Absolutna dominacja Jannika Sinnera. Czy Włoch zapomniał, jak się przegrywa?

Ksawery Styka , foto: Peter Figura

Ksawery Styka

Ostatnie miesiące w światowym tenisie są dla kibiców jak jedno wielkie déjà vu. Rozpoczyna się wielki turniej, a kilkanaście dni później puchar wznosi Jannik Sinner. Po porażkach w Australian Open i w Dosze Włoch wszedł na poziom kompletnie nieosiągalny dla reszty stawki i królował we wszystkich pięciu dotychczasowych turniejach rangi ATP Masters 1000. Nie miało znaczenia jaka była nawierzchnia i jaki był przeciwnik –  on po prostu wychodził na kort i wygrywał.

Niesamowita seria lidera światowego rankingu trwa w najlepsze. Włoch ma już na koncie 29 kolejnych zwycięstw w zawodowym tourze, a jeśli liczyć tylko turnieje ATP 1000, to nawet 34. Nikt nie jest w stanie go zatrzymać, a przez zdecydowaną większość pojedynków przechodzi w zaskakująco szybkim tempie. Dotychczas w sezonie 2026 Sinner poniósł tylko dwie porażki: z Novakiem Dżokoviciem w półfinale w Melbourne i z Jakubem Mensikiem w ćwierćfinale turnieju w Doha.

Z każdym kolejnym meczem Tyrolczyk bije coraz to więcej rekordów ustanowionych niegdyś przez członków „Wielkiej Trójki”. Czy to, jeśli chodzi o same wygrane spotkania, czy o triumfy w turniejach, a nawet w kwestii przewagi punktowej na szczycie rankingu ATP, która zaczyna przypominać najbardziej kosmiczne sezony Novaka Djokovica.

Niezwykła regularność

Osiągnięcia Sinnera, przestały być zwykłymi sukcesami sportowymi. To absolutna anomalia. Jego tenis opiera się na powtarzalności, na niesamowicie skutecznej adaptacji do panujących warunków. Przejście z amerykańskiego betonu na wolną, bardziej wymagającą fizycznie, europejską mączkę to dla wielu graczy najtrudniejszy moment sezonu. Wymaga zmiany poruszania się, sposobu rozgrywania punktów, siły uderzeń, a nawet zmiany samego myślenia i strategii na korcie. Sinner tej zmiany jakby nie zauważał. Z każdym kolejnym odbiciem piłki wymazuje z tabel kolejne osiągnięcia swoich poprzedników.

Triumfując w Rzymie, zastąpił w historycznych statystykach rekord Serba z 2011 roku, wynoszący 31 wygranych z rzędu w „tysięcznikach”. Został pierwszym tenisistą w historii Ery Open, który w jednym roku kalendarzowym zgarnął pięć pierwszych turniejów Masters z rzędu: Indian Wells, Miami, Monte Carlo, Madryt i Rzym. Zrobił to, czego nie potrafili dokonać w swoich najlepszych latach Federer, Nadal, ani Dżoković.

Bez wiary

Włoch nie tylko wygrywa. On odbiera nadzieję. Najbardziej frustrujący dla rywali jest fakt, że w większości spotkań Włoch zdaje się nie napotykać żadnej przeszkody, nie zdarza mu się żaden kryzys, a do zwycięstwa zmierza z niezachwianą wiarą, że nic mu nie przeszkodzi w osiągnięciu celu. We wszystkich pięciu tegorocznych finałach imprez Masters Sinner nie stracił nawet jednego seta.

W Madrycie wręcz upokorzył Alexandra Zvereva, oddając mu w meczu o tytuł zaledwie trzy gemy (6:1, 6:2). Mowa o Niemcu mierzącym prawie dwa metry, serwującym bomby z prędkością 220 km/h, wielokrotnym mistrzu na ceglanej mączce i finaliście turnieju wielkoszlemowego na tej nawierzchni. Zverev wyglądał na korcie jak junior, który przez pomyłkę zaplątał się na trening seniorów.

Sinner nie pozwala rywalom na „ich” grę. Spycha ich do defensywy już od pierwszej piłki. Narzuca swoje warunki i na tych warunkach wygrywa. I właśnie to jest chyba w tym wszystkim najgorsze – nikt nie ma w meczach z liderem rankingu punktu zaczepienia.

Jedyny trudny moment

Od lutowej porażki z Mensikiem w Doha Włoch wygrywa, a wszyscy wokół czekają na moment, gdy przyjdzie kryzys. Bo przecież kiedyś musi, prawda? Taki moment przyszedł w półfinale turnieju w Rzymie, w starciu z Daniilem Medvedevem. To był jedyny mecz, w którym maszyna zacięła się na dłużej. Sinner wyglądał źle. Był blady, wyraźnie zmagał się z własnym ciałem, z każdą kolejną wymianą brakowało mu tchu. Rosjanin, który rywalizuje w głównym tourze już wiele lat doskonale to widział. Próbował bezlitośnie to wykorzystać, przeciągając wymiany w nieskończoność. Efekt? Włoch zacisnął zęby. Do gry weszła jego niesamowita wola walki i chęć zwycięstwa. Po raz kolejny pokazał swoją ogromną siłę mentalną i spokój, którego wielu tenisistów mogłoby się od niego uczyć.

Przezwyciężył fizyczny kryzys, złapał drugi oddech, zagrał kilka spektakularnych punktów i ostatecznie wyrwał zwycięstwo z rąk Rosjanina. To był dla reszty stawki sygnał gorszy niż deklasacja Zvereva w hiszpańskim finale. Wniosek był jeden: nawet kiedy Sinner ma fatalny dzień i wydaje się słabszy fizycznie, i tak nie jesteś w stanie go dobić.

Nierealne? A może jednak?

W chwili, gdy w zawodowym tourze brakuje Carlosa Alcaraza Sinner zdaje się wkraczać w etap kariery, w którym nie rywalizuje już z innymi, ale wyłącznie z historią i kolejnymi rekordami.

Pozostaje przy tym ciągle niezwykle skromnym i trzeźwo patrzącym na życie chłopakiem. Gdy zapytałem go na konferencji prasowej po triumfie w Madrycie, czy gdzieś z tyłu głowy uważa, że jest możliwe, aby do końca sezonu nie przegrał już żadnego meczu, spojrzał na mnie i szeroko się uśmiechnął. – Nie, nie, to niemożliwe – rzucił niemal przepraszająco.

Tyle że chwilę później pojechał do Rzymu, znów nie dał nikomu szans i po meczu z Casperem Ruudem wzniósł kolejny, historyczny puchar. Dla niego niezwykle ważny, bo wygrany „u siebie”.

Teraz zbliża się Roland Garros. Do Paryża przyjeżdża stu dwudziestu ośmiu najlepszych tenisistów świata. Pytanie czy w paryskiej szatni znajdzie się ktoś, kto łudzi się, że odpowiednia taktyka na Włocha w ogóle istnieje. Zamiast tego, z każdym kolejnym wygranym przez niego turniejem, narasta poczucie, że wizja sezonu bez porażki, którą Sinner w Madrycie nazwał „niemożliwą”, staje się właśnie przerażająco realnym scenariuszem.

 

Kto z młodych tenisistów może zagrozić Sinnerowi czytaj TU.