Felieton wimbledoński. Miał być czetwer, był cztvrtek

/ Artur St. Rolak , źródło: Korespondencja z Londynu , foto: East News

Artur St. Rolak, Londyn SW19

 

Dokładki klusek z truskawkami nie podano, więc umyśliliśmy sobie finał z dwojgiem polskich trenerów po prawicy gości Loży Królewskiej. Tomasz Wiktorowski drogę zna już bardzo dobrze, przecież pierwszy raz pytał o nią, gdy pracował jeszcze z Agnieszką Radwańską, bardzo częstą bywalczynią Kortu Centralnego. Te plany wczoraj popsuła Naomi Osaka, a dziś Marta Kostiuk.

Sandra Zaniewska już jako zawodniczka przekonała się, czym może być Wimbledon. Zagrała tu w pierwszej rundzie w tym samym roku, kiedy Radwańska przez trzy sety walczyła w finale z Sereną Williams. Nie każdy czuje różnicę między tym turniejem a każdym innym, a Zaniewska nie chciała, aby Kostiuk poczuła to za późno.

Przed skutkiem nagłych emocji, paraliżujących umysł i usztywniających ciało, można się zaszczepić jak przed chorobami wieku dziecięcego. Przed pierwszym w karierze meczem Ukrainki na Korcie Centralnym Polka zabrała ją na przymusowy spacer po najsłynniejszym trawniku świata. Nie szkodzi, że trybuny były puste, a ciszę zakłócały jedynie odrzutowce zmierzające na Heathrow. Chodziło przecież o to, aby wspomnienia wróciły właśnie wtedy, a nie dopiero, gdy trzeba będzie wyserwować i wybiegać awans do półfinału.

A Kostiuk miała co wspominać. Pierwszy raz siedziała na trybunach Kortu Centralnego w 2017 roku i była wpatrzona w Rogera Federera jak w ikonę. Że po tylu latach zagra tu najpierw o pół-, a następnego dnia o finał Wimbledonu, być może marzyła, ale nie miała śmiałości mówić o tym głośno.

Zasługą Zaniewskiej nie jest podanie Kostiuk szczepionki przeciwko gorączce Kortu Centralnego. Polska trenerka zdobyła zaufanie ukraińskiej tenisistki. Od początku pracy w tym zawodzie zwracała uwagę na konieczność dostrzegania w sportowcu nie tylko sportowca, ale przede wszystkim człowieka. Są na to dowody w archiwalnych numerach „Tenisklubu” (Zaniewska napisała dla nas kilka artykułów także na ten temat).

Kostiuk odwdzięcza się jej najpiękniej, jak potrafi. Wychodzi na kort, gra tak, jak to sobie przed meczem obgadały, cieszy się grą, a jeśli są jeszcze zwycięstwo daje kolejne powody do radości, to czego chcieć więcej?

Tytułu! Marta Kostiuk jest pierwszą po Elinie Switolinie ukraińską półfinalistką Wimbledonu. Pierwszą finalistką dzisiaj nie została, bo to był nie był czetwer, nie czwartek, nie Thursday nawet, lecz bardzo czeski cztvrtek.