Tie-break Tenisklubu #62. Świątek z kolejnym tytułem, Włoszki ponownie niepokonane

Artur Kobryn , foto: East News

Artur Kobryn

Jak co roku, w drugiej połowie września, rozgrywki pań i panów przenoszą się do Azji. Cykl turniejów w tej części świata znakomicie zainaugurowała Iga Świątek, która sięgnęła po tytuł w Seulu. Ważnym wydarzeniem były także finały zmagań o Puchar Billie Jean King, w którym włoskie tenisistki powtórzyły ubiegłoroczny sukces. 

Nowa zdobycz Świątek

Po ubiegłorocznej absencji, Iga Świątek znów pojawiła się na azjatyckich kortach, i od razu zrobiła to z przytupem. Jej występ w turnieju WTA 500 w Seulu miał dwa oblicza. Pierwszym były pojedynki od drugiej rundy do półfinału. Polka w imponującym stylu pokonała Soranę Cirsteę, Barborę Krejcikovą oraz Mayę Joint i nie przeszkodziła jej w tym nawet konieczność rozgrywania meczów z Czeszką i Australijką tego samego dnia.

Finał z Jekateriną Aleksandrową przebiegał już jednak według zupełnie innego scenariusza. W pierwszej partii raszynianka niemal w ogóle nie zaistniała, wygrywając zaledwie jednego gema. W kolejnej zaś była już o dwie piłki od przegrania całego spotkania, ale ostatecznie wygrała ją w tie-breaku. Na swoją korzyść rozstrzygnęła też nerwową, decydującą odsłonę. Wykazała się w niej większym opanowaniem i tym, czym charakteryzują się prawdziwi mistrzowie, czyli najlepszą grą tego dnia w kluczowych chwilach pojedynku finałowego.

Zanotowała trzeci tytuł w tym sezonie i co ciekawe, każdy z nich był jej pierwszym triumfem w danej imprezie. Tym samym, 12 lat po sukcesie Agnieszki Radwańskiej, znów doczekaliśmy się polskiej mistrzyni w Seulu. Dodatkowym wymiarem tego zwycięstwa był fakt, że odniosła je w miejscu, w którym jej ojciec, 37 lat temu, reprezentował nasz kraj na Igrzyskach Olimpijskich.

Włoska powtórka

Nieco wcześniej niż w ubiegłym sezonie swoje zwieńczenie miały rozgrywki o Puchar Billie Jean King. Zawody w Shenzhen z pewnością nie rozczarowały kibiców poszukujących emocji. Nie trzeba było też długo na nie czekać, gdyż już w pierwszym meczu gospodynie mocno nastraszyły obrończynie tytułu. Elisabetta Cocciaretto odrabiała bowiem stratę od stanu 4:6, 2:5 z Yue Yuan, a Jasmine Paolini od 4:6, 3:5 z Xinyu Wang. W półfinale kluczowy dla zawodniczek z Italii był pojedynek Paolini ze z Eliną Switoliną. Włoszka znów odwróciła losy spotkania, gdy rywalka miała przewagę seta i przełamania. Zrewanżowała jej się dzięki temu za tegoroczne porażki w Melbourne oraz Paryżu.

Paradoksalnie, najłatwiejszym pojedynkiem dla zawodniczek z Półwyspu Apenińskiego okazał się finał. Cocciaretto, dość niespodziewanie, wyraźnie ograła Emmę Navarro, zaś Paolini przełamała kompleks Jessiki Peguli. Po czterech porażkach bez wygrania seta, tym razem sama odniosła zwycięstwo w dwóch partiach, co przyniosło jej reprezentacji szósty triumf w historii tych rozgrywek.

Europa w odwrocie

Turniej drużynowy, lecz w zupełnie innym kształcie, odbył się w minionym tygodniu także w San Francisco. W ósmej edycji Pucharu Lavera zwyciężyli zawodnicy zgrupowani pod szyldem Reszty Świata i dowodzeni przez nowego kapitana, Andre Agassiego. Europejczykom nie pomogła tym razem obecność światowej „jedynki” Carlosa Alcaraza i „trójki” Alexandra Zvereva. Szczególnym rozczarowaniem dla kibiców drużyny Starego Kontynentu mógł być występ Niemca, który poniósł porażki z Alexem de Minaurem oraz Taylorem Fritzem. Amerykanin był z kolei jednym z najjaśniejszych punktów swojej ekipy, notując zaskakujące, zdecydowane zwycięstwo nad Alcarazem.

Całą impreza znów cieszyła się dużym zainteresowaniem fanów. W ciągu trzech dni rywalizacji Chase Center odwiedziło ponad 81000 tysięcy widzów, co jest rekordem turnieju. Na trybunach pojawiło się też wiele legend tenisa oraz gwiazd innych dyscyplin, jak np. Stephen Curry. Jak więc widać turniej wymyślony przez Rogera Federera ma się nieźle również bez udziału „Wielkiej Trójki”. Z drugiej jednak strony, medialne doniesienia o stratach finansowych podczas poprzednich edycji mogą wzbudzać wątpliwości, czy przetrwa on w kalendarzu przez kolejne lata.

Rozpędzony Bublik

Panowie rozpoczęli również cykl imprez w Azji i w jednej z nich – w Hangzhou – ponownie błyszczał Aleksander Bublik. Kazach utrzymuje życiową formę, którą prezentował w ostatnich czterech miesiącach. Zawody w Chinach rozpoczął co prawda od przegranego tie-breaka z Aleksandarem Vukicem, ale była to ostatnia poniesiona przez niego strata. Co prawda żaden z jego rywali nie należał do szerokiej czołówki, ale prezentowana przez 28-latka konsekwencja nie przestaje zadziwiać.

W finale opór zdołał postawić mu rozgrywający turniej życia kwalifikant Valentin Royer, ale w tie-breakach ostatnie słowo należało już do Bublika. Był to jego czwarty tytuł w tym sezonie, co oznacza, że znajduje się na drugim miejscu pod względem liczby triumfów w 2025 roku, ustępując jedynie Carlosowi Alcarazowi, który zgromadził ich siedem. Jeśli reprezentant Kazachstanu w najbliższych tygodniach podtrzyma wysoką dyspozycję, to nie można wykluczyć, że wywalczy debiutancką przepustkę do turyńskich Finałów ATP, co byłoby sporą sensacją.

Mistrzowski kwalifikant

W Chengdu doszło z kolei do odmiennej sytuacji i triumfatorem został tenisista, który przez nikogo nie był typowany do zwycięstwa. Ostatnie kilkanaście miesięcy kariery Alejandro Tabilo było bowiem naznaczonych problemami zdrowotnymi i częstymi porażkami. Na chińskich kortach doszło jednak do odrodzenia Chilijczyka. Najpierw dotarł do finału challengera w Guangzhou, a w Chengdu przeszedł przez eliminacje, by później zaskoczyć wyżej notowanych przeciwników.

W drugiej rundzie wyeliminował oznaczonego „dwójką” Luciano Darderiego, w półfinale „czwórkę” Brandona Nakashimę, a całość zwieńczył triumfem nad najwyżej rozstawionym Lorenzo Musettim. Ostatnie z tych spotkań miało wyjątkowo dramatyczny przebieg i zakończyło się triumfem Tabilo w tie-breaku decydującej partii i po wcześniejszej obronie dwóch piłek meczowych. W efekcie Chilijczyk może aktualnie pochwalić się wygraną w 11 z ostatnich 12 stoczonych potyczek i trzema tytułami ATP. Po kilku miesiącach przerwy wraca też do czołowej setki rankingu.

Hertel i Falkowska z tytułami

Wygrana Igi Świątek w Seulu nie była jedynym polskim triumfem na światowych kortach w ostatnich dniach. W turnieju ITF W15 w Nogent-sur-Marne najlepsza okazał się Anna Hertel. 24-latka z Warszawy na francuskich kortach wykazała się dużą walecznością i umiejętnością odwracania losów pojedynków. W każdym ze spotkań od fazy ćwierćfinałowej przegrywała bowiem pierwszą odsłonę, by potem kończyć je zwycięsko. Był to już kolejny udany start Polki w bieżącym sezonie, gdyż zanotowała czwarty finał i drugi tytuł.

Trzecie z rzędu trofeum deblowe na tym samym poziomie rozgrywek wywalczyła z kolei Weronika Falkowska. Po dwóch triumfach na Dominikanie z Kathariną Hobgarski, Polka w serbskiej Kursumlijskiej Banji połączyła siły z Czeszką Anną Siskovą. Panie okazały się najlepsze w całej stawce i po blisko pięcioletniej przerwie znów razem mogły cieszyć się z turniejowego zwycięstwa.

Telewizyjna rewolucja

Na koniec informacja bardziej lokalna, bo dotycząca polskiego rynku telewizyjnego. W tym tygodniu dowiedzieliśmy się bowiem, iż posiadająca od 2021 roku prawa do transmisji rozgrywek WTA stacja Canal+ po kolejnym sezonie przestanie być ich nadawcą. Od stycznia 2027 roku, przez pięć lat, mecze w imprezach WTA 250, 500, 1000 i Finałach WTA, będzie można śledzić na antenie Eleven Sports. To z pewnością spore zaskoczenie, bo stacja ta w ostatnich latach nie posiadała w swojej ramówce praw tenisowych. Nie może jednak dziwić fakt, iż na fali popularności Igi Świątek zdecydowała się rozszerzyć ofertę. Za nieco ponad rok część kibiców zacznie więc spekulować, kto dołączy do redakcji i będzie komentował zmagania pań, choć oczywiście najważniejsze będzie to, abyśmy jak najczęściej mogli cieszyć się z polskich zwycięstw.