Felieton wimbledoński. Do połowy pełna
Artur St. Rolak, Londyn SW19
Z Kasią Piter – nie z Katarzyną, bo znamy się od lat przeszło 20 – rozmawiamy (z jednym wyjątkiem warszawskim) albo w Poznaniu, albo na Wimbledonie. Jej zdaniem to właściwe miejsca do pogaduszek i o tenisie, i o życiu w ogóle.
W zeszłym roku nieprzypadkowo spotkaliśmy się na kortach treningowych Aorangi. Nie umawialiśmy się wcześniej, po prostu oboje lubimy przed turniejem pooddychać atmosferą turnieju dopiero budzącego się do życia. Te 20 minut mogliśmy nawet całkowicie przemilczeć, bo ani ona mnie, ani ja jej nie muszę przekonywać o wyższości Wimbledonu nad innymi turniejami.
Mnie w zeszłym roku Wimbledon pięknie wynagrodził ponad 30 lat najpierw tułania się z maszyną do pisania pod pachą w poszukiwaniu wolnego biurka, pisania przez kilka kolejnych dni o deszczu albo smażenia się na rozpalonych słońcem trybunach, a w końcu konieczności pisania o polskich porażkach, choć w wyobraźni kończyłem już tekst o zwycięstwach.
Dla Kasi Wimbledon przez lata był niewdzięczny. Jeden mecz singlowy, pięć deblowych i łącznie sześć przegranych w pierwszej rundzie. W tym roku Kasia postanowiła dać mu jeszcze jedną szansę. Przyjechała do Londynu nie dwa-trzy dni przed turniejem, ale cały tydzień. Wimbledon zrozumiał aluzję i pozwolił zostać aż do ćwierćfinału.
Kasia lubi dać sobie szansę. Kiedyś w singlu była nawet w pierwszej „100” rankingu i zagrała tu z urzędu, bez eliminacyjnego czyśćca w Roehampton. Potem kariera skręciła w stronę debla więc Kasia skoncentrowała się na tej konkurencji i awansowała do czołowej „50”. Nadal jednak lubi pobyć na korcie sama, więc kiedy tylko się da, zgłasza się także do singla. W Abu Dhabi, na turnieju kategorii WTA-500, siedziała sobie przed hotelem i, popijając kawę, zapisała się przez internet na listę oczekujących. Chwilę później dowiedziała się, że za godzinę ma mecz. Na dodatek z inną „alternate”, więc przegrać nie wypadało. Zdobyła tyle punktów, że znów jest notowana wśród singlistek.
Kiedy rozmawialiśmy pierwszy raz, Kasia była dopiero co udekorowaną wicemistrzynią Europy kadetek. W ćwierćfinale pokonała wtedy Simonę Halep. Zapytałem, co poszło nie tak, że jedna utalentowana juniorka zostaje numerem jeden światowego tenisa, a druga musi ciułać punkt do punktu, aby w ogóle zagrać w Wielkim Szlemie. Ona tak tego nie widzi. Nie patrzy, co osiągnęli inni. Ją interesuje jedynie to, co osiągnęła sama. Być może mogła więcej, ale los nie zawsze uśmiechał się od ucha do ucha. Mogła przecież zdobyć znacznie mniej.
Szklanka Kasi jest do połowy pełna.



