Tie-break Tenisklubu #57. Dublety Bublika i Darderiego, życiowy sukces Fernandez

Artur Kobryn , foto: East News

Artur Kobryn

Ostatki sezonu gry na kortach ziemnych nie przyniosły niespodzianek i kolejne turniejowe zwycięstwa przypadły Aleksandrowi Bublikowi oraz Luciano Darderiemu. W najnowszej odsłonie naszego cyklu przyjrzymy się również m.in. imprezie pań w Waszyngtonie oraz następnemu odcinkowi trenerskiej sagi w sztabie Stefanosa Tsitsipasa.

Król alpejskiej mączki

Wspominaliśmy już wcześniej, że Aleksander Bublik w ostatnim czasie znacząco zmienił swoje podejście do gry na nawierzchni ziemnej. W maju Kazach wygrał wysokiej rangi challengera w Turynie, a tuż potem osiągnął ćwierćfinał Rolanda Garrosa. Po słodko-gorzkim sezonie gry na trawie wrócił na cegłę i zademonstrował solidność, o jaką jeszcze niedawno ciężko było go podejrzewać. Triumf w Gstaad poparł wygraną w Kitzbuhel i został kolejnym graczem, po Casperze Ruudzie oraz Matteo Berrettinim, który w ostatnich latach sięgnął po „alpejski” dublet.

Jego droga do tytułu w Austrii okazała się być podobna do tej szwajcarskiej. W ubiegłym tygodniu w żadnym ze spotkań nie stracił jednak ani jednego seta. Kazach ponownie nie miał trudności z pokonaniem Aleksandra Szewczenki, a w finale – drugi raz w przeciągu tygodnia – rozprawił się z Arthurem Cazaux. W sumie ma już na swoim koncie siedem triumfów w imprezach ATP i z taką grą oraz nastawieniem nie powinno to być jego ostatniego słowo w tym sezonie.

Włoskie szczęście

Wyczyn Kazacha powtórzył Luciano Darderi. Obok Bublika, to właśnie Włoch był najlepszym zawodnikiem ostatnich dwóch tygodni w europejskich turniejach na mączce. Jako że panowie nie wchodzili sobie w drogę, każdy z nich wzbogacił swój dorobek o dwa tytuły. Po wygranej w Bastad, 23-latek urodzony w Argentynie, wybrał się do Umagu, gdzie także nie znalazł swojego pogromcy.

Na najpoważniejsze problemy napotkał w ćwierćfinale, przegrywając pierwszą odsłonę z Dino Prizmiciem 1:6, lecz w kolejnych partiach opanował już sytuację na korcie. W finale odniósł wyraźne zwycięstwo nad Carlosem Tabernerem i – również tak jak Bublik – już po raz trzeci w tym sezonie mógł cieszyć się z turniejowego zwycięstwa. Tym razem zrobił to jednak tak mocno, że tuż po ostatniej piłce doznał urazu kostki. Miejmy więc nadzieję, że jego szczęście nie przerodzi się teraz w dłuższe nieszczęście.

Radość i łzy

Część tenisistów rozpoczęła już przygotowania do US Open i walczyła o rankingowe punkty w turnieju ATP 500 w Waszyngtonie. Siedem lat po przegranym finale z Alexandrem Zverevem swój najlepszy rezultat w tej imprezie poprawił Alex de Minaur. W przypadku tej rozgrywki o tytuł wyjątkowo jednak chcemy poświęcić sporo miejsca również pokonanemu, Alejandro Davidovichowi Fokinie. Hiszpan rozprawił się m.in. z Taylorem Fritzem i Benem Sheltonem, by z Australijczykiem zagrać o debiutancki triumf w karierze. 26-latek znów jednak musiał obejść się smakiem i stało się to w najgorszych dla niego okolicznościach.

W decydującej partii finału nie wykorzystał bowiem prowadzenia 5:2 oraz, co najważniejsze, trzech piłek meczowych. Niezwykle waleczny Australijczyk odrobił stratę i ostatecznie zwyciężył po tie-breaku, co przyniosło mu dziesiąty tytuł w karierze. Dla Hiszpana było to dodatkowo bolesne, zważywszy na fakt, że kilka miesięcy temu również nie wykorzystał „meczboli” w finale turnieju w Delray Beach. Przez to, ciągle możemy mówić o nim jako najlepszym, aktywnym zawodniku bez wygranej w imprezie ATP na koncie.

Największy triumf

Tak jak wygrana de Minaura nie była niespodzianką, tak sukces na tych samych kortach Leyli Fernandez zdecydowanie można już tak określić. Kanadyjka, która w bieżącym sezonie nie wyróżniła się szczególnie żadnym rezultatem, zademonstrowała w Waszyngtonie dużą zwyżkę formy i poradziła sobie z szeregiem faworyzowanych zawodniczek.

Już w drugiej rundzie wyeliminowała „jedynkę” i byłą mistrzynię, Jessikę Pegulę. Z kolei w półfinale stoczyła ponad trzygodzinną batalię na najdłuższym możliwym dystansie trzech tie-breaków z Jeleną Rybakiną. Jak się okazało, ta potyczka nie nadszarpnęła znacząco jej sił, gdyż kolejnego dnia rozbiła w finale Annę Kalińską, oddając jej zaledwie trzy gemy. W efekcie może wstawić do swojej gabloty czwarty tytuł w rozgrywkach i pierwszy rangi WTA 500.

Czeskie mistrzostwa

Panie rywalizowały również w Pradze, w zawodach o szczebel niższej rangi. Po wyjątkowej dla nas poprzedniej edycji, gdy Magda Linette zdobyła tytuł po finale z Magdaleną Fręch, tym razem mistrzowskie trofeum pozostało w kraju. Cały turniej okazał się potwierdzeniem głębi, jaką posiada kobiecy tenis u naszych południowych sąsiadów. W drabince głównej znalazło się aż jedenaście reprezentantek Czech, przy czym warto dodać, że mimo to zabrakło w niej najwyżej notowanej Karoliny Muchovej oraz wielkoszlemowych mistrzyń w osobach Barbory Krejczikovej oraz Markety Vondrouszovej. Nawet przy tych absencjach, Czeszki były w stanie rozdawać karty na praskich kortach.

Do fazy ćwierćfinałowej dotarło pięć z nich, a finał był już wewnętrzną sprawą reprezentantek gospodarzy. Zwycięsko wyszła z niego Marie Bouzkova, która po przegraniu pierwszego seta odwróciła losy spotkania z wyżej notowaną Lindą Noskovą. Tym samym wywalczyła drugi tytuł w karierze i drugi w swoim rodzinnym mieście. Jej przeciwniczka znalazła się zaś na drugim biegunie emocji. Ona także po raz drugi zagrała w ostatnim meczu tej imprezy i po raz drugi schodziła z kortu jako pokonana.

Powrót legendy

Podczas turnieju w Waszyngtonie uwaga skupiała się nie tylko na czołowych zawodniczkach. W pierwszych dniach zmagań największe zainteresowanie budził występ Venus Williams. 45-letnia Amerykanka powróciła bowiem na zawodowe korty po ponad 16-miesięcznej przerwie. Decyzja o przyznaniu siedmiokrotnej mistrzyni wielkoszlemowej „dzikiej karty” była kwestionowana w mediach społecznościowych, lecz Williams potwierdziła jej zasadność. Jej spotkania przyciągnęły dużą widownię, a do tego była w stanie zanotować wygrane pojedynki zarówno w singlu, jak i w deblu.

W grze pojedynczej Williams niespodziewanie poradziła sobie z Peyton Stearns, ogrywając ją w dwóch setach. Była to jej pierwsza wygrana w głównym cyklu rozgrywek od zmagań w Cincinnati przed niespełna dwoma laty. W kolejnym spotkaniu – przyznajemy, że ku naszemu zadowoleniu – nie sprostała już jednak Magdalenie Fręch, która oddała jej cztery gemy. Grę podwójną z Hailey Baptiste również zakończyła na drugiej potyczce, ulegając późniejszym mistrzyniom, Taylor Townsend oraz Shuai Zhang. Nie był to ostatni występ Amerykanki tego lata, gdyż dzięki kolejnej specjalnej przepustce od organizatorów ma już zapewniony start w Cincinnati.

Perypetie Tsitsipasa

Ostatni tydzień przyniósł także kolejną roszadę w obozie Stefanosa Tsitsipasa. Po krótkiej, bo trwającej nieco ponad miesiąc współpracy, Grek pożegnał się ze swoim opiekunem, Goranem Ivaniszeviciem. Chorwat zaszokował niedawno opinię publiczną (jak i prawdopodobnie samego Tsitsipasa) udzielając wywiadu, w którym ostro skrytykował przygotowanie fizyczne oraz nastawienie do gry 26-latka z Aten. Na zdecydowaną reakcję tego drugiego nie trzeba było długo czekać. Choć obydwaj wspominali o rozstaniu w przyjacielskich warunkach, to my nie jesteśmy co do tego przekonani.

Następny ruch Greka nie okazał się być zaskakujący. Po raz kolejny zamierza on bowiem wrócić do korzystania z usług ojca, z którym ma już zaliczone zarówno rozstanie jak i powrót. Sam Ivaniszević już po zakończeniu tej kooperacji wspomniał, iż jego zdaniem to pan Apostolos jest najlepszym możliwym kandydatem do bycia trenerem Stefanosa. Tsitsipas najwyraźniej doszedł do tego samego wniosku, choć tu rodzi się pytanie, czy właśnie z najbliższą osobą u boku, będzie on jeszcze w stanie rozwinąć się jako tenisista. Chorwat z kolei, po niedługiej pracy również w sztabie Jeleny Rybakiny, musi chyba zacząć wykonywać lepsze rozeznanie otoczenia środowiska, w którym zamierza zakotwiczyć.