Od zegara do kortu: jak powstała tenisowa punktacja 15, 30, 40?

/ Materiał sponsorowany , źródło: Materiał sponsorowany, foto: Materiał partnera/Własne

Każdy, kto choć raz oglądał mecz z Paryża czy Wimbledonu, słyszał sędziego ogłaszającego „15:0”, „30:15” albo „40 równo”. Dla polskiego widza, który nie śledzi tenisa, brzmi to dziwnie, bo punkty mogłyby być liczone po prostu jako 1, 2, 3. Odpowiedź prowadzi do średniowiecznej Francji, tarczy zegara i kilku teorii, o które historycy sportu spierają się do dziś.

 

Średniowieczne korzenie w grze dłonią

 

Zanim pojawiły się rakiety, był jeu de paume, „gra dłonią”. W XII i XIII wieku grali w nią francuscy mnisi na dziedzińcach klasztorów, a później arystokracja w specjalnie budowanych halach. Piłkę odbijano najpierw ręką, potem rękawicą, a dopiero w XVI wieku zaczęto używać rakiet.

To właśnie w tej grze narodził się system liczenia po piętnaście. Jeden z najstarszych opisów zasad pochodzi z 1555 roku, z traktatu włoskiego księdza Antonia Scaina. Autor pisał już wtedy o punktach liczonych jako 15, 30 i 45, co oznacza, że zwyczaj był powszechnie znany i prawdopodobnie znacznie starszy.

Kiedy w XIX wieku w Anglii powstał tenis ziemny, jego twórcy przejęli tę punktację praktycznie bez zmian. Walter Clopton Wingfield opatentował swoją wersję gry w 1874 roku, a już trzy lata później na Wimbledonie rozegrano pierwszy turniej, w którym sędziowie liczyli punkty po staremu. Te same liczby słyszą dziś polscy kibice podczas meczów Igi Świątek i Huberta Hurkacza.

 

Dlaczego tenis nie zrezygnował z dawnego liczenia?

 

W XIX wieku nikt nie miał problemu z uproszczeniem zasad, a mimo to tenisowi działacze zostawili stary system. Tradycja nadawała grze charakter i odróżniała ją od innych sportów. Kibice szybko się do niej przyzwyczaili, a dziś trudno wyobrazić sobie mecz bez okrzyku „trzydzieści do zera”. Także w Polsce sędziowie i komentatorzy używają tych samych liczb co na kortach w Londynie czy Nowym Jorku.

Podobnie bywa także poza kortem. Owoce, dzwonki i siódemki od dziesięcioleci zdobią bębny w salonach gier, a popularne automaty Maggico nadal z nich korzystają, choć nowoczesna grafika pozwoliłaby na dowolny wygląd. Znajome symbole działają jak skrót, który od razu mówi graczowi, w co gra, tak jak „piętnaście” mówi kibicowi, że trwa mecz tenisa.

 

Teoria zegara i ćwiartki tarczy

 

Najpopularniejsze wyjaśnienie mówi, że wynik pokazywano na tarczy przypominającej zegar. Po każdym zdobytym punkcie wskazówkę przesuwano o kwadrans, więc kolejne punkty dawały 15, 30 i 45 minut, a pełna godzina oznaczała wygranego gema. Stan zerowy odpowiadał wskazówce ustawionej na samym początku tarczy. Według tej wersji tarcza stała przy korcie, dzięki czemu widzowie mogli śledzić wynik bez wykrzykiwania kolejnych punktów.

Ten pomysł brzmi logicznie, bo liczba 60 miała w średniowieczu szczególne znaczenie przy mierzeniu czasu. Była też wygodna, bo dzieliła się na wiele sposobów, a podział na cztery równe części od razu przychodził do głowy każdemu, kto patrzył na zegar, a w języku polskim taka część godziny ma nawet własną nazwę: kwadrans.

 

Skąd wzięło się 40 i słowo „deuce”?

 

Skoro mowa o ćwiartkach, to gdzie zniknęło 5 punktów? Najczęstsza odpowiedź jest bardzo prozaiczna: „czterdzieści pięć” było po prostu za długie do wypowiadania. Po francusku „quarante-cinq” skrócono do „quarante”, a zwyczaj ten przeszedł do innych języków, w tym do polskiego.

Istnieje też druga wersja. Według niej przy stanie 40:40 wskazówkę przesuwano na 50, gdy ktoś zdobył przewagę, a następnie na 60, gdy wygrywał gem. Żeby zmieścić ten dodatkowy krok, trzeci punkt musiał być oznaczony jako 40, a nie 45.

Anglojęzyczne „deuce”, określające stan 40:40, pochodzi najpewniej od francuskiego „à deux le jeu”. Oznacza to mniej więcej „gra dla dwóch”, a w praktyce sytuację, w której zawodnik musi zdobyć dwa punkty z rzędu, by wygrać gem. W polskich transmisjach zamiast niego mówi się po prostu „równo”. Taka walka potrafi się mocno przeciągać, dlatego w części turniejów deblowych zamiast trzeciego seta gra się dziś super tie-break do 10 punktów.

 

Inne teorie o pochodzeniu punktacji

 

Teoria zegara jest najbardziej znana, ale nie jedyna. Historycy sportu wskazują jeszcze kilka wyjaśnień, z których każde opiera się na innym tropie:

– Teoria odległości – zawodnik w jeu de paume po każdym punkcie przesuwał się bliżej siatki, najpierw o 15, potem znowu o 15, a na koniec już tylko o 10 stóp, co dało 40.

– Teoria monetarna – stawki w średniowiecznej Francji mogły odpowiadać monetom o wartości 15 jednostek.

– Teoria astronomiczna – liczba 60 i jej części wiązały się z podziałem koła i nieba, dobrze znanym wykształconym graczom.

– Teoria jajka – słowo „love”, oznaczające zero, miało pochodzić od francuskiego „l’œuf”, bo zero przypomina kształt jajka.

Żadna z tych hipotez nie ma pełnego potwierdzenia w dawnych traktatach. Część historyków uważa więc, że system powstał z połączenia kilku zwyczajów, które z czasem złożyły się na punktację dobrze znaną dziś także polskim kibicom tenisa.

Jak punktacja zmienia się dziś?

Tradycja nie oznacza jednak braku zmian. W latach 70. XX wieku wprowadzono tie-break, liczony zwykłymi liczbami 1, 2, 3, aby skrócić bardzo długie sety. W niektórych rozgrywkach deblowych przy stanie równym gra się jeden decydujący punkt zamiast walki o przewagę.

Na tym się nie skończyło. Od 2022 roku wszystkie turnieje wielkoszlemowe kończą decydującego seta przy stanie 6:6 dziesięciopunktowym tie-breakiem. Mimo tych nowinek „15, 30, 40” wciąż rozbrzmiewa na każdym korcie, od lokalnych klubów w Polsce po Wimbledon.