Tie-break Tenisklubu #77. Sabalenka i Sinner ukoronowani w Indian Wells

Artur Kobryn , foto: East News; PZT/Olga Pietrzak; Magdalena Gorlas

Artur Kobryn

Za nami pierwszy akt tegorocznego Sunshine Double. W Indian Wells triumfowali specjaliści od gry na kortach twardych, którzy jednak nigdy wcześniej nie zaznali smaku zwycięstwa w Kalifornii. W najnowszej odsłonie naszego cyklu przyjrzymy się także innym bohaterom tej imprezy oraz podsumujemy ostatnie występy dwójki naszych najbardziej utytułowanych reprezentantów.

 

Zawodnik tygodnia 

Jak na wyznaczone w ostatnich dwóch sezonach standardy, początek tego sezonu nie był specjalny udany dla Jannika Sinnera. Włoch nie tylko nie wygrał żadnej z dwóch pierwszych imprez, ale też ani razu nie dotarł do finału. W Indian Wells wszystko się jednak zmieniło. 24-latek z San Candido został poważniej przetestowany w czwartej rundzie przez Joao Fonsekę oraz w finale przez Daniła Miedwiediewa, ale za każdym razem rozstrzygał na swoją korzyść tie-breaki, demonstrując klasę i odporność mentalną w najistotniejszych momentach. W całych zmaganiach triumfował bez straty seta, co oznacza, że został pierwszym graczem, który w taki sposób wygrał dwa z rzędu turnieje Masters 1000. Zwycięstwo w Kalifornii oznacza też, że jako najmłodszy gracz w historii skompletował wszystkie najważniejsze trofea zawodów rozgrywanych na kortach twardych.

 

Zawodniczka tygodnia 

Wśród pan wybór również jest oczywisty. Wygrywając w Indian Wells Aryna Sabalenka wyrównała kilka rachunków. Przede wszystkim z samym turniejem, w którego finale przegrywała wcześniej dwukrotnie. Ponadto, z Jeleną Rybakiną, która pozbawiła ją ostatnio triumfów w Australian Open oraz Finałach WTA. Niewiele brakowało, aby uczyniła to ponownie, ale Białorusinka w wielkim stylu obroniła piłkę meczową w tie-breaku trzeciego seta i przechyliła szalę zwycięstwa na swoją stronę. Po fantastycznym spotkaniu, które zapewne znajdzie się w zestawieniu najlepszych w całym sezonie, 27-latka z Mińska mogła celebrować jubileuszowy, dziesiąty tytuł w imprezie rangi WTA 1000. W ten sposób przypieczętowała pełnię szczęścia po oświadczynach jej partnera, Georgiosa Frangulisa oraz powitaniu nowego, czworonożnego przyjaciela.

 

Polski akcent

Choć zmagania w Kalifornii nie skończyły się dla Igi Świątek ani wielkim sukcesem, ani spektakularną porażką, to echa jej występu nie milkną od kilku dni. Polka zanotowała tam dwa bardzo efektowne zwycięstwa nad Marią Sakkari i Karoliną Muchovą, ale nie był to zwiastun większego przełamania. Po raz trzeci w tym sezonie zakończyła bowiem turniej na etapie ćwierćfinału. Tym razem jej pogromczynią została Elina Switolina, co oznaczało piątą porażkę z rzędu w spotkaniu z zawodniczką z Top 10. Raszynianka znów zademonstrowała falującą dyspozycję i niestety gorsze oblicze przypadło także na decydującą odsłonę. Wspomniane echa dotyczą zaś jej zachowania i wybuchu złości w kierunku swojego sztabu szkoleniowego w końcówce meczu z Ukrainką. Ożywiło to na nowo dyskusje na temat jej zespołu i dało „paliwo” obserwatorom domagającym się w nim zmian.

 

Zaskoczenie tygodnia 

Tym razem to Danił Miedwiediew zapobiegł pierwszemu w tym sezonie oficjalnemu starciu Carlosa Alcaraza z Jannikiem Sinnerem. Rosjanin zasygnalizował co prawda wysoką formę, wygrywając w Dubaju, ale jego postawa w Kalifornii mogła zadziwić wielu kibiców. Wszystkie spotkania w drodze do finału zwyciężał bez straty seta, w tym to półfinałowe z aktualnym liderem światowego rankingu. 30-latek z Moskwy zaimponował w nim przede wszystkim agresywną grą, która dotąd nie była jego codziennością. Poparł ją swoimi głównymi atutami, czyli serwisem i defensywą, co zaszokowało nawet Alcaraza, który przyznał, że nie widział jeszcze Miedwiediewa w takiej dyspozycji. Do triumfu w całym turnieju to mu nie wystarczyło, ale wygląda na to, że druga młodość z nowym sztabem szkoleniowym może przynieść mu jeszcze niejeden duży sukces.

 

Powrót tygodnia

Mimo braku obrony wywalczonego przed rokiem tytułu, Jack Draper zasłużył na słowa uznania za swój występ na kalifornijskiej pustyni. Brytyjczyk, który w lutym wrócił do gry po pięciomiesięcznej przerwie spowodowanej kontuzją ramienia, dotarł do najlepszej ósemki zmagań. Największe wrażenie bezsprzecznie zrobiło jego zwycięstwo nad Novakiem Dźokoviciem w czwartej rundzie po tie-breaku decydującej partii. Spotkanie to było jednym z najlepszym w całym turnieju i przypomniało tenisowemu światu o potencjale Drapera. W następnej potyczce uległ już Miedwiediewowi, ale w perspektywie najbliższych występów ostatni tydzień z pewnością przyniósł mu wiele pozytywów.

 

Objawienie tygodnia

Po stronie pań cichą i nieoczywistą bohaterką imprezy została Talia Gibson. 21-letnia Australijka rozpoczęła w niej udział od kwalifikacji i zakończyła dopiero na ćwierćfinale. W Indian Wells zanotowała szereg przełomowych osiągnięć w skali swojej kariery. Do turnieju przystępowała mając na koncie porażki we wszystkich dziewięciu starciach z tenisistkami z Top 50 rankingu. W Kalifornii, na przestrzeni kilku dni, odniosła cztery takie wygrane, z czego trzy nad zawodniczkami z najlepszej dwudziestki – Jekateriną Aleksandrową, Clarą Tauson oraz Jasmine Paolini. W pojedynku o półfinał uległa po walce Lindzie Noskovej, co było jej pierwszym spotkaniem na tym etapie zawodów najwyższego szczebla rozgrywek WTA. Cały występ przyniósł jej także duży awans w rankingu i debiut w czołowej setce na 68. miejscu.

 

Rozczarowanie tygodnia

Niestety ponownie gościmy w tym miejscu Huberta Hurkacza. Wrocławianin, po szybkim pożegnaniu się z Indian Wells, po raz pierwszy od blisko siedmiu lat zdecydował się na start w imprezie challengerowej. Zejście na niższy poziom rozgrywkowy nie pomogło mu jednak w przerwaniu niekorzystnej passy oraz odbudowaniu pewności siebie. W dominikańskiej Cap Canie Polak zmierzył się na inaugurację z Włochem Mattią Belluccim i poniósł wyraźną porażkę. Tym samym do sześciu wydłużyła się jego seria przegranych pojedynków. Większej liczby meczów nie udało mu się rozegrać także w deblu, w którym wystąpił ze swoim sparingpartnerem oraz członkiem sztabu, Mateuszem Terczyńskim. Hurkacz ciągle nie jest więc w stanie nawiązać do świetnej dyspozycji zaprezentowanej w United Cup i nasze obawy o jego kolejne występy tylko narastają.