieżących rozgrywek. Fani będą mieć więc jeszcze więcej okazji do siedzenia „z nosem” w telefonach, lecz możliwe, że zapewni im jeszcze głębsze zaangażowanie się w śledzone pojedynki, na co z pewnością liczą organizatorzy.



