Turniej bez króla. Dlaczego tak trudno obronić tytuł na US Open?

Ksawery Styka , foto: East News

Ksawery Styka

Współczesny tenis męski przyzwyczaił nas do swoistego rodzaju monopolów. Kiedy myślimy o paryskiej mączce, przed oczami staje Rafael Nadal, który wygrywał tam 14 razy. Trawa na Wimbledonie przez lata była królestwem Rogera Federera (osiem tytułów), by potem zamienić się w ulubione miejsce do wygrywania Novaka Dżokovicia, który na przestrzeni 11 lat wygrał tam aż siedem tytułów. Korty w Melbourne Park zamieniły się przez lata w prywatną „posiadłość” Dźokovicia (10 tytułów). 

Każdy z tych turniejów wielkoszlemowych doczekał się niekwestionowanego króla. Każdy, poza nowojorskim US Open. Na kortach Flushing Meadows rekord ery open wynosi „zaledwie” pięć tytułów i dzielą go wspólnie Jimmy Connors, Pete Sampras oraz wspomniany już Federer.

To właśnie Szwajcar jest ostatnim tenisistą, który potrafił wygrać w Nowym Jorku rok po roku. Kiedy we wrześniu 2008 roku Roger Federer wznosił w górę trofeum po raz piąty z rzędu, tenisowy świat nie przypuszczał, że na nowojorskich kortach zamyka się właśnie pewien historyczny rozdział. Od tamtego triumfu minęło niemal osiemnaście lat, a w męskim singlu nikt nie zdołał powtórzyć tego wyczynu. Amerykański szlem pozostaje niewdzięcznym terenem dla obrońców tytułu.

Co ciekawe, nawet sami zawodnicy, często nie zdają sobie sprawy z tej statystycznej anomalii. Zapytany o nowojorską niemoc obrońców tytułu Novak Dźoković, człowiek, który pobił w tenisie niemal każdy możliwy rekord, przyznał niedawno z rozbrajającą szczerością: „Nie wiedziałem o tym. Zdawałem sobie sprawę, że nikt nie obronił tu tytułu od prawdopodobnie pięciu czy dziesięciu lat, ale nie miałem pojęcia, że ten okres jest aż tak długi”.

Dlaczego tak się dzieje? Moim zdaniem odpowiedzi należy szukać w konstrukcji tenisowego kalendarza i liczbie imprez, które tenisiści muszą rozegrać, aby do nowojorskiego szlema dotrzeć.

Zmęczenie sezonem

US Open to ostatni wielkoszlemowy przystanek sezonu. Kiedy zawodnicy docierają na Flushing Meadows, mają w nogach niemal osiem miesięcy ciągłej gonitwy, zmian stref czasowych i turniejowego maratonu. Kibic przed telewizorem widzi tylko walkę na korcie, ale tenisowa rzeczywistość wygląda i rozstrzyga się wielokrotnie zupełnie inaczej. Doskonale ujął to Andy Roddick – mistrz nowojorskiego turnieju z 2003 roku, który w podcaście „Armchair Expert” bez owijania w bawełnę podsumował absurd współczesnego kalendarza: „Nie możesz mieć sezonu trwającego jedenaście i pół miesiąca i oczekiwać, że ludzie będą cały czas w pełni zaangażowani”.

I choć Amerykanin odnosił się do zmęczenia kibiców, którzy nie są w stanie z takim samym zaangażowaniem śledzić wszystkich tenisowych wydarzeń, to jego słowa idealnie trafiają w sedno problemu tenisistów. I tak obrońca tytułu wraca do Nowego Jorku zmęczony, bez sił, a stawy po miesiącach biegania po twardym betonie mają już po prostu dość.

Sezon tenisowy opiera się w ogromnej mierze na nawierzchniach twardych, które drastycznie obciążają dolne partie ciała (przede wszystkim kolana i biodra). Bardzo głośno zwracał na to uwagę hiszpański mistrz Rafael Nadal. I choć jego słowa dotyczyły ogólnie systemu rozgrywek ATP, to idealnie oddają one to, co dzieje się z ciałami zawodników właśnie pod koniec amerykańskiego lata: „Niewiele sportów, jak ma to miejsce w tenisie, rozgrywanych jest [głównie] na cemencie, czy twardych, bardzo agresywnych nawierzchniach”. 

Nawierzchnia to nie jedyny problem

Nawet jeśli organizm wytrzyma trudy nawierzchni, gracz musi jeszcze zmierzyć się ze specyficznym nowojorskim klimatem. Zadaszenie kortu im. Arthura Ashe’a uniezależniło wprawdzie organizatorów od opadów deszczu, ale jednocześnie stworzyło nad areną swoistą pułapkę termiczną. Duchota i wilgotność nierzadko wręcz paraliżuje tenisistów. Podczas turnieju w 2018 roku Roger Federer nie gryzł się w język: „Myślę, że odkąd założono dach, na stadionie nie ma cyrkulacji powietrza. (…) Masz kompletnie przemoczone spodenki, przemoczone wszystko”. Wtórował mu wówczas Dźoković, oceniając warunki na korcie centralnym jeszcze dosadniej: „Nie ma tam żadnej cyrkulacji powietrza, zwłaszcza na poziomie samego kortu. Czuję się tutaj jak w saunie”. Zjawisko to osiągnęło swoje brutalne apogeum w 2023 roku, kiedy w trakcie fali upałów Danił Miedwiediew zwrócił się prosto do kamery: „Któryś z zawodników w końcu tu umrze i wtedy wszyscy to zobaczycie”.

Do zmęczenia i braku tlenu dochodzi specyfika samego turnieju, który kocha nocne widowiska. Ustalanie planu gier pod wieczorny, amerykański „prime time” sprawia, że spotkania w Nowym Jorku regularnie kończą się grubo po północy. Taki tryb pracy całkowicie rozbija regenerację w dwutygodniowym turnieju wielkoszlemowym. Ten patologiczny dla tenisa mechanizm świetnie opisał kilka lat temu Alexander Zverev, punktując układanie nocnych harmonogramów w cyklu ATP: „Dwa dni temu położyłem się spać o 4:00, może 4:30 nad ranem. Wczoraj poszedłem spać o 5:20. Jeśli jakakolwiek normalna osoba położy się spać jednej nocy o 4:00 rano, a kolejnej o 5:00 rano, będzie miała ogromny problem, żeby w ogóle utrzymać się na nogach”.

Nowojorski turniej ma zresztą swoją niepowtarzalną specyfikę, która odróżnia go od każdego innego szlema na świecie. Podczas gdy na Wimbledonie, w Paryżu, czy w Melbourne publiczność śledzi niemal każdy punkt w idealnej ciszy, nowojorskie korty żyją własnym rytmem. Dla tysięcy ludzi na trybunach US Open to przede wszystkim prestiżowa impreza towarzyska i okazja, żeby pokazać się w loży, spotkać ze znajomymi przy drinku i spędzić letni wieczór w modnym miejscu. Wydarzenia na korcie bywają tu często tylko tłem do imprezowego zgiełku.

Zawodnicy muszą więc odciąć się nie tylko od fizycznego zmęczenia i upału, ale też od wszechobecnego hałasu i rozproszeń, z którymi w żadnym innym miejscu w tenisie nie muszą się mierzyć.

Flushing Meadows stało się też miejscem, w którym po swój pierwszy i często jedyny -wielkoszlemowy tytuł sięgali gracze, którzy potrafili wykorzystać słabszy moment faworytów. To tutaj swoje największe sukcesy świętowali bowiem tacy gracze jak: Andy Roddick (2003 rok), Juan Martin del Potro (2009), Marin Cilić (2014), Dominic Thiem (2020) czy wreszcie Danił Miedwiediew (2021), który wtedy to odebrał Dźokoviciowi marzenia o Kalendarzowym Wielkim Szlemie.

Jak obronić tytuł?

Kiedy dodamy do siebie wyczerpujący kalendarz, niszczącą stawy nawierzchnię, brak powietrza, zrujnowany rytm dobowy czy trudną do opanowania publiczność, obrona tytułu jawi się jako wyczyn iście karkołomny. Nakłada się na to oczywiście presja powrotu na szczyt. Jak więc sobie z nią radzić? Carlos Alcaraz wydaje się mieć na to najbardziej racjonalną receptę. „Pierwszą rzeczą, którą musisz zrobić, jeśli chcesz obronić tytuł, to zapomnieć o tym, że wygrałeś go w zeszłym roku. (…) Nie myślę o tym, że muszę obronić tytuł, ani nawet, że muszę zagrać w finale” – tłumaczył Hiszpan.

Brak udanej obrony tytułu w męskim US Open od kilkunastu lat nie jest zatem żadnym magicznym zbiegiem okoliczności. To po prostu brutalny rachunek, jaki wystawia tenisistom końcówka długiego sezonu. Z tej perspektywy pięć kolejnych nowojorskich triumfów Rogera Federera wydaje się dzisiaj osiągnięciem z zupełnie innej epoki. W tym roku przed tym arcytrudnym zadaniem stanie Carlos Alcaraz, wracający na dodatek na korty po wielomiesięcznej przerwie. Już sam fakt, że Hiszpan nie rozegrał meczu w zawodowym tourze od niemal pięciu miesięcy powoduje, że feralna seria obrońców tytułu w Nowym Jorku ma bardzo duże szanse przedłużyć się o kolejny rok.

Ksawery Styka