Finał US Open: Sabalenka i Rybakina, ustępująca i nowa liderka rankingu
W finale singla kobiet w US Open zagrają Aryna Sabalenka i Elena Rybakina, ustępująca i nowa liderka rankingu WTA. Białorusinka broni tytułu, choć wiadomo już, że przynajmniej na chwilę ustąpi miejsca na tronie swojej sobotniej rywalce. Obie doszły do finału w wielkim stylu, gładko przechodząc pierwsze rundy i wytrzymując ciśnienie w bojach z klasowymi rywalkami w decydujących fazach turnieju – obiektywnie to starcie dwóch najlepszych obecnie zawodniczek na kortach twardych.
Turniej potwierdził wysoki poziom światowej czołówki i rosnącą powtarzalność wyników najlepszych zawodniczek. Cztery najwyżej rozstawione tenisistki grały w półfinałach wielkoszlemowego turnieju ostatni raz na Wimbledonie w 2009 roku, a w US Open jeszcze wcześniej, w 1975, gdy kort dzieliły takie legendy jak Chris Evert i Martina Navratilova. To również pierwszy od 1994 roku przypadek, gdy te same zawodniczki spotykają się w finałach obu wielkoszlemowych turniejów na twardej w jednym sezonie – poprzednio w finałach Australian Open i US Open zmierzyły się Steffi Graf i Arantxa Sánchez Vicario.
O prowadzenie w rankingu walczyły wszystkie cztery półfinalistki, ale rozstrzygnęło się ono już po ćwierćfinałach. Elena Rybakina zachowała wtedy zimną krew, odrobiła stratę seta i wygrała zacięte trzysetowe spotkanie z Qinwen Zheng – mistrzynią olimpijską, która grała w Nowym Jorku jako kwalifikantka i zapisała się w historii, odwracając mecze z Igą Świątek i Madison Keys ze stanu 0:5 w secie. Kto zakończy sezon jako liderka, pozostaje kwestią otwartą, ale półfinały, w których Rybakina I Sabalenka wyeliminowały Coco Gauff i Jessicę Pegulę, pozwoliły im odskoczyć rywalkom w rankingu WTA Race i umocniły je w roli dwóch głównych kandydatek do prymatu na koniec roku.
Rybakina: chłodna głowa w dwóch meczach pod presją
Poza liczbami ogromną rolę w sukcesie Rybakiny w tych dwóch tygodniach odegrała odporność psychiczna. Kazaszka, nazywana potocznie „Ice Queen”, niemal nigdy nie okazuje emocji wokół tego, co dzieje się na korcie, nawet przy przełomowych osiągnięciach w rodzaju wielkoszlemowego tytułu czy objęcia prowadzenia w rankingu. Ta postawa była kluczem do wygrania dwóch ostatnich meczów, rozegranych pod ogromną presją.
Cała narracja wokół ćwierćfinału z Zheng toczyła się wokół możliwości zapewnienia sobie pozycji liderki. Mecz nie układał się po myśli Kazaszki: przegrała pierwszego seta, a choć w drugim pokazała swoje mocne strony, trzeci mógł potoczyć się rozmaicie. Przy stanie 3:4 Rybakina broniła break pointa i pokazała stalowe nerwy, kończąc wymianę pewnym zagraniem wygrywającym. Podobnie było w kilku innych sytuacjach, gdy wynik nie szedł w jej stronę, a ona wyciągała w trakcie wymian zagrania wyglądające na ryzykowne, które kończyły się efektownymi punktami.
Prawdziwym testem nerwów okazał się jednak półfinał z Gauff. Wypełniony po brzegi, żywiołowy Arthur Ashe Stadium dopingował w całości swoją rodaczkę, co wywierało na Kazaszce dużą presję. Na dodatek Amerykanka od początku neutralizowała jej atuty, grając bardzo głęboko przy returnie i doskonale pozycjonując się w obronie. Rybakina musiała zmienić podejście i wyraźnie podnieść jakość zagrań: w pierwszym secie popełniła aż 18 błędów niewymuszonych, w dwóch kolejnych już odpowiednio 10 i 11. Choć serwis pozostaje jej najmocniejszą stroną, szczególnie w dwóch ostatnich setach sprawiała Amerykance problemy również returnem, spychając ją do defensywy zagraniami blisko linii końcowej.
W decydującym secie serwowała przy stanie 5:3 i została przełamana, ale nie spanikowała – w kolejnym gemie wypracowała przełamanie, które zadecydowało o jej awansie do finału. Oba mecze, z Zheng i z Gauff, wygrała po przegranym pierwszym secie. Elastyczność taktyczna i chłodna głowa pozwoliły jej przejść spotkanie trudne zarówno tenisowo, jak i emocjonalnie.
Sabalenka: cierpliwość zamiast szarży
Mimo bardzo gładkiego wejścia w turniej Sabalenka również musiała się napracować w decydujących fazach, zwłaszcza w ćwierćfinale. Do tej rundy doszła bez straty seta, ale czekała tam na nią świeża mistrzyni Wimbledonu Linda Noskova. W trzeciej partii Białorusinka znalazła się pod ścianą, przegrywając 2:4 z przełamaniem. Zachowała jednak zimną krew: szybko odrobiła stratę, przełamując Czeszkę do zera, a potem mądrze konstruowała punkty w super tie-breaku.
Sabalenka przetrwała nawałnicę Noskovej, która zagrała aż 18 asów i 46 zagrań wygrywających przy jedynie 25 błędach niewymuszonych – to był mecz na bardzo wysokim poziomie. Znana z siły uderzeń Białorusinka potrafiła nie szarżować i cierpliwie budować punkty, gdy zachodziła taka potrzeba. Ta sama strategia dała doskonały efekt w półfinale z Pegulą: Sabalenka rozegrała przy własnym podaniu tylko 6 pressure points, wygrywając 5 z nich, w tym jedynego break pointa, i kompletnie zdominowała drugi serwis rywalki, biorąc aż 74 procent punktów po jej drugim podaniu.
Serwis i statystyki
Na tle pozostałych zawodniczek, które dotarły do decydujących faz turnieju, obie finalistki wyraźnie się wyróżniały. Serwują mocno i skutecznie: Rybakina ma w tym turnieju 42 asy, Sabalenka 39, w tym 12 w ćwierćfinale z Noskovą i 7 w półfinale z Pegulą.
Rybakina ani razu nie zeszła w Nowym Jorku poniżej 75 procent skuteczności pierwszego podania, notując choćby 87 procent z Naomi Osaką w czwartej rundzie i 80 procent z Zheng w ćwierćfinale, którego stawką było prowadzenie w rankingu. Sabalenka ma w tym turnieju niższe wartości punktów po pierwszym podaniu, ale jej serwis nadal pozostaje bardzo skuteczny – w półfinale z Pegulą broniła tylko jednego break pointa i nie straciła podania. Ma też nieco lepsze liczby przy drugim serwisie, co jest istotne o tyle, że trafia pierwszym podaniem znacznie rzadziej od Kazaszki, zarówno w tym turnieju, jak i w całym okresie rankingowym – różnica sięga 7-8 punktów procentowych na korzyść Białorusinki.
Rybakina eksponuje w tych dwóch tygodniach swoje najmocniejsze strony, ale patrząc na liczby, to Sabalenka jest bardziej uniwersalna i tworzy więcej zagrożenia na korcie, z wyśmienitymi wynikami przy returnie. Wygrała 65 procent punktów po drugim podaniu rywalek i 40 procent gemów returnowych – to ogromne liczby, wyraźnie wyższe niż jej własne z ostatnich 52 tygodni, co wskazuje, że przywiozła do Nowego Jorku swoją najlepszą formę.
W szerszym przekroju statystyki obu zawodniczek są bardzo wyrównane, a niewielkie przewagi po obu stronach dobrze odzwierciedlają ich znane atuty. Rybakina świetnie korzysta z pierwszego serwisu i doskonale broni break pointów, Sabalenka ma nieznaczną przewagę w poszczególnych składowych returnu, wygrywa o kilka procent więcej gemów przy podaniu rywalek i tworzy około 0,3 pressure points więcej na gem returnowy. Mimo słabego jak na siebie sezonu na kortach ziemnych i trawiastych Białorusinka ma też odrobinę lepszy bilans w całym okresie rankingowym: w tym roku zanotowała tylko 8 porażek, a na twardej zaledwie trzy. Jedna z nich ważyła jednak bardzo dużo, bo była to przegrana z Rybakiną w finale Australian Open, która miała kolosalny wpływ na zmianę na pozycji liderki rankingu, dokonującą się w najbliższy poniedziałek.
Osiemnasty pojedynek, siódmy finał
Sabalenka i Rybakina znają się bardzo dobrze – to będzie ich osiemnaste spotkanie w cyklu WTA. Białorusinka prowadzi w bilansie bezpośrednich pojedynków 10-7, ale więcej niż same liczby waży ranga tych meczów. Obie od kilku sezonów stanowią o sile kobiecej czołówki i ich starcia są zawsze walką wagi ciężkiej. Tylko raz trafiły na siebie we wcześniejszej rundzie niż ćwierćfinał, na Wimbledonie w 2021 roku; wszystkie kolejne czternaście spotkań to mecze decydujących faz dużych turniejów albo WTA Finals.
W sobotę zagrają siódmy wspólny finał, trzeci wielkoszlemowy. Sabalenka wygrała w trzech setach finał Australian Open w 2023 roku, a w tym sezonie Rybakina zrewanżowała się jej, fantastycznie rozpoczynając rok i sięgając po drugi wielkoszlemowy tytuł w karierze. Nastąpiło to niemal trzy miesiące po poprzednim dużym finale między nimi, w którym Kazaszka wygrała WTA Finals. Rewanż przyszedł szybko: Sabalenka pokonała ją w pasjonującym finale Indian Wells, rozstrzygniętym 8:6 w tie-breaku trzeciego seta, w którym obie miały po piłce meczowej. To był początek jej marszu po dublet Indian Wells i Miami – w półfinale na Florydzie ponownie ograła Rybakinę, tym razem dość gładko w dwóch setach, w ich ostatnim dotychczasowym pojedynku.
Ich mecze to historia wzlotów i upadków po obu stronach. Rybakina nie wykorzystała piłki meczowej w finale Indian Wells, a jeszcze bardziej dramatyczny przebieg miał ćwierćfinał zeszłorocznego turnieju WTA 500 w Berlinie, kiedy Sabalenka odwróciła losy decydującego tie-breaka, przegrywając w nim 2:6 i wygrywając sześć piłek z rzędu.
W sobotę każda z nich gra jednak o co innego. Sabalenka broni tytułu i szansy na to, żeby oddanie prowadzenia w rankingu okazało się przystankiem, a nie zwrotem; Rybakina, mając pozycję liderki już zapewnioną, całą uwagę może skierować na tytuł.
Maciej Myrta





