Artur St. Rolak, Londyn SW19
Dziś naszło mnie na wspomnienia. Rok temu na własnej skórze – dosłownie, bo zostałem jedynie w swojej bieliźnie, okularach i zegarku – przekonałem się, co w zaproszeniu podpisanym przez szefową All England Lawn Tennis Clubu znaczy „black tie”. Uważam, że to już uprawnia mnie do napisania kilku słów o wimbledońskiej modzie.
Broniłem się przed tym tematem, wypierałem go ze świadomości i podświadomości wszystkimi siłami, ale przyszła Ola i niechcący wypchnęła mnie ze strefy komfortu. Ola nie jest na Wimbledonie osobą przypadkową. W turnieju wprawdzie nigdy nie grała, ale zdjęcia jej autorstwa można znaleźć w tutejszym muzeum. Okej, trzeba się trochę naszukać, bo publikowaliśmy je w „Tenisklubie”. Sto numerów naszego magazynu – z okazji jubileuszu – sprezentowaliśmy tej zacnej instytucji, a dar został przyjęty z nieco kurtuazyjną wdzięcznością.
Kariery fotoreporterskiej Ola nie zrobiła. Postawiła na chemię, której najpierw nauczyła się sama, a potem – już na uniwersytecie w Londynie – uczyła innych. Z czasem swoje umiejętności sprywatyzowała, założyła firmę, goni terminy, ale na wizytę na Wimbledonie czas musiała znaleźć.
Wyboru dnia ani kortu nie miała – wzięła, co los zaproponował. Chojny był, trzeba przyznać, boi dziś biletów na Kort Numer 1 mogli jej zazdrościć posiadacze biletów na Kort Centralny. Nie dość, że parę funtów taniej, to jeszcze Jannik Sinner i Naomi Osaka. Zwłaszcza Japonka! – Muszę to zobaczyć na własne oczy! – powiedziała Ola, gdy tylko skończyliśmy ceregiele powitalne.
A jest, było i będzie co oglądać. Tomasz Wiktorowski dba o umiejętności tenisowe Osaki, a ona – po spełnieniu obowiązków rodzicielskich – ma jeszcze czas na zainteresowania pozasportowe, na przykład modę. Nie ma co się wymądrzać, trzeba poprosić o fachową pomoc jakąś redaktorkę. Muszę wierzyć na słowo, że to rodzaj kimona, chyba na bardzo uroczyste okazje. Wimbledon w tej kategorii raczej się mieści. Pewne jest, że Nike ograniczył się do sportowej części garderoby, natomiast kimono pomogła zaprojektować Hana Yagi, podobno bardzo znana w Japonii.
Innych, którym kort niezauważalnie przechodzi w wybieg, nie brakuje. Marta Kostiuk wyszła za mąż dwa i pół roku temu, ale wciąż lubi pokazać się w sukience z wzorami przypominającymi strój weselny. Biel, urzędowy kolor Wimbledonu, nadaje się do tego znakomicie. Coco Gauff uznała, że do twarzy będzie jej we wdzianku, które może zarzucić zarówno na bluzkę, jak i na sukienkę.
Panowie też potrafią zwrócić na siebie uwagę nie tylko serwisem i returnem. Taylor Fritz paraduje w czymś, co chyba można nazwać garniturem, a Novak Dźoković ogranicza się do marynarki. Przegapiłem, w co wystroił się Alejandro Tabilo, bo Kamil Majchrzak spakował jego bagaż już w pierwszej rundzie. Dzięki temu, jak donosi moja fachowa pomoc, Chilijczyk i ubierająca go firma Ellesse będą mieli więcej czasu na zaprojektowanie i zatwierdzenie ciuchów na przyszłoroczny turniej. Trzeba bowiem wiedzieć, że wolność designerów jest ograniczona do poziomu tolerancji członków wimbledońskiego panelu, którzy ze stosownym wyprzedzeniem muszą zaakceptować – lub nie – każdą ekstrawagancję.
Sezon na te ciuchy trwa tylko dwa tygodnie. Często jest to moda jednorazowa.