Felieton wimbledoński. Wzorzec Brytyjczyka z Sevres

/ Artur St. Rolak , źródło: Korespondencja z Londynu , foto: East News

Artur St. Rolak, Londyn SW19

 

Urodził się kwadrans jazdy od Roland Garros, a mieszka kwadrans spacerem od Wimbledonu. I tu, i tam do tej pory mało kto o nim słyszał. We Francji już prawie zdążyli o nim nawet zapomnieć, choć reprezentował ten kraj w kategorii do lat 12. Konkurencja okazała się jednak zbyt mocna i liczna, więc rodzice uznali, że lepiej zrobić z syna Brytyjczyka. Po Andy’m Murrayu konkurencji niemal żadnej.

Loic, tata Artura Fery’ego, przez wiele lat był właścicielem FC Lorient, ale sprzedał część udziałów i zachował sobie fotel prezesa. Olivia, mama tenisisty, w 1990 roku z „dziką kartą” w garści była o mecz od awansu do turnieju głównego Roland Garros. Arthur poszedł w jej ślady i zaszedł znacznie dalej, choć nie bez kłopotów. W pierwszej i drugiej rundzie stracił po secie, a w trzeciej nawet dwa.

– Pierwsza pięciosetówka w życiu, najdłuższy mecz, jaki kiedykolwiek rozegrałem, pierwszy awans do czołowej setki rankingu, pierwszy występ w drugim tygodniu Wielkiego Szlema – wyliczał pierwsze razy.

Komety, w lupkach tutejszych mediów wyglądające jak gwiazdy, pojawiają się nad Wimbledonem pod koniec czerwca i po kilku dniach bezpowrotnie znikają z łamów, ekranów i firmamentu. Zdarzają się wyjątki, ale nieliczne, a Fery bardzo chciałby nim być. Żeby odciąć się od świata, zapowiedział, że nie będzie zaglądał do socjali, najwyżej przeczyta i odpowie na gratulacje przesłane WhatsAppem. Zawsze ma przy sobie zatyczki do uszu, ale wkłada je do nosa, aby powstrzymać krwotoki, które zdarzają mu się podczas gry. Teraz nie zaszkodzi, jeśli użyje ich zgodnie z przeznaczeniem.

Do tej pory nie spotkał gracza rozstawionego, bo Otto Virtanen uprzejmie wyprosił z turnieju Bena Sheltona. Dziś trafił na rywala sklasyfikowanego nawet o 32 pozycje niżej, który przy wejściu na Wimbledon również legitymuje się „dziką kartą”. Grigora Dimitrowa – w przeciwieństwie do Fery’ego – przedstawiać jednak nie trzeba, a nawet nie wypada.

– Słuchajcie, kiedy mam rakietę w dłoni, wszystko jest możliwe. To wspaniała historia, czyż nie? – zapytał Dimitrow całkiem retorycznie, gdy dziennikarze wspomnieli o wyczynie Gorana Ivaniszevicia sprzed ćwierć wieku. To nadal niepodrabialny wzorzec z Sevres mistrza grającego z „dziką kartą”.

Publiczność ma pamięć zbiorową, więc nie zapomniała, że w zeszłym roku Dimitrow prowadził z Jannikiem Sinnerem 2-0 w setach i nadal dyktował warunki. Włoch zakończył The Championships jako zwycięzca, a Bułgar jako pacjent turniejowego ortopedy. Coś z tego współczucia zostało do tego roku i część publiczności miała dylemat, komu dziś okazać większe wsparcie. Wielu się jeszcze wahało, bo co rodak – choćby z Sevres – to rodak…

Brytyjczyk urodzony we Francji wyrównał ubiegłoroczne osiągnięcie Brytyjczyka urodzonego w RPA. Ćwierćfinał nie musi być jego ostatnim słowem – na drodze do półfinału stoi Flavio Cobolli, z którym Fery wygrał pół roku temu w pierwszej rundzie Australian Open.