Wolę przegrać i wyciągnąć wnioski – w rozmowie z Tenisklubem mówi mistrzyni Polski młodziczek

Ksawery Styka , foto: Archiwum prywatne

Coraz lepsze wyniki, rosnąca pewność siebie i odważne podejście do rywalizacji – tak Sonia Antczak, mistrzyni Polski młodziczek, w rozmowie z Ksawerym Styką opowiada o swojej tenisowej drodze, emocjach towarzyszących najważniejszym meczom oraz o
tym, jak radzi sobie z presją i łączy sport na wysokim poziomie z codziennymi obowiązkami szkolnymi.

 

W połowie marca zagrałaś w Pszczynie w gronie kadetek (U16). Dotarłaś do finału w
singlu i wygrałaś debla. Jakie wrażenia towarzyszą Ci po tym turnieju?

– Wrażenia są bardzo pozytywne. Przed rokiem też grałam w tym turnieju i wtedy doszłam w singlu do ćwierćfinału, więc widać, że praca na treningach przynosi efekty. Jeśli chodzi o debla, nie czułam presji i mam wrażenie, że kontrolowałyśmy wynik, zresztą bardzo lubię grać turnieje deblowe.

Dlaczego z deblem poszło tak łatwo? Kwestia dobrej partnerki?

– Zdecydowanie. Świetnie się rozumiemy na korcie z moją partnerką – Kają Górą. Grałyśmy już razem wiele razy, a niedługo nawet lecimy wspólnie na obóz na Majorkę.

A dlaczego w zeszłym roku zdecydowałaś się grać w Pszczynie, skoro to nie była jeszcze
Twoja kategoria wiekowa?

– Bardzo lubię tamtejsze korty i pomyślałam, że to świetna okazja, żeby się rozegrać. Ten turniej zaczyna się od fazy grupowej, co daje szansę na więcej spotkań niż w cyklu Tennis Europe, gdzie od razu gra się w systemie pucharowym. Dzięki temu miałam zagwarantowane
trzy mecze z bardziej doświadczonymi dziewczynami.

W tym roku w turnieju singlowym nie przegrałaś seta aż do finału, prawda?

– Zgadza się. To pokazuje, że w tym roku poszło mi zdecydowanie lepiej, ale zwłaszcza mecz w półfinale był bardzo wyrównany w pierwszym secie wygranym 7/6.

W grupie pewnie się nie stresowałaś, a jak było w finałowej drabince? Stres rósł z każdym kolejnym meczem?

– Na początku czułam delikatny stres, ale z czasem było coraz łatwiej, bo łapałam swój rytm. No i zaczęłam wygrywać, co też pomagało [śmiech].

Czy przez ostatni rok coś zmieniło się w Twojej grze? Jest jakaś jedna rzecz, którą wyraźnie poprawiłaś?

– Myślę, że przygotowanie mentalne, potocznie mówiąc: „głowa”. Zaczęłam bardziej świadomie podchodzić do mojej gry i techniki. Wiem już, na czym polegają pewne mechanizmy. Chociaż muszę przyznać, że ciągłe analizowanie momentami wręcz mi przeszkadzało, bo za bardzo skupiałam się na detalach. Zamiast grać na luzie, analizowałam każdy drobny błąd przy forhendzie. To trochę zaburzyło moją grę, ale teraz staram się wrócić do naturalnego rytmu. A jeśli chodzi o konkrety, to na pewno poprawiłam bekhend – uderzam znacznie pewniej, rzadziej psuję proste piłki i potrafię nim grać regularnie i z dużą mocą.

Myślisz nad techniką przed każdym uderzeniem, czy to już wychodzi automatycznie?

– Miesiąc temu miałam lekki kryzys techniczny z forhendem i wtedy faktycznie podczas każdego turnieju za dużo myślałam o chwycie i ustawieniu nóg. Na szczęście teraz to wszystko znów wychodzi automatycznie.

Porozmawiajmy o ostatnich Halowych Mistrzostwach Polski, które wygrałaś w styczniu. To idealne zwieńczenie startów w kategorii U14?

– Tak, chociaż to nie jest moje ostatnie słowo, jeśli chodzi o Mistrzostwa Polski, bo przed nami jeszcze edycja letnia, na której również postaram się powalczyć o dobry wynik.

Archiwum prywatne

 

W zeszłym roku też w nich grałaś?

– Tak, w ubiegłym roku wygrałam letnie w deblu grając w parze z Tosią Zielińską, z którą – swoją drogą – przegrałam w singlu, natomiast podczas halowych przebijałam się przez eliminacje i doszłam do ćwierćfinału w grze pojedynczej. Ale w tym roku zagrałam w Kozerkach dobry turniej i jestem z siebie zadowolona szczególnie z powodu utrzymania presji turniejowej “jedynki” i realizacji założeń taktycznych określonych przez trenera Pawła Motylewskiego.

Który z tych tytułów jest dla Ciebie ważniejszy? Wygrana w singlu czy w deblu?

– Cenniejsze są dla mnie zwycięstwa w singlu, ponieważ wtedy wiem, że wszystko leży w moich rękach. W deblu działamy z partnerką jako drużyna, więc nie mam pełnej kontroli nad każdą piłką. W singlu jestem zdana sama na siebie, dlatego indywidualna wygrana daje mi więcej radości. Czuję, że to w pełni mój sukces i mogę być z siebie dumna.

Chyba że masz dobrą partnerkę w deblu, tak jak mówiłaś na początku?

– Oczywiście, wtedy gram z dużą przyjemnością. A z partnerką – Karoliną Pitry, nie przegrałyśmy jeszcze żadnego wspólnego meczu w kategorii U14.

Po wygranej w Mistrzostwach Polski w Kozerkach powiedziałaś, że to dla Ciebie wyjątkowe miejsce – zdobyłaś tam też złoto do lat 12 i wygrałaś jesienią turniej Tennis Europe. Czy te korty mają w sobie coś specjalnego?

– Panuje tam świetna atmosfera, a ja znam mnóstwo osób. Czuję się tam bardzo swobodnie. Na turniejach zagranicznych, na przykład w Niemczech czy Czechach, na początku zawsze tracę trochę energii na odnalezienie się na nowym obiekcie – szukam szatni, kortów. W Kozerkach czuję się jak u siebie: po prostu wchodzę na kort, robię swoje i zazwyczaj wygrywam.

A jak wyglądała Twoja droga do tytułu w jesiennym turnieju Tennis Europe w Kozerkach? Było trudniej niż na Mistrzostwach Polski?

– Droga była naprawdę wymagająca. Przełomowym momentem był ćwierćfinał. Miałam ogromne wsparcie kibiców, co bardzo mnie budowało. Pierwszego seta wygrałam 6:2, drugiego niestety przegrałam. Pamiętam też zabawną sytuację, kiedy urwały mi się w butach sznurówki i musiałam je pożyczyć od trenera [śmiech]. W trzecim secie doszło do tie-breaka i wtedy poczułam to potężne wsparcie trybun. Grałam z zawodniczką z Indii, więc publiczność mocno dopingowała mnie.

Archiwum prywatne

Twoja rywalka była rozstawiona z „jedynką”, prawda?

– Tak i cały mecz, jak i decydujący tiebreak były bardzo emocjonujące. W tie-breaku początkowo przegrywałam, ale zdołałam wyciągnąć na 6:4. Pamiętam, że w tamtym momencie zapytałam tatę o wynik, bo przez hałas na trybunach wpadłam w taki trans, że straciłam w ogóle jakąkolwiek orientację. Ostatecznie wygrałam. W półfinale trafiłam na czołową w kategorii U14 zawodniczkę z Czech, co skończyło się kolejnym, trudnym, trzysetowym bojem. Kluczem okazała się moja dobra gra przy siatce. Znałam tę dziewczynę wcześniej – przegrałam z nią kiedyś na mistrzostwach do lat 10. Rewanż smakował więc tym bardziej wyjątkowo. A elementem decydującym była dyscyplina taktyczna i tak zwana gra do przodu z częstymi dojściami do siatki.

A co działo się w finale? Gładko przegrałaś pierwszego seta, by potem po walce wygrać
dwa kolejne.

– Tego dnia czułam, że potrzebuję na korcie tylko obecności trenera. Zupełnie inaczej niż w ćwierćfinale, gdzie tłum mi pomagał. W finale zależało mi na maksymalnym skupieniu, do tego stopnia, że po pierwszym przegranym secie poprosiłam nawet rodziców o opuszczenie trybun [śmiech].

Często wypraszasz rodziców z trybun?

– Zdarza mi się, chociaż częściej tatę niż mamę. To pomogło, bo drugą partię wygrałam.

A w trzecim secie prowadziłaś już 5:0…

– Zgadza się. Miałam sporą przewagę, ale rywalka zaczęła nagle grać dużo lepiej i zrobiło się 5:4. Wtedy pomyślałam: „dobra, pora to skończyć”. Obie z Kają Górą zagrałyśmy ten finał bardzo agresywnie i na wysokim poziomie. Przy piłce meczowej miałam problem z domknięciem seta z głębi kortu, ale zdecydowałam się pójść do siatki i zagrać woleja. To przyniosło punkt. Po meczu krzyknęłam z radości tak głośno, że aż mi się trochę głupio zrobiło [śmiech].

Archiwum prywatne

Jak radzisz sobie mentalnie z presją podczas takich meczów?

– Najtrudniejsze w tym finale było to, że tego samego dnia rano grałyśmy z Kają razem w debla. Chwilę po wspólnym występie musiałyśmy stanąć naprzeciwko siebie jako rywalki po dwóch stronach siatki. To było dość specyficzne uczucie. Poza tym odczuwałam pewien niepokój po pierwszym secie, bo miałyśmy już okazję zagrać wcześniej i wtedy gładko przegrałam. Miałam obawy, że zejdę z kortu z podobnym wynikiem. To jednak zadziałało na mnie mobilizująco. Zastosowałam też swoją stałą rutynę, po którą sięgam zawsze po przegranym secie.

Zdradzisz nam, jaka to rutyna? Coś z Rafy Nadala może?

– Cóż, to całkiem podobne nawyki, ale szczegóły zachowam dla siebie [śmiech]. Wracając do finału: ta początkowa presja później ze mnie zeszła. Powróciła dopiero w końcówce trzeciego seta, kiedy zdałam sobie sprawę, że tracę pewne prowadzenie 5:0. Oddanie takiego meczu mocno by bolało, więc za wszelką cenę chciałam tego uniknąć.

Archiwum prywatne

Zdarza Ci się rzucić rakietą ze złości?

– Co ciekawe, pierwszy raz w życiu rzuciłam rakietą właśnie podczas tamtego finału. Miałam wystawioną prostą piłkę na smecza, uderzyłam idealnie, ale niestety zahaczyłam nogą o siatkę. Sędzia to wyłapał i przyznał punkt rywalce. Wtedy puściły mi nerwy i rzuciłam rakietą w kierunku ściany. Obyło się bez ostrzeżenia, a to wyrzucenie emocji przyniosło mi sporą ulgę i od razu złapałam lepszy rytm.

Czyli spokój i opanowanie to nie zawsze Twoja najmocniejsza strona?

– Staram się nie wyciszać aż za bardzo. Kiedy całkowicie odcinam się od emocji, tracę swoją dynamikę na korcie. Lubię być żywiołowa, krzyknąć „Come on!” czy „Jazda!” po dobrym zagraniu, żeby dodatkowo się zmotywować.

Niektórym graczom do lepszej gry potrzebne są negatywne emocje i prowokacje z trybun. Też tak masz?

– Szczerze mówiąc, u mnie to nie działa. Musiałabym mieć naprawdę koszmarny dzień, żeby negatywne emocje pchnęły mnie do lepszej gry. Kiedyś tata próbował mnie pobudzić, celowo wywołując u mnie taką sportową złość. Zupełnie to nie poskutkowało, wręcz przeciwnie, rozbiło mnie to na korcie. Poprosiłam go więc, żeby zamiast tego raczej motywował mnie w sposób oparty wyłącznie na pozytywach.

Często mierzysz się z zawodniczkami, których wcześniej nie znałaś. Wolisz grać z nowymi rywalkami, czy czujesz się pewniej, znając przeciwniczkę?

– Gra z nowymi zawodniczkami to dla mnie rutyna. Niestety, w moim klubie nie mam rówieśniczki na podobnym poziomie, więc brakuje mi codziennej rywalki do sparingów. Zawsze jednak lubię wyzwania. Z kolei, gdy wygrywam z kimś kilka razy z rzędu, czuję większą presję, żeby utrzymać tę dobrą passę.

Z którą nacją gra się najciężej? Wiele mówi się o świetnym czeskim systemie szkolenia młodych tenisistów/tenisistek.

– Z mojego doświadczenia, trudno gra się w kategoriach U12 z zawodniczkami z Rumunii, których warunki fizyczne w wieku dwunastu lat potrafią zaskoczyć [śmiech]. Rywalizacja z reprezentantkami Czech także jest niezwykle wymagająca ze względu na ich wszechstronną grę na korcie. Trzeba jednak pamiętać o różnicach w infrastrukturze w Czechach i w Polsce. U nas kortów jest mało i są drogie, a w Czechach tenis jest o wiele bardziej powszechny. Korty są tam w każdym mieście i są bardziej dostępne, co daje im znacznie szerszą bazę młodych adeptów tenisa. Według mnie w Polsce powinno być podobnie.

Kto zazwyczaj towarzyszy Ci podczas turniejów?

– Rzadko wyjeżdżam tylko z trenerem, ponieważ ma on pod opieką również innych zawodników. Najczęściej jeżdżą ze mną rodzice, a sporadycznie brat. Bardzo lubię, gdy ze mną jest – świetnie mnie dopinguje i pomaga w rozgrzewkach, choć sam w tenisa nie gra. Kiedyś próbował, ale teraz postawił raczej na golfa. [śmiech].

Lecisz niedługo na Majorkę. Rodzice jadą z Tobą?

– Nie, tym razem jadę pod opieką trenerów obozowych, ale też z Kają Górą – moją deblową partnerką z Pszczyny i z Julią Dębicką, z którą przegrałam w finale. Równolegle odbywa się zgrupowanie kadry narodowej U14, ale postawiłam na Majorkę. Wyjazdy na kadrę są wspaniałe, ale na Majorce mam szansę trenować ze starszymi, mocnymi zawodniczkami i rozpocząć grę na kortach otwartych szykując się na pierwsze turnieje Tennis Europe w tym roku.

Archiwum prywatne

Czyli wolisz przegrać i się czegoś nauczyć?

– Zdecydowanie tak. Cenię mecze, w których przegrywam, bo mogę z nich wyciągnąć najwięcej wniosków. Gładkie zwycięstwa w stosunku 6:0, 6:0 uczą mnie znacznie mniej, a też utrzymanie stuprocentowej koncentracji przez cały taki mecz jest ogromnie trudne. Umiem utrzymać pełne skupienie przez kilka gemów, ale potem pojawia się naturalny spadek i zaczynają się błędy.

Jak godzisz tak intensywne treningi z nauką?

– Bywa bardzo trudno. Szkoła robi, co może: mam indywidualny tok nauczania. Choć ostatnio zablokowano mi dostęp do e-dziennika przez zbyt niską frekwencję [śmiech]. Wykorzystuję na naukę każdą wolną chwilę. Kiedy pojawiam się w szkole choćby na parę godzin, staram się od razu nadrobić zaległe sprawdziany. Ostatnio w jednym tygodniu zaliczyłam aż sześć. Nauczyciele na szczęście są bardzo wyrozumiali. Wyjątkiem jest pani od WF-u – uważałam, że uprawianie sportu wyczynowego powinno zwalniać mnie z niektórych zaliczeń, ale tu nie ma taryfy ulgowej [śmiech].

Jak wygląda Twój standardowy dzień treningowy?

– Zwykle zaczynam od godzinnej rozgrzewki na bieżni i własnej rutyny ćwiczeniowej. Później gram dwie godziny w tenisa, robię przerwę na obiad, a po południu idę na siłownię pod okiem trenera od motoryki – Krzysztofa Chmielnika, po czym spędzam na korcie kolejne dwie godziny. Wychodzi około pięciu godzin treningu dziennie. Trzy dni w tygodniu trenuję dwa razy dziennie, a w pozostałe dwa dni mam luźniejszy grafik, ponieważ tenisa trenuję dwie godziny plus jedną godzinę spędzam jeszcze na siłowni.

To ogromne obciążenie, a do tego dochodzą wyjazdy na turnieje.

– Owszem, jest tego dużo. Dlatego preferuję turnieje z cyklu Tennis Europe nad te krajowe, ponieważ tam rozgrywamy z reguły jeden, maksymalnie dwa mecze dziennie. Na turniejach PZT bywa, że trzeba zagrać trzy mecze jednego dnia, co czasem jest sporym obciążeniem dla organizmu i wpływa na jakość gry.

Karierę widzisz w singlu czy w deblu?

– Na tym etapie chcę rywalizować w obu formatach, bo debel daje mi mnóstwo frajdy i pozwala (przy mniejszej presji) trenować schematy i uderzenia potrzebne również w singlu. Startowanie w deblu ma też ten plus, że w przypadku potknięcia w singlu, wciąż masz w turnieju o co walczyć. Docelowo jednak swoją zawodową ścieżkę widzę przede wszystkim w grze pojedynczej.

Od kiedy grasz w tenisa?

– Moja pierwsza styczność z tenisem to wizyta z tatą na korcie, gdy miałam pięć lat. Oglądałam wtedy jego mecze. Poważniejsze próby zaczęły się rok później, najpierw od odbijania o ściankę. Gdy przeprowadziliśmy się do Warszawy, zaczęłam uczestniczyć w szkółkach. Traktowałam to jako świetną zabawę, ale z czasem trenerzy zwrócili na mnie uwagę. Udało się dostać na zajęcia prowadzone przez trenera Pawła Motylewskiego w Europejskim Centrum Tenisowym w Mysiadle i można powiedzieć, że od dziesiątego roku życia trenuję w pełni wyczynowo.

Dlaczego akurat tenis?

– Ciągnęło mnie do aktywności fizycznej. Uważam, że ruch to zdrowie, więc gdyby nie wyszło z tenisem, z pewnością znalazłabym pasję w innej dyscyplinie. Tenis urzekł mnie jednak swoją indywidualnością. Na korcie ponoszę pełną odpowiedzialność za wynik. Kontroluję każdy aspekt mojej gry, co motywuje mnie do rozwoju. Praca w drużynie bywa frustrująca, bo wynik nie zależy w pełni od ciebie. Ja mam naturę indywidualistki. No i szczerze mówiąc, znacznie bardziej podoba mi się wizja stawania na podium samej, bez konieczności dzielenia go z całą drużyną [śmiech].

 

Rozmawiał: Ksawery Styka

***

Sonia Antczak (rocznik 2012) to obecna liderka krajowego rankingu PZT w kategorii młodziczek (U14), na co dzień reprezentująca Europejskie Centrum Tenisa w Mysiadle. Do jej największych osiągnięć należą podwójne halowe mistrzostwo Polski do lat 14 (w singlu i deblu), złoto mistrzostw kraju do lat 12 oraz triumfy w międzynarodowych turniejach z cyklu Tennis Europe. Mimo młodego wieku, zawodniczka regularnie i z sukcesami rywalizuje już także w wyższej kategorii kadetek (U16), wyrastając na jedną z najzdolniejszych polskich tenisistek młodego pokolenia.