Felieton wimbledoński. Obecność nieusprawiedliwiona
Artur St. Rolak, Londyn SW19
Nie zawsze dobrze mieć rację, ale w tym przypadku trudno się skarżyć. Odpytany przez Wirtualną Polskę na okoliczność „dzikiej karty” dla Mai Chwalińskiej, nie mogłem nie wspomnieć o Serenie Williams. Na szczęście wszystko się sprawdziło, bo inaczej musiałbym przyśpieszyć rozważania o emeryturze.
Chyba niewiele ryzykowałem twierdząc, że „gdyby jednak Serena zmieniła zdanie, na pewno dostałaby dziką kartę również w singlu”. Williams nie byłaby sobą, gdyby z decyzją nie zwlekała do ostatniej chwili. Decyzję zmieniła, a All England Lawn Tennis Club zrobił to, co było do przewidzenia.
„Wyobraźmy sobie, co by było, gdyby zawodniczka, nawet tej klasy, wróciła z emerytury po kilku latach i wygrywałaby z zawodowymi tenisistkami, które są w treningu. To nie świadczyłoby najlepiej o dyscyplinie” – zaproponowałem. I wczoraj do późnego wieczora ta groźba miała sens.
Honor koleżanek uratowała Maya Joint; Maya, która do wczoraj była mniej znana niż Maja-finalistka Roland Garros. Jeśli czymś się do tej pory wyróżniała, to grą w okularach przeciwsłonecznych. Żaden kaprys ani kontrakt reklamowy, lecz przykra konieczność. Joint ma wadę wzroku, która utrudnia widzenie w ostrym słońcu. Wczoraj nie było takiej potrzeby, bo grała przy sztucznym świetle.
Maya urodziła się w kwietniu 2006 roku, kiedy Serena miała na koncie siedem tytułów wielkoszlemowych, w tym dwa wimbledońskie, i 24 lata na liczniku. Dziś Williams zbliża się do 45. urodzin, ma poukładane życie rodzinne i raczej wystarcza jej od pierwszego do pierwszego. Dlaczego zatem po prawie czterech latach od ostatniego meczu o stawkę postanowiła znów wyjść na kort? Nie dla pieniędzy, nie dla sławy, więc po co?
Niedawno sportowy świat pasjonował się powrotem Lindsey Vonn. Na samo wspomnienie tego powrotu przechodzą ciarki. Na korcie nie jest tak niebezpiecznie jak na stoku narciarskim, ale wniosek ciśnie się ten sam – można oszukiwać samą (samego) siebie, ale nie biologię. W drugim secie Joint przestraszyła się nie rywalki, ale swoich myśli. Gdy znów zaczęła grać zgodnie z planem, czyli nie wprost na rakietę Williams, punkty dopisywały się same.
Serena, choć poproszona, na pomeczową konferencję prasową nie przyszła. Wydała tylko oświadczenie, które jednak nie pocieszyło tłumu dziennikarzy, ale przekonało AELTC, aby nie karać jej za złamanie obowiązku. Maksymalna grzywna może sięgnąć 50 tysięcy dolarów, ale ta nieobecność została uznana za usprawiedliwioną.



