Felieton wimbledoński. Tenis do góry nogami
Artur St. Rolak, Londyn SW19
Czeszki nie zaorały Kortu Centralnego, ale wywróciły tenisowy stolik do góry nogami. Wimbledon pyta, jak to możliwe, że 11-milionowy naród wydał z siebie trzy różne mistrzynie w ciągu czterech ostatnich lat. Karolina Muchova i Linda Noskova próbowały, ale nie znalazły jednoznacznej odpowiedzi.
Lektura czeskich mediów zawsze wywołuje u mnie uśmiech. Kiedy czytam w nich, że „Swiatekova” to, „Osakaova” tamto, a „Williamsova” siamto, doceniam konsekwencję. Kiedy my piszemy „Szarapowa”, „Kuzniecowa” czy „Zwonariowa”, obrażają się na nas ci wszyscy, u których w niedouczonych głowach mieszczą się jedynie „Sharapova”, „Kuznetsova” albo „Zvonarevą”. Z języków obcych najgorzej znają polski…
Czesi robią swoje i filologicznie, i tenisowo. Ze słów Muchovej (tutejsi spikerzy potrzebowali sporo czasu, aby jej nazwiska już nie wymawiać „Muczowa”) i Noskovej wynika, że nikt nie zmusza tam kilkuletnich dzieci do uprawiania konkretnej dyscypliny sportu. Dzieciaki mogą próbować wszystkiego, co im się podoba, a potem samodzielnie wybrać to, co najbardziej spodobało się im, a nie ich rodzicom, którzy własne niespełnione marzenia zwalają na maluchy.
Trenerzy też się nie narzucają. Nie zanudzają adeptów tenisa tysiącami powtórzeń jednego uderzenia z nadzieją osiągnięcia doskonałości. Zamiast tego pozwalają im grać po swojemu, eliminując jedynie takie błędy, które w przyszłości uniemożliwiałyby grę na najwyższym poziomie. Co tam pozwalają – trenerzy wręcz zachęcają tenisistów w każdym wieku, aby grali jak najwięcej, bo tylko gra na punkty czegoś naprawdę uczy.
– Powiedziałbym, że jesteśmy bardzo kreatywni, więc trawa pozwala nam wykorzystać każdą stronę tenisa, czy to serwis i wolej w dawnych czasach, czy slajsy i woleje w nowej erze. Mamy wszystko, na co pozwalała trawa, i korzystamy z tego – stwierdziła Noskova.
Są świetnymi przykładami tej różnorodności. Muchova jest najstarszą od 1998 roku zawodniczką, która po raz pierwszy w karierze awansowała do finału Wimbledonu, natomiast Noskova najmłodszą finalistką od 12 lat. A każda z nich gra inaczej. Jedna rozgrywa wymianę jak partię szachów (to porównanie odbija się tu jak echo), buduje punkt pozornie nic nie wnoszącymi uderzeniami, aby w końcu dać rywalce mata – jak nie winnerem przy siatce, to zmuszając ją do popełnienia błędu. Młodość drugiej nie ma tyle cierpliwości. Styl Lindy jest prostszy, oparty na sile serwisu, nastawiony na kończenie akcji najszybciej, jak się da.
Czeszki zwracają zgodnie uwagę także na siłę tradycji tenisa w ich kraju i ciągłość pokoleniową, pozwalającą szukać inspiracji wśród swoich, a nie obcych. Muchova stała się właśnie taką inspiracją dla Noskovej, kiedy trzy lata temu po nagłym zwrocie akcji (z 3:5 do 7:5 w trzecim secie) pokonała Arynę Sabalenkę i awansowała do finału Roland Garros. Linda siedziała wtedy na trybunach i dopingowała starszą koleżankę.
Do igrzysk w Paryżu, kiedy trenerzy stworzyli z nich medalowy debel, znały się bardziej ze słyszenia. Potem się zaprzyjaźniły, a dziś wszystko muszą odłożyć na bok. Od czwartku stolik jest już wywrócony. Na odpowiedź czeka pytanie, która z nich pójdzie za godzinę w ślady Martiny Navratilovej (tytuły zdobywała już dla USA, ale tenisa nauczyła się przecież w Czechosłowacji), Jany Novotnej, Petry Kvitovej, Markety Vondruszovej i Barbory Krejczikovej.



