Felieton wimbledoński. Rozprawa pojednawcza
Artur St. Rolak, Londyn SW19
Najgłośniej o kasę, więcej kasy, upominała się Aryna Sabalenka. Niezadowolona ze sposobu ustalania puli nagród, nawoływała koleżanki i kolegów do bojkotu największych turniejów, z Wielkimi Szlemami włącznie. Jesteśmy w Londynie, więc ograniczmy się do The Championships. I spróbujmy, w miarę obiektywnie, rozsądzić, kto ma więcej racji.
Tenisiści twierdzą, że organizatorzy turniejów oddają im zbyt małą część tego, co właśnie dzięki nim zarabiają. Ligi NBA, MLB czy NHL, na które powołują się skarżący, oddają graczom w formie wynagrodzenia prawie połowę zysków. W tenisie jest to zwykle kilkanaście procent.
Organizatorzy Wielkich Szlemów twierdzą, że to niesłuszne porównanie. Tymi czterema turniejami zarządzają krajowe federacje tenisowe, których podstawowym obowiązkiem jest nie zarabianie pieniędzy, a troska o rozwój tenisa w Australii, Francji, Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych.
Do strajku nie doszło, a cały protest sprowadził się do ograniczenia aktywności medialnej. Sabalenka, trzeba przyznać, w geście dobrej woli szybko odpadła z Wimbledonu, aby nikt jej nie zarzucił, że chodzi jej o pieniądze dla siebie. Nie, ona troszczy się o tych słabszych, zarabiających najwyżej na waciki, mających mniejszą siłę przebicia i niezauważanych przez media. Mocno naciągany ten argument, bo na najniższym poziomie zawodowego tenisa żaden turniej nie generuje milionowych zysków, więc gdyby nawet oddał tenisistom całą nadwyżkę, to i tak nie zauważyliby zmiany.
Przed rozpoczęciem The Championships delegaci protestujących spotkali się z szefostwem All England Lawn Tennis Clubu. Wimbledon obiecał, że po turnieju przedstawi konkretne propozycje, a tenisiści zobowiązali się do nierobienia scen i niestrzelania fochów.
Przyjrzyjmy się bliżej głównemu argumentowi AELTC – że 90 procent zysków z organizacji The Championships prywatny w końcu klub dobrowolnie, w trosce o ten w Wielkiej Brytanii, przekazuje na konto Lawn Tennis Association. Nie trzeba być biegłym rewidentem ani nawet średnio zdolnym księgowym, aby zauważyć, że równie dobrze LTA mogłaby tymi milionami od AELTC palić w piecu, a efekt byłby ten sam. Kiedy Wielka Brytania przegrała z Litwą w Pucharze Davisa, jedna z gazet zauważyła, że budżet federacji litewskiej jest niższy od kwoty, jaką LTA wydaje w jednym ze swych ośrodków szkoleniowych na wyżywienie tenisistów.
W zeszłym roku Wimbledon zarobił na czysto 48 116 607 funtów. Sobie zostawił więc niecałe pięć „baniek”, resztę oddał LTA. W erze open, czyli od prawie 60 lat, zaledwie sześciu tenisistów i pięć tenisistek dobiło się do ćwierćfinału singla. Jeśli dodać, że pięcioro z nich pierwsze lub najważniejsze kroki na korcie stawiało poza Wielką Brytanią, to efektywność systemu pozostawia trochę do życzenia.
Tym jedenastym jest Arthur Fery. Tak wróciliśmy z przeszłości do teraźniejszości. Fery mieszka bardzo blisko kortów, jeśli wygra w niedzielę, to nawet zostanie członkiem AELTC, ale nie zmienia to faktu, że zasługi LTA nie będzie w tym praktycznie żadnej. Arthur pochodzi z bardzo zamożnej rodziny (ojciec był właścicielem klubu Ligue 1), więc podziękowania po ewentualnym zwycięstwie może ograniczyć do taty i mamy.
Werdykt? Prawie 15-tysięczna ława przysięgłych na trybunach Kortu Centralnego być może słyszała coś o sporze na tle płacowym, ale w sporcie są przecież sprawy ważniejsze.



