Świątek: Jestem zadowolona z tego, jak toczy się moja kariera

Mateusz Grabarczyk, foto: Artur Rolak

Mateusz Grabarczyk

Między Australią a Zieloną Górą Iga Świątek zahaczyła o Warszawę i spotkała się z naszym dziennikarzem. Opowiadała nie tylko o tenisie, ale też rosnącej popularności, tym, co ją denerwuje i… gotowaniu.

Z Igą Świątek rozmawia Mateusz Grabarczyk.

– Kupiłaś nową czapkę w Australii?

– Haha, nie kolekcjonuję już czapek. Wcześniej rzeczywiście kupowałam je na każdym turnieju wielkoszlemowym. Używam ich na korcie, więc muszę mieć z czego wybierać. Na co dzień w nich jednak nie chodzę, więc uznałam, że przerzucę się na skarpetki.

– Dlaczego akurat skarpetki? Kryje się za tym jakaś historia?

– Nie, zupełnie nie, po prostu mam na nie fazę (śmiech).

– Ciekawi mnie bardzo, co powiesz o swoim debiucie w WTA, ale zanim przejdziemy do tematów stricte tenisowych, opowiedz jeszcze kilka słów o wyprawie do Australii i Nowej Zelandii z punktu widzenia podróżniczki.

– W Melbourne byłam już wcześniej na turnieju juniorskim, ale rzeczywiście dopiero teraz mieliśmy czas na zwiedzanie. Zobaczyliśmy najważniejsze punkty w mieście i okolicy, ale nie oszukujmy się, rozrywka też jest ważna. Udało nam się pójść na koncert Florence and the Machine, bardzo mi się podobał. Jednym słowem nie nudziliśmy się a czas spędzaliśmy w urozmaicony sposób.

– Przywiozłaś stamtąd jedno, wyjątkowe wspomnienie?

– Chyba nie jedno a kilka i już związane z tenisem. Wyjątkowym momentem była dla mnie krótka rozmowa z Venus Williams, jeszcze w Auckland. Dyrektor turnieju przedstawił nas sobie i miałam okazję zamienić z nią kilka słów. Bardzo miło wspominam też trening z Caroline Wozniacki w Melbourne i oczywiście wygraną z Olgą Danilović w pierwszej rundzie eliminacji Australian Open. To zwycięstwo spowodowało, że mniej się stresowałam w kolejnych meczach i pod względem mentalnym grało mi się łatwiej.

– Jak Ci się udało umówić na trening z Wozniacki?

– Mój trener, Piotrek Sierzputowski, dużo rozmawiał z jej ojcem i tak od słowa do słowa dogadali się, żebyśmy ze sobą poodbijały. Był to chyba najbardziej intensywny trening, jaki ostatnio grałam. Musiałam bardzo pilnować dokładnego ustawiania się do piłek i dać z siebie maksimum, żeby nadążać za jej tempem. Dużo mi dało to spotkanie, bo oprócz samej gry, mieliśmy bardzo ciekawą rozmowę z tatą Caroline, który przekazał nam sporo cennych rad.

Debiut wśród najlepszych

– Tych cennych rad przywiozłaś pewnie cały worek. Wpadło mi w oko jedno zdanie, które powiedziałaś już po Australian Open: „Pojechałam tam nie po to, żeby wygrywać, a żeby się uczyć”. To bardzo dojrzałe podejście. Jak wzbogacił Cię ten wyjazd tenisowo?

– Uważam, że już sam fakt, że mogę przebywać z tenisistkami takiego kalibru i oglądać z bliska ich treningi czy mecze dostarcza wielu ciekawych obserwacji. Poza tym każdy mecz na wielkoszlemowym turnieju to mnóstwo doświadczeń, które potem zaprocentują. To najważniejsze zawody z najlepszymi tenisistkami, które dają z siebie wszystko. Nie ma mowy o taryfie ulgowej i łatwych pojedynkach. Ale nie tylko pod względem tenisowym mogę się dowiedzieć czegoś nowego. Na takich dużych turniejach poznaję tenis zza kulis. Niesamowite wrażenie wywarła na mnie panująca tam atmosfera. Czułam się jak w wielkiej tenisowej rodzinie. Z jednej strony oczywiście ze sobą rywalizujemy, ale z drugiej też współpracujemy – ja na razie może jeszcze nie, chodzi bardziej o dziewczyny z czołówki – w celu jak najszerszej promocji tego sportu na całym świecie.

– Tenis za kulisami to też pewne przywileje np. players’ party albo bale jak ten na Wimbledonie, w którym miałaś okazję wziąć udział. Jak się czujesz w szpilkach, długiej sukni, tańcząc na parkiecie?

– W szpilkach to może nie, bo moje kostki by tego nie wytrzymały, ale to fajne, że czasami możemy zamienić sportowe ciuchy na elegancką suknię. Wiele jednak zależy od tego, z kim przebywam na turnieju. Jeśli jestem z bliską koleżanką, czuję się dużo lepiej. Tak na przykład było podczas Australian Open. Całą imprezę spędziłam z Kają Juvan.

– Wchodzisz w wiek, w którym imprezy i wyjścia ze znajomymi są na porządku dziennym. Ty – delikatnie mówiąc – masz na tym polu dużo mniejsze możliwości. Dwa lata temu w rozmowie z nami powiedziałaś, że właśnie dyscyplina, silna wola i prowadzenie sportowego trybu życia, to najtrudniejsze elementy w karierze tenisistki i że miałaś z tym na początku problemy. Jak sama siebie przekonywałaś, żeby zamiast z przyjaciółkami na zakupy czy imprezę pójść na trening?

– Wtedy byłam młodsza i trochę inaczej myślałam. Oczywiście, pewnie, że chciałabym móc częściej korzystać z tych wszystkich form rozrywki co moi rówieśnicy – pójść do kina, na zakupy czy po prostu spotkać się z paczką znajomych, ale – może zabrzmi to banalnie – ja po prostu kocham to, co robię. Mam bardzo dużo energii, a tenis pozwala mi ją spożytkować na coś naprawdę wyjątkowego. Podoba mi się też to, że uprawiając ten sport otwierają się przede mną drzwi do innych, różnego rodzaju akcji związanych z tenisem.

– Sporo wspominasz też o sferze mentalnej jako bardzo istotnym elemencie w tenisie. Widujesz się z psychologiem?

– Pracuję z Pawłem Habratem. Nie spotykamy się cyklicznie, ponieważ oboje wyjeżdżamy. Na razie wygląda to tak, że Paweł tłumaczy mi podstawy dotyczące sposobów koncentracji czy pracy z oddechem, co ma na mnie bardzo duży wpływ. Mocniej zaczęliśmy współpracować po juniorskim Wimbledonie, ale gdy miałam kontuzję kostki, to też kilkakrotnie się spotkaliśmy.

– Wróćmy jeszcze na chwilę do Australian Open. Jak zniosłaś ten turniej fizycznie? W ciągu 15 dni rozegrałaś 7 meczów. Pewnie takie obłożenie nie jest dla Ciebie nowością, ale tym razem miało to miejsce podczas seniorskiego turnieju wielkoszlemowego – kaliber największy z możliwych.

– To ja się cofnę jeszcze dalej i zacznę od Auckland, gdzie grałam przed Australian Open. Tam fizycznie czułam się bardzo słabo, ale myślę, że ogromny wpływ na to miał stres związany z debiutem w randze WTA. A stres, jak wiadomo, przekłada się na wszystko. Oprócz tego miałam wtedy też problem z nogą. Po przylocie do Australii bardzo pomógł mi Jason Israelsohn, fizjoterapeuta Agnieszki Radwańskiej, dzięki któremu odzyskałam siły i mogłam znowu grać na najwyższych obrotach. Nic mi nie dokuczało. W meczu z Camilą Giorgi nadeszło już typowe zmęczenie po rozegraniu kilku trudnych spotkań, ale z biegiem czasu zacznę sobie z tym radzić. Myślę, że to kwestia nabrania wprawy w takich turniejach.

– Wywołałaś mecz z Camilą Giorgi. Ja dorzucę do tego jeszcze trening z Caroline Wozniacki i spytam, co Twoim zdaniem, jest główną przyczyną różnic między tenisistkami ze ścisłej czołówki a takimi jak Ty, które dopiero rozpoczynają karierę seniorską? Czułaś przepaść pod względem umiejętności, czy raczej miałaś wrażenie, że ta dysproporcja wynika przede wszystkim z godzin spędzonych na korcie i doświadczenia zebranego na przestrzeni kilku lat?

– Ja właśnie zawsze myślałam, że istnieje ta przepaść pod względem umiejętności, a teraz po meczu z Camilą Giorgi – mimo że przegrałam i nie było wyrównanej gry – widzę, że tak nie jest. Oczywiście, musimy z zespołem popracować nad pewnymi elementami, między innymi nad wcześniejszym uderzaniem piłki. Wydaje się, że to jest prosta rzecz, ale w telewizji tego nie widać. Dopiero na korcie z taką zawodniczką jak Giorgi uświadomiłam sobie, że nie chodzi o szybkość samego uderzenia, a o właściwy moment odbicia piłki.

– Oprócz singla wystąpiłaś także w mikście z Łukaszem Kubotem. To przymiarka do zbliżających się Igrzysk Olimpijskich?

– Wszyscy tak mówią, ale przecież, żeby zagrać na Igrzyskach trzeba mieć bardzo wysoki ranking albo dostać od organizatorów „dziką kartę”. To nie jest takie proste, żeby tam zagrać. Ja oczywiście marzę o występie w Tokio, ale do tego jeszcze daleka droga. Na razie z Łukaszem zagraliśmy w Melbourne, żeby przekonać się, jak nam się współpracuje i odczucia mam bardzo pozytywne.

– W tym roku w Australian Open po raz pierwszy zrezygnowano z rozgrywania decydującego seta w formule do dwóch gemów przewagi. W ogóle obecny sezon jest przełomowy pod tym względem, bo tylko na Roland Garros ta zasada zostanie niezmieniona, a w pozostałych trzech turniejach będą inne – co ciekawe, różniące się od siebie. Co sądzisz o tych zmianach?

– Szczerze mówiąc, trudno mi się do tego odnieść, bo do tej pory tylko raz grałam mecz, który kończył się wynikiem 9:7 w decydującym secie. Pamiętam, że nie miałam już kompletnie siły i byłam zaskoczona, że nie ma tie breaka (śmiech). Myślę jednak, że jeśli ktoś jest lepszy, to wygra i w tie breaku i wtedy, kiedy musi grać do dwóch gemów przewagi.

– W jednym meczu zgoda, ale im dłuższe spotkanie, tym większe prawdopodobieństwo, że zwycięzca w kolejnym meczu padnie jak mucha.

– To prawda, ale niestety, tenis nie jest pod tym względem sprawiedliwy. Nawet podczas minionego Australian Open było to widać. Wystarczy porównać czas, jaki spędził na korcie Rafael Nadal a jaki Stefanos Tsitsipas. Obaj spotkali się ze sobą w półfinale. Z drugiej strony myślę sobie, że w tym przejawia się też piękno tego sportu.

– W Melbourne zagrało sporo zawodniczek, które dobrze znasz z czasów juniorskich. Śledzisz ich postępy?

– Tak, chociaż nawet gdybym tego nie robiła, to o naszym roczniku jest na tyle głośno, że na pewno by do mnie szybko te informacje docierały. Wiele bardzo utalentowanych młodych dziewczyn wkracza teraz do rozgrywek WTA. Poza tym tak, jak zauważyłeś, zaczynamy się już spotykać na seniorskich turniejach, więc siłą rzeczy wiem, jak im idzie. Czasami się do nich porównuję, chociaż staram się nie robić tego zbyt często. Z drugiej strony na mnie działa to pozytywnie, bo jeśli one wygrywają i pną się w rankingu, to dla mnie jest to tylko sygnał do tego, aby pracować jeszcze ciężej. Nie demotywuje mnie to ani trochę.

W kuchni i od kuchni

– Zostawmy Australię i odłóżmy też tematy stricte tenisowe. Masz specjalną dietę?

– Mam, ale średnio jej przestrzegam (śmiech).

– A gotujesz sama?

– O nie, nie umiem gotować. Bardzo bym chciała i pewnie nawet znalazłabym na to czas, ale w kuchni jestem całkowitym antytalentem. Mam nadzieję, że nie przeszkodzi mi to w znalezieniu męża (śmiech).

– Znajdziesz takiego, który będzie gotował Tobie 🙂 Ale pewnie jest takie danie, którego nigdy byś nie odmó…?

– Tiramisu.

– Domyślam się, że nawet jak jesteś całkowicie najedzona, na tiramisu się skusisz.

– Nigdy nie jestem najedzona (śmiech).

– Tym lepiej! Zawsze będziesz miała miejsce na próbowanie nowości z różnych stron świata. A trochę podróżowania przed Tobą… Wiem już, co lubisz – tenis, jedzenie – to dla kontrastu zapytam, za czym nie przepadasz, niekoniecznie kulinarnie. Co Cię drażni albo denerwuje?

– Chyba najbardziej się denerwuje, jeśli coś mi nie wychodzi na korcie, ale ja wciąż uczę się cierpliwości i tego, żeby nie przejmować się błędami. Między innymi w tym pomaga mi Paweł Habrat. Drażniące jest też to, o czym już rozmawialiśmy, że przez ciągłe wyjazdy nie mam czasu na życie towarzyskie, ale – jak wspominałam – coś za coś. Ogólnie nie mogę narzekać, jestem naprawdę zadowolona z życia.

– Rozpoznają cię ludzie na ulicy?

– Raczej nie, chociaż zdarzyły się dwie takie sytuacje. Poznała mnie pani w piekarni i pan w banku, ale miałam wtedy na sobie czapkę z Wimbledonu, więc łatwiej chyba im było skojarzyć, kim jestem.

– Lada moment ta popularność wzrośnie…

– Pewnie tak, ale myślę, że nie będzie mi to przeszkadzało.

– Zainteresowanie mediów też nie? Nie męczymy Cię za bardzo?

– Są takie okresy w sezonie, w których chcę się skoncentrować wyłącznie na tenisie. Tak było pod koniec roku, kiedy przygotowywaliśmy się do turniejów w Nowej Zelandii i Australii i wtedy jasno zaznaczyłam, że nie umawiam się na wywiady, bo potrzebuję pełnego skupienia na pracy. Są jednak też takie momenty, jak ferie zimowe, kiedy jestem w Polsce i trenuję i nie muszę też tyle czasu poświęcać na szkołę, więc jestem jak najbardziej otwarta na rozmowy. I zawsze będę, oczywiście z umiarem, aby nie stało się to moim głównym zajęciem w ciągu dnia.

– Zdajesz sobie sprawę, że niektóre media nie zawsze rzetelnie i przyjemnie opisują rzeczywistość. Żyjemy w czasach, w których często chwytliwy tytuł, kliknięcia na stronie internetowej i szum wokół jakiegoś tematu są ważniejsze od uczciwej informacji. Oczywiście, nie dotyczy to Tenisklubu 🙂 Jesteś gotowa na starcie z tą mniej sympatyczną stroną kariery sportowca?

– Jeśli takie sytuacje będą się zdarzać, na pewno wraz ze sztabem zareagujemy. Na razie, na szczęście, nie doświadczam tego ani też nie sądzę, aby w internecie był hejt wokół mojej osoby. Mam nadzieję, że tak zostanie. Ja i tak nie czytam komentarzy w sieci i po prostu staram się tym nie przejmować.

– Słusznie. To jedyne rozsądne podejście. Powoli kończymy. Cofnijmy się jeszcze na chwilę do naszej rozmowy sprzed dwóch lat. Czy etap kariery, na którym dziś się znajdujesz, jest tym, czego się spodziewałaś wtedy jako piętnastolatka?

– Szczerze mówiąc, nie pamiętam, co wtedy myślałam i pewnie za kolejne dwa lata nie będę pamiętała, co myślę teraz, ale chyba nic nie dało się zrobić szybciej. Jestem zadowolona z tego, jak toczy się moja kariera. Nie chciałam też skakać od razu z juniorskich turniejów wielkoszlemowych do seniorskich i cieszę się, że miałam wcześniej szansę zagrać kilka imprez ITF z różną pulą nagród. To sprawiło, że poznałam wszystkie etapy tej ścieżki i przez to czuję, że na każdy z nich zasłużyłam.

– Zdecydowanie! To co, kolejne spotkanie już chyba w TOP 100 a może TOP 50? I tym razem szybciej niż za dwa lata.

– Mam taką nadzieję, choć patrząc na to, że w TOP 50 chciałabym się utrzymać przez dłuższy czas, nie będę się spieszyć. Cierpliwie i krok po kroku zbieramy punkty.