Felieton wimbledoński. Szkoda sałatki

/ Artur St. Rolak , źródło: Korespondencja z Londynu , foto: Andrzej Szkocki

Artur St. Rolak, Londyn SW19

 

W jednej z pierwszych scen „Kariery Nikodema Dyzmy” Mariusz Dmochowski potrącił podczas rautu Romana Wilhelmiego, który upuścił talerzyk z sałatką. Dziś poczułem się trochę jak bohater tego znakomitego filmu. Sałatką, której mi szkoda, jest tekst wyrzucony do kosza. Maja Chwalińska nie musi mnie przepraszać, jak Dmochowski Wilhelmiego, przecież nie zrobiła mi tego celowo.

Trybuny to nie plaża. Upał w Londynie wprawdzie zelżał, ale trudno usiedzieć w jednym miejscu. Mecz wicemistrzyni Roland Garros oglądałem więc w klimatyzowanym zaciszu biura prasowego i było mi z tym naprawdę dobrze. Było tym lepiej, że początek pojedynku Mai Chwalińskiej z Mananchayą Sawangkaew obiecywał iście hollywoodzki ciąg dalszy paryskiej bajki. Tekst sam się pisał łatwo i przyjemnie i powoli zbliżał się do puenty, dopóki Polka nie skręciła kostki podczas raczej niegroźnie wyglądającego upadku. Prowadziła wtedy 6:2, 5:2…

Ciasna salka numer 2 z trudem pomieściła kilkanaścioro chętnych do wysłuchania, co ma do powiedzenia tenisistka, która w niecałą godzinę zjechała z nieba do piekła. Chwalińska odpowiadała tak cichutko, że nawet w środkowych rzędach ledwo było ją słychać. Niektóre pytania, a więc także odpowiedzi, można było przewidzieć. No jasne, że jest rozczarowana, zawiedziona, smutna i przybita, bo to przecież Wimbledon i nikt nie chce tu przegrywać pierwszej rundzie, na dodatek w takich okolicznościach. Nie, jeśli chodzi o łzy, to nie płakała.

Maja nie szukała tanich i prostych usprawiedliwień. Nie chowała się za pechem, choć poślizg i upadek w trakcie wymiany na pewno nie jest zdarzeniem szczęśliwym. Rozsądnie zauważyła, że w ostatnich trzech tygodniach jej życie zmieniło się tak bardzo i tak szybko, że nie miała już czasu na właściwe przygotowanie do najważniejszego w sezonie turnieju na trawie. Przyczyną kłopotów fizycznych wcale nie był skręcony staw skokowy, bo początek trzeciej partii pokazał, że Chwalińska może dobiec do każdej piłki. Wrogiem okazały się skurcze mięśni – nagłe i mocne, a wywołane chyba stresem.

Internet bywa okrutny i niechętnie wybacza. Cała sztuka, aby nauczyć się, że to nie jest głos większości. Że każda porażka jest wpisana w istotę sportu, że po serii przemiłych niespodzianek może przyjść przykra, a opinią frustratów, którym marzyła się łatwa forsa od bukmacherów, naprawdę nie warto się przejmować. Maja pokiwała głową. Stara się tak robić, ale jest przecież tylko człowiekiem i nie od wszystkiego potrafi się odciąć.

Szkoda mi tekstu, który opisywał awans Chwalińskiej do drugiej rundy, bo na marne poszła praca i moja, i jej. Jeszcze bardziej jednak szkoda dziewczyny…