Tie-break Tenisklubu #55. Świątek i Sinner w wimbledońskich koronach
Tuż po zakończeniu Wimbledonu nie może być inaczej i to właśnie 138. edycji londyńskiego turnieju w pełni poświęcimy kolejny epizod naszego Tie-breaka. Za sprawą triumfu Igi Świątek minione dwa tygodnie już zawsze będą stanowić jedną z najpiękniejszych kart w historii polskiego tenisa. Mieliśmy jednak to szczęście, że nie był to jedyny polski sukces w Londynie w ostatnich dniach. Oprócz przyjrzenia się zwycięzcom, pochylimy się również nad licznymi niespodziankami, do których doszło w brytyjskiej stolicy.
Królowa Iga
Choć w niejednej odsłonie naszego cyklu wyrażaliśmy nadzieję na rychłe przerwanie passy bez tytułu Igi Świątek, to w najśmielszych marzeniach nie zakładaliśmy przełamania w takim stylu i w takim miejscu. Polka, w najlepszy możliwy sposób, uciszyła wszystkie głosy krytyki i powątpiewania w jej umiejętności oraz w jej sztab szkoleniowy. Gdy w drugiej rundzie przegrywała pierwszego seta z Caty McNally można było mieć obawy o jej londyńską przyszłość. Okazało się, że była to już jej ostatnia strata w całych zawodach. Później w meczu z podtekstami przeciwko Danielle Collins wygrała zdecydowanie i podobnie radziła sobie też z kolejnymi rywalkami.
To co jednak działo się od półfinału wprawiło w zdumienie chyba wszystkich kibiców i ekspertów. Najpierw Polka pozwoliła Belindzie Bencić na zdobycie zaledwie dwóch gemów, a w finale odprawiła „na rowerze” Amandę Anisimovą. Zapisała się tym samym na stałe w historii Wimbledonu, gdyż był to pierwszy taki rezultat finału od 114 lat. Świątek zachwyciła przede wszystkim nastawieniem mentalnym, a także udoskonalonym serwisem, potężnym returnem i pewniejszym forhendem. Podtrzymała tez bezbłędną skuteczność w finałach wielkoszlemowych i zdobyła taki tytuł już na trzeciej nawierzchni. W styczniu poleci więc do Melbourne mając na horyzoncie skompletowanie karierowego Wielkiego Szlema.
The new #Wimbledon champion soaking in every single moment 🥹 pic.twitter.com/rV419BKHyH
— Wimbledon (@Wimbledon) July 12, 2025
Dublet Ważnego
Trofeum za zwycięstwo raszynianki nie było jedynym, jakie przyleciało do naszego kraju prosto z Londynu. Drugi – a chronologicznie pierwszy – tytuł przypadł w udziale Alanowi Ważnemu. Polak w turnieju deblowym juniorów ponownie połączył siły z Finem Oskarim Paldaniusem i panowie, tak jak podczas Rolanda Garrosa, mogli cieszyć się z wygranej w całych zawodach.
Na drodze do zwycięstwa nie zabrakło prawdziwych wybojów w postaci konieczności obrony dwóch piłek meczowych w finale. Zagrania rzeszowianina utrzymały jednak „naszego” debla w grze w tie-breaku drugiego seta, by potem zatriumfować w super tie-breaku. Polak i Fin zostali tym samym pierwszą parą, która sięgnęła po parysko-londyński dublet od czasu Andrew Harrisa i Nicka Kyrgiosa w 2012 roku.
Oskari Paldanius and Alan Wazny, Boys' Doubles Champions 💪#Wimbledon pic.twitter.com/pM7uM56D0F
— Wimbledon (@Wimbledon) July 14, 2025
Wystrzał Majchrzaka
Pod nieobecność Huberta Hurkacza o dawkę pozytywnych wrażeń w rywalizacji singlistów zatroszczył się Kamil Majchrzak. Zrobił to trzeba przyznać dość niespodziewanie, bowiem przybył do Londynu z serią siedmiu porażek z rzędu. Po przystąpieniu do gry prezentował się jak zupełnie inny tenisista niż w poprzednich tygodniach. Piotrkowianin już pierwszego dnia zmagań sprawił, że przy Church Road zrobiło się o nim głośno. Wszystko za sprawą wyeliminowania po pięciosetowej walce byłego finalisty tej imprezy, Matteo Berrettiniego.
Następne dwa pojedynki z Ethanem Quinnem oraz Arthurem Rinderknechem okazały się prawdziwym popisem jego gry, dojrzałości i opanowania. 29-latek nie stracił w nich seta i tym sposobem osiągnął swój życiowy rezultat w historii startów w turniejach wielkoszlemowych. Bardziej wyśrubować już się go nie udało, gdyż w pojedynku o ćwierćfinał wyraźnie lepszy od Polaka okazał się Karen Chaczanow. Mimo to, Majchrzak mógł opuścić Londyn z podniesioną głową. Z poczuciem dumy może też patrzeć, w jakie miejsce dotarł 1,5 roku po tym, gdy na nowo rozpoczynał swoją karierę od najniższego poziomu rozgrywek.
Wielki rewanż
Ostateczne rozstrzygnięcia wśród panów okazały się być zgodne z przedturniejowymi przepowiedniami. Identycznie jak w Paryżu, Jannik Sinner oraz Carlos Alcaraz, zadecydowali między sobą o wimbledońskim tytule. Włoch mógł jednak mówić o dużym szczęściu dochodząc do finału, gdyż w czwartej rundzie przegrywał już 0-2 w setach z Grigorem Dimitrowem i awans do ćwierćfinału „zawdzięczał” kontuzji Bułgara. W pozostałych meczach spisywał się za to bez zarzutu i zapracował na pierwszą wygraną w Londynie. Dzięki temu powetował sobie pięć poprzednich porażek z Hiszpanem, w tym właśnie tę najbardziej bolesną z Rolanda Garrosa. Już sam fakt, iż tak szybko puścił w zapomnienie największą dotychczasową przegraną w karierze, może stanowić jeden z dowodów jego wielkości.
Tym razem panowie nie wznieśli się jednak na tak wysoki poziom, jak przed pięcioma tygodniami. Stało się tak głównie za sprawą nieco gorzej dysponowanego tego dnia 22-latka z El Palmar, choć oczywiście można też powiedzieć, że wpływ miała na to świetna gra lidera rankingu. Włoch w kluczowych momentach lepiej serwował oraz returnował, a także był bardziej zdecydowany i skuteczny, gdy przejmował inicjatywę w wymianach. W efekcie Sinner zdobył część dotychczasowego terytorium Hiszpana, czyli Szlema na naturalnej nawierzchni. Teraz z zaciekawieniem będziemy obserwować, czy Alcaraz w Nowym Jorku odbierze mu triumf na kortach twardych, czy może 23-latek z San Candido umocni status dominatora na tym podłożu.
The smile says it all 😁#Wimbledon pic.twitter.com/NpogA63YDu
— Wimbledon (@Wimbledon) July 13, 2025
Zbiorowa klęska
Zanim jednak doszło do wyczekiwanego przez niemal wszystkich finału, to już na samym starcie imprezy przez drabinkę panów przeszło prawdziwe tornado niespodzianek. Ponowne rozczarowanie w Wielkim Szlemie przeżyli czołowi przedstawiciele roczników 96-98, czyli Danił Miedwiediew, Alexander Zverev oraz Stefanos Tsitsipas. Za każdym z nich stoi inna historia i tak mogliśmy usłyszeć chociażby o kryzysie mentalnym Niemca, czy przewlekłych problemach z plecami Greka. Brak optymalnej formy związany z kłopotami zdrowotnymi przyczynił się również do tego, że pierwsza runda okazała się nie do przejścia również dla wysoko notowanych Lorenzo Musettiego i Holgera Rune.
Presji oczekiwań ze strony rodaków nie udźwignął z kolei Jack Draper, który został pokonany przez przeżywającego drugą młodość, Marina Czilicia. Rewelacyjny, zwieńczony tytułem występ w Halle, rozbudził też z pewnością nadzieję na dobry występ Aleksandra Bublika, lecz nieobliczalny Kazach znów objawił swoje nieskuteczne oblicze. Jego występ pokazał, że gra w roli faworyta bywa niełatwa i poległ w starciu z Jaume Munarem.
Pogrom czołówki
Do niejednej dużego kalibru sensacji doszło również w pierwszym tygodniu turnieju pań. Początkowo o wielkiej klęsce mogli mówić Amerykanie, którzy szybko stracili swoje trzy najlepsze tenisistki. Później jednak, za sprawą Amandy Anisimovej, znów potwierdziło się jak szerokie zaplecze zawodniczek zdolnych do wielkich wyników ma ten kraj.
Jeśli jednak mowa o rozczarowaniach, to bez wygranego meczu Londyn opuściła Coco Gauff. Mistrzyni z Paryża nie sprostała znakomicie dysponowanej Dajanie Jastremskiej. Po triumfie w Bad Homburg z hukiem pękł również balonik nadziei na dobry wynik Jessiki Peguli, która także w pierwszej rundzie wyraźnie przegrała z Elisabettą Cocciaretto. Niewiele dalej, bo do trzeciej rundy, dotarła triumfatorka Australian Open, Madison Keys. Sposób na nią znalazła doświadczona Niemka, Laura Siegemund. Daleko od powtórzenia ubiegłorocznego wyczynu okazała się być także Jasmine Paolini. Włoszka nie obroniła punktów za finał i już w drugiej rundzie została wyeliminowała przez Kamillę Rachimową.
Niemoc liderki
Kilka oddzielnych słów chcemy poświecić też osobie Aryny Sabalenki. Ocena występu Białorusinki ponownie jest bowiem niejednoznaczna. Z jednej strony znów potwierdziła swoją regularność w najważniejszych występach w sezonie, meldując się w najlepszej czwórce turnieju wielkoszlemowego. Doskonale obrazują to statystyki, gdyż w ostatnich jedenastu Wielkich Szlemach aż dziesięć razy docierała co najmniej do półfinału.
Jest też jednak druga strona medalu. Wszystkie te półfinały i finały przełożyły się na „tylko” trzy tytuły, co dla tenisistki tego formatu, liderującej również rozgrywkom, z pewnością nie jest w pełni satysfakcjonujące. 27-latka z Mińska raz jeszcze zawiodła w kluczowych, nerwowych momentach i na swój pierwszy finał w Londynie musi poczekać jeszcze przynajmniej rok. O ile nie udało jej się poprawić wyniku sportowego, tak przynajmniej wyciągnęła inną lekcję z turnieju w Paryżu. Tym razem bowiem lepiej zniosła porażkę, nie wywołując już żadnych kontrowersji na pomeczowej konferencji prasowej.



