Casper Ruud – regularność to nie wszystko

Ksawery Styka , foto: Eastnews

Ksawery Styka

W finałach Wielkiego Szlema każdy zawodnik staje przed historycznym wyzwaniem. W tenisie jednak zwycięzca może być tylko jeden, a “ten drugi” musi zadowolić się samym byciem w finale. Ale ile takich lekcji trzeba otrzymać, aby w końcu samemu sięgnąć po tytuł? Dlaczego konsekwentna i solidna gra przestaje w takich momentach wystarczać? Czasami po prostu zderzasz się ze ścianą i mimo, że cały czas realizujesz swój plan taktyczny, nie spuszczając z tonu, schodzisz z kortu pokonany. Casper Ruud przekonał się o tym niejednokrotnie, kiedy w finałach wielkoszlemowych jego droga krzyżowała się z legendami pokroju Nadala, Djokovica czy Alcaraza.

27-letni Norweg ma już na koncie 14 singlowych tytułów rangi ATP. Trzykrotnie dochodził do finałów imprez Wielkiego Szlema, raz osiągał finał kończących sezon ATP Finals i przez kilka tygodni był nawet wiceliderem światowego rankingu. Jego pierwszych dziewięć z dziesięciu turniejowych triumfów miało miejsce na kortach ziemnych w turniejach ATP 250 (jeden to ATP 250 w San Diego na hardzie). Wielu zarzucało mu wtedy, że to wszystko na co go stać i wygranie czegoś większego może być wręcz niemożliwe.

Przełom nastąpił jednak w 2024 roku, kiedy to Ruud zdobył swój pierwszy tytuł wyższej rangi. Była to impreza ATP 500 w Barcelonie. W decydującym meczu pokonał wtedy Stefanosa Tsitsipasa i w końcu mógł cieszyć się z “dużego” tytułu. I ten właśnie sukces był dla Norwega czymś więcej niż kolejną pozycją w statystykach. Potwierdził on bowiem, że potrafi wygrać turniej wyższej rangi, ale jednocześnie wciąż czeka na ten jeden triumf, który zmieni wszystko.

Krok od historii

Nie można zapomnieć, że w tym czasie, gdy Ruud zdobywał swoje wszystkie tytuły osiągał przecież mnóstwo wielkich finałów. Przed wspomnianym sukcesem w stolicy Katalonii przegrał aż sześć niesamowicie istotnych pojedynków. Już tylko jeden krok dzielił go od końcowego zwycięstwa w Miami, Nowym Jorku, Acapulco, Monte-Carlo i dwukrotnie w Paryżu. To przez co musiał przejść, aby w końcu znaleźć się na najwyższym stopniu podium imprezy rangi ATP 500 jest naprawdę trudne do uwierzenia. A to wciąż “tylko” turniej o 500 punktów.

Najbliżej był chyba przed czterema laty w US Open. Przystępował wtedy do meczu jako pretendent do fotela lidera światowego rankingu i wcale nie był daleko od tego, by napisać historię. Po ponad trzech godzinach gry i czterech zaciętych setach musiał jednak uznać wyższość 19-letniego Carlosa Alcaraza, który podobnie jak Casper Ruud walczył wtedy o pierwszy wielkoszlemowy tytuł oraz o pozycję lidera światowych list. Kto wie, jak potoczyłaby się historia Carlitosa, gdyby to on przegrał tamto spotkanie?

Przegrał je jednak Norweg, dla którego był to moment, który mógł otworzyć mu drzwi do wielkości. Nie udało się, co tylko pokazało, jak cienka bywa granica pomiędzy historią a jej alternatywną wersją.

Bariera nie do przejścia

Pech chciał, że zawsze, kiedy dochodziło do decydującego starcia, Ruud spotykał na swojej drodze legendę albo tak jak w przypadku US Open: przyszłą legendę. W Paryżu trafił na Rafaela Nadala, który jest niezaprzeczalnie królem tamtejszych kortów. Hiszpan triumfował we francuskiej stolicy rekordowe czternaście razy, co jest absolutnie kosmicznym wyczynem i rekordem, który już nigdy nie zostanie pobity. Nic więc dziwnego, że mimo solidnej i konsekwentnej gry od początku do końca, Casper Ruud mógł niewiele zdziałać. Wola walki i światowej klasy umiejętności nie wystarczą w sytuacji, gdy twoim rywalem jest jeden z najlepszych w historii.

Rok później podobnie. Norweg dotarł do finału French Open i ponownie zderzył się ze ścianą. Co prawda mógł zrobić trochę więcej niż w starciu z “Królem kortów ziemnych”, ale wciąż było to zbyt mało, aby wygrać choćby seta. Grający w swoim trzydziestym czwartym finale wielkoszlemowym Novak Djokovic spokojnie, kontrolując przebieg spotkania zwyciężył nad jedenaście lat młodszym rywalem i sięgnął po dwudziesty trzeci tytuł, wychodząc na prowadzenie w klasyfikacji wszechczasów.

W finale ATP Finals w 2022 roku było bardzo podobnie. Jego przeciwnikiem również był Djokovic, który zakwalifikował się do imprezy jako siódmy. Ruud zagrał naprawdę dobre spotkanie, nie widać było w nim strachu, był solidny i regularny, a i tak musiał uznać wyższość serbskiego mistrza.

To były finały, w których Casper Ruud robił niemal wszystko poprawnie, poza jednym: nie potrafił przejąć kontroli. Choć formalnie jego występy były dobre i nie ulegał presji, czegoś wciąż brakowało. Trzeba mu jednak oddać, że za każdym razem walczył do końca i nawet w pozornie beznadziejnych momentach grał zgodnie ze swoimi taktycznymi założeniami.

I tu dochodzimy do sedna. Solidność, świetne przygotowanie fizyczne i trzymanie się planu to doskonała recepta na seryjne punktowanie i dojście do wielkiego finału, ale na jego wygranie – już niekoniecznie. Kiedy po drugiej stronie siatki stoi legenda, która w kluczowych momentach potrafi wrzucić wyższy bieg, sama regularność to po prostu za mało.

Żeby wyrywać tytuły z rąk takich graczy, trzeba dołożyć do tego odrobinę sportowej bezczelności. Zamiast przebijać i czekać na błąd rywala, trzeba samemu podjąć ryzyko, poszukać trudniejszego uderzenia i po prostu narzucić własne warunki gry. Ten ostateczny, wielkoszlemowy sprawdzian wciąż jest jednak przed nim, a czas pokaże czy zdoła w końcu wykrzesać z siebie ten brakujący, mistrzowski pierwiastek.

 

Ksawery Styka