Felieton wimbledoński. Między pierwszym a trzecim
Artur St. Rolak, Londyn SW19
Aby wyobrazić sobie ten mecz, Iga Świątek miała dwa dni więcej niż Jannik Sinner – ubiegłoroczny Wimbledon skończyła dzień wcześniej, a tegoroczny zaczęła dzień później. Jak sobie wyobraziła, trochę strach pytać. Jeszcze większy strach pomyśleć, co działoby się w sieci, gdyby pierwszy mecz w obronie tytułu przegrała. Wrzenie, szok i niedowierzanie – stanowczo za mało powiedziane.
Jak to sobie wyobrażała publiczność na Korcie Centralnym, zgadnąć trudno. Pewnie nawet nie próbowała, bo jej wyobraźnia była zajęta czym innym. Igę Świątek i Taylor Townsend przywitały oklaski raczej umiarkowane, a jeśli wziąć pod uwagę, że przeznaczone dla obu tenisistek – choć zapewne nie po równo – to były całkiem letnie. Publiczność oszczędziła decybele na obrończyni tytułu, aby zachować je dla powracającej Sereny Williams. Świat mediów niepolskich też nie popisał się na pierwszej konferencji prasowej. Najwyraźniej już wcześniej zdyskontował ten wynik i nie chciał tracić czasu na oczywistości.
Chociaż żyjemy coraz szybciej, mamy coraz mniej czasu. Dla najbardziej zabieganych i najmniej odpornych psychicznie można zmontować taki skrót meczu Świątek z Townsend – niemal cały pierwszy set i solidną końcówkę trzeciego – że nic innego, tylko bić brawo. Rywalka grała znacznie lepiej niż Amanda Anisimova w zeszłorocznym finale, a wynik tylko nieznacznie odbiegał od tamtego 6:0, 6:0. Między pierwszym a trzecim był jednak drugi. Kto nie oglądał, a nerwy ma słabe, niech unika powtórek, chyba że kozetkę u psychologa ma już zarezerwowaną bez kolejki poza NFZ.
Przed kamerami nikt i nic się nie ukryje. Tata i siostra Igi skorzystali z zaproszenia do Loży Królewskiej, więc dzielnie trzymali emocje na wodzy. Nie utrzymała ich Iga, która po zwycięskim meczbolu usiadła na krzesełku i od razu skryła twarz w ręczniku. Próbowała udawać, że tylko ociera pot z zapracowanego czoła, ale łez nie zdołała ukryć. Emocje żądały ujścia natychmiast – tu i teraz. Później tłumaczyła, że obrona tytułu, zwłaszcza takiego, głęboko ją poruszyła, i właśnie stąd taka reakcja.
Teraz Świątek ma tylko dwa dni, aby wyobrazić sobie mecz z Karoliną Pliszkovą. Presja, jak upał, powinna zelżeć.


