Felieton wimbledoński. Powrót do przyszłości

/ Artur St. Rolak , źródło: Korespondencja z Londynu , foto: Archiwum autora

Artur St. Rolak, Londyn SW19

 

Początek będzie nieco poważny, aby całkiem niepoważny mógł być ciąg dalszy. Zgódźmy się, że aby rozmawiać o przyszłości, wypadałoby znać przeszłość. Przypomnę zatem dzieje dwóch fotografii i wyjaśnię, skąd wzięła się trzecia, jeszcze nigdzie niepublikowana.

Był rok był 2004, padało. Krzysztof „Inżynier” Rawa, który podaje felietony w papierowym „Tenisklubie”, uznał, że nie ma co siedzieć po próżnicy. Wyciągnął mnie do sali konferencyjnej, przed wejściem do której wisiała tabliczka „Zakaz fotografowania”. Sala była pusta, usiadłem za stołem konferencyjnym, za który wstęp normalnie mają tylko zawodnicy, a Krzysiek zrobił mi zdjęcie. Niestety nie wyłączył lampy. Błysk flesza ściągnął na nas uwagę obsługi, a z sufitu padła groźba: „A teraz macie kłopoty”. Pośmialiśmy się, ale uznaliśmy, że zmiana ról – on pozuje, ja pstrykam – naruszyłaby cierpliwość i poczucie humoru tych, którzy wyśledzili nas na monitorach telewizji wewnętrznej.

 

 

W zeszłym roku, już w nowej sali konferencyjnej, pompatycznie ochrzczonej Teatrem Medialnym, zostaliśmy zaproszeni do przekroczenia umownej czerwonej linii i zrobienia wspólnej fotografii z Igą Świątek. Owoc niezakazany nie smakował już tak bardzo, a na dodatek trzeba się było podzielić nim z 14 innymi dziennikarzami.

 

Przez ostatnie dwa tygodnie codziennie przechodziliśmy obok drzwi na piętro, którego formalnie nie ma. To była tylko kwestia czasu, kiedy moja i Krzyśka ciekawość poprowadzi nas schodami do góry. Uznaliśmy, że chwilowo nie rozumiemy, co po angielsku oznacza „Zakaz wstępu”, i – na wszelki wypadek oglądając się za siebie – zostaliśmy odkrywcami przyszłości.

Widok nie był imponujący – magazyn wszystkiego niepotrzebnego: starych lodówek, barierek, jeszcze niezamontowanych rur wentylacyjnych, różnej wielkości kontenerów na odpady (niektóre pełne)… Z dołu dobiegały jakieś odgłosy. Trochę ponasłuchiwaliśmy i mniej więcej w środku tego placu budowy zobaczyliśmy schody prowadzące w dół, wprost do saloniku dla zawodników i ich gości, z którym sąsiadujemy, a do którego nie mamy wstępu. Zawróciliśmy w połowie drogi, bo gdyby nas zauważono, skończyłaby się zabawa w eksplorerów. Wiemy, że na to piętro ma być przeniesiona część biura prasowego. Jeśli akurat ta, w której pracujemy od 26 lat, to świetnie. Z balkonu będziemy mieli podgląd na taras zarezerwowany dla tenisistów, ich trenerów i rodzin.

Miło będzie wrócić za rok. Kiedy już otworzą to nowe piętro, my będziemy mogli powiedzieć, że dla nas to nic nowego. Że już to kiedyś widzieliśmy.