Pożegnanie Karola Stopy
Tego głosu nie można było pomylić. Przez lata śledził i komentował największe turnieje tenisowe na antenach Eurosportu, Polsatu, TVP, Wizji TV i wielu innych polskich stacji telewizyjnych. Był człowiekiem-instytucją w polskim tenisie i wzorem, do którego próbowano dorównywać.
W czwartek odszedł nasz kolega i doskonały dziennikarz Karol Stopa.
To, z czego zapamiętam Karola, to obok doskonałego warsztatu komentatorskiego i perfekcyjnego niemal przygotowania do każdej transmisji były jego opowieści. Wielokrotnie spotykaliśmy się lub rozmawialiśmy przez telefon i Karol zawsze zaskakiwał mnie jakąś nową historią.
Czy to były przygody z wyjazdu na Australian Open sprzed 30 lat, czy też o prowadzeniu rubryki tenisowej w „Kurierze Polskim” na przełomie lat 80. i 90., gdzie opisywał nie tylko wielkie zmagania, ale i rodzące się lokalne ligi (na czele z Grand Prix Warszawy, gdzie sam grywał). Opowiadał o swojej pracy w Polskim Związku Tenisowym, gdzie przez pewien czas próbował zadbać (głównie bezskutecznie, jak sam mówił) o pozytywny wizerunek związku. Wreszcie mógł niejedno opowiedzieć o tworzących się nowych redakcjach sportowych w dziś potężnych korporacjach, a za jego czasów raczkujących wraz z nowym ustrojem.
Miał niebywałą lekkość słowa i fantastyczną umiejętność budowania narracji w czasie meczu tenisowego. Prowadził widza przez wszystkie meandry tego sportu z taką swobodą, że nawet po najnudniejszym spotkaniu widz wychodził z meczu z nową wiedzą. Jak nie o samych zawodnikach, to o historii tenisa, turnieju lub o zawiłościach technicznych wyjaśnionych w sposób niezwykle przystępny.
Był przy tym wyjątkowo pryncypialny w wyrażaniu swoich opinii, co niekiedy – jak choćby podczas sławetnej już wypowiedzi na tzw. „offie” o Arynie Sabalence podczas igrzysk olimpijskich w Tokio – sprowadzało na niego kłopoty. Tak ze strony szefów, jak i słuchaczy.
Ale Karol już taki był. Miał swoje zdanie i nie wahał się go głośno wyrażać. Przypomina mi się jego dyskusja, by nie powiedzieć kłótnia, z Wojciechem Fibakiem podczas transmisji z Australian Open 2005 roku. Trzeba było mieć przysłowiowe „cohones”, by w taką dyskusję o „błędzie stóp” z Fibakiem się wdać i do końca obstawać przy swoim. Zresztą, moim zdaniem, słusznie…
Karol był człowiekiem wielu talentów, bo obok doskonałego komentarza, także świetnie władał piórem, pisząc swego czasu chętnie i dużo. W archiwach „Tenisklubu” znajdują się do dziś jego felietony i artykuły, które pisywał, by przed ponad 20 laty wesprzeć nowopowstający magazyn tenisowy.
Dlatego, gdy myślę o Nim, to nie widzę w nim tylko dziennikarza tenisowego. Był jednym z ostatnich „ludzi renesansu” naszego zawodu, który dzięki wiedzy, przygotowaniu i fachowości dawał gwarancję, że po kontakcie z Karolem wychodziłeś bogatszy. O wiedzę, ale i o umiejętność postrzegania rzeczy, których wcześniej nie widziałeś. I tego chyba, obok samego Karola, najbardziej będzie mi brakowało…
RIP


